D

D

wtorek, 18 lutego 2014

PART X

-Co zrobiłeś?! – zapytał niedowierzająco blondyn, łapiąc się za głowę – te plotki to prawda?
Pierre spuścił nisko głowę, przegryzając dolną wargę. Najwyraźniej przyjaciołom wciąż jeszcze nie powiedział o tym, co się wczoraj wydarzyło. Twardo się w niego wpatrywałam. Brunet chyba nie wiedział, co powiedzieć. Za to chłopaki już znali odpowiedzi na te pytania.
-Ciebie od reszty pogrzało?! – pytał załamany Chuck – Pierre, co ci strzeliło do głowy?!
-To nie tak miało wyglądać – Bouvier schował twarz w dłoniach, wyraźnie zmieszany. Wszyscy się w niego wpatrywaliśmy, żądając wyjaśnień. Za chwilę brunet się wyprostował i spojrzał na nas przepraszająco – Chciałem tylko jakoś pomóc Davidowi.
-W jaki sposób? – warknęłam – Całując się ze mną?
-Wiecie co może zniszczyć plotkę? – spojrzeliśmy na niego pytająco, całkiem zaskoczeni tak niespodziewanym pytaniem. On szeroko się wyszczerzył – Jeszcze silniejsza plotka.
Nasze oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Mimo że nie miałam ochoty tego robić, w duchu musiałam przyznać mu rację. Tylko wciąż nie miałam pojęcia, jaki to ma związek ze mną i z tym, co wydarzyło się wczoraj.
-To proste – brunet wzruszył ramionami – Pocałowałem Kate z nadzieja, że ktoś ten pocałunek zobaczy i roześle plotkę, że jesteśmy razem. Wtedy Dave bez problemu by się pogodził z dziewczyną. Ale chyba trochę się pomyliłem w ocenie sytuacji – wydukał zaróżowiony brunet, wlepiając wzrok w podłogę. 
-trochę?! – warknęłam – Trochę?! Człowieku, ty zrujnowałeś mi życie! Teraz wszyscy myślą, że ja jestem podłą suką i obracam wokół palca dwóch najlepszych kumpli! A moja przyjaciółka ma ochotę mnie zastrzelić, bo całowałam się z chłopakiem jej marzeń! –  warknęła, jakimś cudem opanowując swoje emocje.
-Z chłopakiem marzeń?- Pierre znacząco uniósł brwi do góry. Zacisnęłam pięści, siłą powstrzymując się, by go naprawdę nie uderzyć.
-Tak! – wrzasnęłam – Tak, z tobą! Przez to wszystko ona myśli, że zrobiłam jej na złość i że teraz naprawdę jesteśmy razem! W ogóle się do mnie nie odzywa, nawet nie chce na mnie patrzeć! Nie wiem, jak ty to zrobisz, ale dla swojego własnego dobra lepiej wyprostuj te plotki!
-Okej – wymamrotał zamyślony brunet – Zrobię, co w mojej mocy – wyraźnie widziałam poczucie winy na jego twarzy, ale mnie nie obchodziło to, że on żałował. W myślach tylko jedno mi się kręciło: żeby to wszystko jakoś się ułożyło, a ten koszmar szybko się skończył. Nie obchodziły mnie jego uczucia. Z zadowoleniem pokiwałam głową.
-A skoro już tak sobie szczerze rozmawiamy… - obróciłam się na pięcie do Davida – Ja mam nadzieję, że ty w domu ćwiczysz matmę – zapytałam blondyna, chociaż spodziewałam się negatywnej odpowiedzi.
-Eee… - Desrosiers zawahał się, zerkając na swoich kumpli – Jakoś ostatnimi czasy nie miałem do tego głowy – wymamrotał prawie niedosłyszalnie. Westchnęłam cicho.
-Więc lepiej zabierz się do roboty, bo nie zamierzam za ciebie oberwać! – warknęłam, obracając się na pięcie. Dopiero wtedy zauważyłem, że korytarze są puste, co oznaczało, że dzwonek już dawno musiał zadzwonić. Uderzyłam się w czoło. No tak, teraz jeszcze spóźnienia mi brakowało. I tego, by cała klasa zobaczyła, jak wpadam do środka z moimi „przyjaciółmi”. Jęknęłam, przeczuwając, że jednak to wszystko szybko się nie skończy. Przeklęłam siebie w duchu. Czy ja musiałam wsiąść na deskę tego Desrosiersa?
***
Do końca lekcji właściwie nic się nie zmieniało oprócz tego  ze coraz więcej ludzi zaczęło nazywać mnie obraźliwe. Przez cały czas to ignorowałam z nadzieją, że brunet niedługo zacznie działać. Tymczasem jemu chyba się nie śpieszyło. Nie widziałam żadnych śladów, które wskazywałyby na to, że zaczął robić coś w tym kierunku. Gdybym nie miała dość tej szkoły, to na pewno bym go znalazła i wysuszyłabym mu głowę. Ale już byłam tym wszystkim tak bardzo zmęczona, ze gdy tylko usłyszałam dzwonek, kończący zajęcia, rzuciłam się w stronę domu.
Tam oczywiście udawałam, że wszystko jest w porządku. Grzecznie zjadłam obiad i schowałam się w swoim pokoju. Chwyciłam książkę od geografii i próbowałam zrozumieć coś ze słów, które przelatywały mi przed oczami. Ale niestety nie potrafiłam skupić się na nauce, przez cały czas myślałam o słowach Pierre’a. Po upływie połowy godziny uznałam, że to udawanie nie ma sensu i porzuciłam podręcznik. Zaczęłam intensywnie myśleć nad innym zajęciem, które zajęłoby mi myśli. W oczy rzuciła mi się gitara. Z powodu lepszego pomysłu chwyciłam ją, chociaż z pewnym wahaniem. Nie grałam na gitarze już od bardzo dawna, co martwiło mojego tatę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy ten czas minął, nie usłyszałam cichego skrzypnięcia drzwi, gdy on wchodził, więc nie miałam pojęcia, jak długo siedział, wsłuchując się w moją grę. Dopiero gdy się odezwał, ja podskoczyłam przestraszona i zrozumiałam, że nie jestem sama. On podsumował to śmiechem.
-Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.
-Okej, okej – odparłam, chwytając się za serce. Powoli moja twarz zaczynała nabierać buraczkowego koloru przez wstyd. Wlepiłam wzrok w moją gitarę. On na pewno słyszał jak gram. A nie powinien. Nikt nie powinien tego słyszeć.
-HEEEJ! – Dłoń blondyna pomachała mi przed twarzą. Po raz kolejny podskoczyłam, tym razem dodatkowo uderzyłam głową w ścianę – ty mnie słuchasz w ogóle?! – zapytał zdenerwowany.
-Nie – odparłam prosto z mostu, łapiąc się za bolącą część głowy i zamykając oczy, by ulżyć sobie w cierpieniu. Zamiast tego wybuch śmiechu Davida pozwolił mi na chwilę zapomnieć o bólu. Szybko uniosłam powieki do góry, patrząc na niego pytająco.
-ty jesteś naprawdę… - przerwał, poszukując zapewne odpowiedniego słowa – Prosta – dodał z dumą.
-chyba szczera – odparłam nieco opryskliwie. On pokiwał głową, zgadzając się.
-to też – odparł on. Odniosłam wrażenie, że on po prostu nie chce się ze mną sprzeczać – kiedyś zrozumiesz – wzruszył ramionami, odpowiadając na moje pytające spojrzenie – Pytałem cię wcześniej, czy zamierzasz wystąpić na szkolnych talentach.
-Na czym? – zapytałam głupio – O co ci chodzi ? – przymrużyłam oczy.
-to ty nic nie wiesz? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie zdumiony blondyn. Zaprzeczyłam głową – w sumie to ty chyba nie miałaś dzisiaj głowy na patrzenie na tablice ogłoszeń. Z okazji tego święta szkoły, o którym wszyscy tak trąbią, zorganizowano konkurs… czekaj, jak oni to określili? – podrapał się po głowie – Wokalno-instrumentalny. Każdy może wziąć w nim udział.
-Aha – odparłam. W ogóle nie byłam zainteresowana takim czymś. Chwyciłam swoją gitarę i odłożyłam ją w kąt, gdzie zwykle stałą, a potem wróciłam na swoje miejsce, siadając tuż obok podnieconego blondyna.
-I co o tym myślisz? – zapytał. Spojrzałam na niego, w ogóle nie zrozumiałam tego pytania.
-Nic – odparłam, wzruszając ramionami.
-Jak to nic?
-No po prostu nic! Jak jest ten konkurs, to niech sobie będzie. Mi on nie przeszkadza.
-Nie to miałem na myśli – odpowiedział zmęczony naszym niezrozumieniem blondyn – chciałem wiedzieć, czy weźmiesz w nim udział.
Odwróciłam się do niego, a widząc, że wcale nie żartuje, wybuchnęłam głośnym śmiechem. On wcale nie podzielał mojego poczucia humoru, wręcz przeciwnie, chyba zastanawiał się, dlaczego się śmieję.
-Nigdy - powiedziałam twardo, gdy już się uspokoiłam. On tylko jęknął cicho.
-Dziewczyno, ty masz talent! – krzyknął Desrosiers jakby nie rozumiał mojej decyzji – Dlaczego nie chcesz się nim  dzielić?
-Nie twoja sprawa – prychnęłam – ty w ogóle nie powinieneś słyszeć mojej gry! Kto ci pozwolił tutaj wejść?
-twoja mama – wyszczerzył się blondyn – Uznała,,  że już znam drogę do twojego pokoju na tyle dobrze, że  nie musi mnie odprowadzać. Ale to tak swoją drogą. Nie rozumiem ciebie. Masz niesamowitą barwę głosu. Gdybyś zgodziła się wystąpić, miałabyś wygraną w kieszeni.
-Ale nie wystąpię – odparłam sucho, gapiąc się na półkę ze swoimi płytami.
-Ale dlaczego? – gnębił dalej ten temat blondyn, powoli jego ciekawość zaczynała doprowadzać mnie do szału.
-Bo chcę ci zrobić na złość – warknęłam. Co gorsza on w ogóle się tym nie przejął, tylko zachichotał cicho.
-Wiec jeśli powiem, że nie chcę, abyś wystąpiła, to wystąpisz? – zapytał z udawaną nadzieją, chociaż już znał odpowiedź. Prychnęłam cicho, wstając i ruszając w stronę biurka. Chyba chciałam uniknąć jego wzroku, chociaż wiedziałam, ze on nie ma szans, by mnie pokonać w słownej potyczce. Pochyliłam się nad swoją szafką i zaczęłam szperać w poszukiwaniu książki od matematyki. Blondyn milczał, najwyraźniej myślał nad innym sposobem przekonania mnie do wzięcia udziału w konkursie.
-Kate, ty masz dużą szansę, żeby to wygrać… - zaczął znowu, ale szybko mu przerwałam.
-David, nie. Nie rozumiesz? Nie wezmę udziału w tym twoim głupim konkursie! – warknęłam, rzucając masę książek na biurko, które głośno zatrzeszczało. Desrosiers podskoczył ze strachu, ale gdy spojrzałam na niego znacząco, odważnie usiadł przy biurku. Podczas naszej nauki jeszcze kilkakrotnie dyskretnie zmieniał temat na ten konkurs. W końcu dał sobie spokój, chyba zauważył, ze za chwilę wybuchnę, jeśli on jeszcze raz wspomni o tym. Jeszcze kiedy wychodził, napomknął o konkursie, prosząc mnie, żebym to przemyślała.
I właściwie ten konkurs nie mógł wylecieć mi z głowy przez całą noc. Nie miałam pojęcia, dlaczego to tak bardzo głęboko się we mnie zagnieździło, w końcu byłam pewna, że nie wezmę w nim udziału. Nigdy nie nadawałam się do występów publicznych. Nie lubiłam stać na scenie a tym bardziej śpiewać na niej i na oczach całej szkoły. Nigdy nie odważyłabym się na taki krok.
A jednak, gdy tylko rano dotarłam do szkoły, od razu popędziłam ku tablicy ogłoszeń, przy której zgromadziła się już spora grupa. Jakoś dopchałam się do plakatu i szybko przeczytałam regulamin. Zatrzymałam się przy punkcie, który mówił o0 tym, że można korzystać ze wsparcia osób z zewnątrz. Ze zmarszczonym czołem wyślizgnęłam się z wrzeszczącego tłumu. Ruszyłam w stronę klasy zamyślona, nie miałam pojęcia, dlaczego ta sprawa tak bardzo mnie interesuje. Zaczęłam wmawiać sobie, że przecież ja tylko przez przypadek przechodziłam obok i kątem oka zerknęłam na tę tablicę.
-Kate – usłyszałam za swoimi plecami pisk. Zatrzymałam się zaskoczona, ale nie zdążyłam się odwrócić, boi ktoś skoczył mi na plecy. 

poniedziałek, 10 lutego 2014

PART IX

-Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęłam głośno, rozglądając się przerażona – Pierre, do reszty cię pogrzało?
-Ja… Ja tylko… - brunet głośno przełknął ślinę. Był tak bardzo przestraszony tym co zrobił, że aż drżał. Cofnęłam się o dwa kroki. Nie wiedziałam, dlaczego, nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. I nie miałam pojęcia, czy chcę to wiedzieć – Przepraszam – wymamrotał bezbarwnie – Myślałem, że… No… Poniosło mnie.
-Pierre! – zapiszczałam – Ja mam chłopaka! Zresztą między nami i tak nic nigdy by nie zaiskrzyło, rozumiesz?! – podkreśliłam twardo- Ja nic do ciebie nie czuję! Nasz związek nie miałby sensu.
On bardzo nisko spuścił głowę i wyraźnie posmutniał. Chyba dotarło do niego to, co miałam na myśli. Westchnęłam cicho. Naprawdę nie chciałam go ranić, ale czy ja miałam inne wyjście? Nie mogłam zaczynać nowego związku, szczególnie z tego powodu, że nic do niego nie czułam.
-Okej – wymamrotał cicho – Okej, rozumiem… I… Przepraszam – on próbował się do mnie zbliżyć, ale odskoczyłam. Tak, bałam się. Bałam się jak jasna cholera.
-Chyba lepiej będzie, jak sobie stąd pójdę - powiedziałam, odwracając się na pięcie.
-Za… - próbował mnie zatrzymać, ale ja tylko potrząsnęłam głową.
-Pierre, ja potrzebuję czasu – westchnęłam, oddalając się od niego – Nie miej mi tego za złe, dobra? – dodałam z nutką nadziei i chociaż nie usłyszałam odpowiedzi, czułam, ze jest pozytywna. Nie zwracając uwagi na jadące po ulicy samochody przeszłam przez ulicę. Serce waliło mi jak oszalałe. Przełknęłam ślinę. To co ostatnio działo się w moim życiu, to jedna wielka komedia, a raczej horror. O co w tym wszystkim chodziło? Dlaczego ja wpadłam w takie bagno? Zacisnęłam pięści. Miałam nadzieję, że nikt nas nie zobaczył, bo inaczej… Moje oczy wypełniły się łzami. Szybko je otarłam, powtarzając sobie, że jestem silną babką, a silne babki nie płaczą.
Ważne, żeby mój chłopak o niczym się nie dowiedział. Zabiłby Pierre’a. Dosłownie. Jego nerwy nie mogłyby strawić tego, że ktoś inny poza nim odważył się mnie całować. Przegryzłam dolną wargę. Moje myśli wirowały mi po głowie. Modliłam się, by to wszystko, co miało przed chwilą miejsce, na zawsze pozostało tajemnicą. Wiedziałam, ze to będzie trudne. Wzięłam głęboki wdech. Byle tylko nie pisnąć słówkiem…
***
Jeśli spodziewałam się, że koszmar, przez który ostatnio przeszłam, następnego dnia zmaleje, myliłam się. W ogóle nie miałam ochoty tam iść i chyba dobrze bym zrobiła, gdybym jeden dzień sobie odpuściła. Z drugiej strony to byłaby ucieczka, a ja zawsze wolałam stawać oko w oko z problemem i go pokonać. Tym razem to było po prostu niemożliwe.
Od samego początku przeczuwałam, ze w tych spojrzeniach jest coś gorszego niż we wczorajszych. Mimo to nadal szłam przez korytarz z dumnie uniesioną głową. Nie zamierzałam pokazywać innym, że obchodzą mnie ich plotki na temat mnie i Desrosiersa. Ale to niepokojące uczucie dawało mi się we znaki. Jakimś cudem dotarłam do swojej szafki. Z daleka widziałam tę kartkę z napisem „dziwka!”. Udałam, ze w ogóle się tym nie przejmuję. Przełknęłam głośno ślinę, zrywając tę kartkę i gniotąc ją na oczach kilkunastu kolegów i koleżanek. Olałam to wszystko, chociaż serce łomotało mi mocniej. Szybko otarłam łzy z oczu tak szybko, by nikt ich nie zauważył i zaczęłam pakować książki do torby, zastanawiając się, kto mógłby napisać mi tak bardzo obraźliwą wiadomość. Wierzyłam w to, że jednak nie chłopaki, nie mam pojęcia, dlaczego. To musiał być ktoś inny.
Nadal się nad tym zastanawiałem, kiedy już usiadłem w swojej ławce, oczekując na dzwonek i swoją przyjaciółkę. Dzwonek usłyszałam kilka minut później, ale jej ciągle nie było. Weszła na samym końcu, zaraz za nauczycielką. Odetchnęłam z ulgą, ale tylko na chwilę. On nie skręciła w stronę naszej ławki. Usiadła za to tuż przed samą nauczycielką, w ławce, którą przeklinali wszyscy. Ze zdumieniem się jej przyglądałam, ona jednak nie zwracała na mnie żadnej uwagi. powoli zaczynałam się niepokoić. To wszystko robiło się coraz bardziej zagmatwane. O co do jasnej cholery chodzi tym razem?
Kiedy tylko dzwonek zabrzęczał po raz kolejny, ja zdążyłam zaledwie wstać i na nią spojrzeć. Ona już leciała w stronę drzwi. Chwyciłam książki i torbę , a potem pobiegłam za nią. Wciąż miałam ją na oku, ale szanse na jej dogonienie były minimalne, żeby nie powiedzieć: żadne. Mimo to nie poddawałam się. I podjęłam dobrą decyzję, bo w pewnym momencie ona wpadła na kogoś i się przewróciła.
-Nic ci nie jest? – zapytałam trochę przestraszona, pomagając jej wstać. Jednak dziewczyna, gdy tylko usłyszała mój głos, od razu porzuciła moją pomoc i sama wstała. Bez słowa się odwróciła i odeszła. Przez moment się nie poruszałam, zaskoczona tym wszystkim.
-Zaczekaj! – dogoniłam ją szybko i chwyciłam Amy za ramię. Wyszarpała się.
-Zostaw mnie! – zaprotestowała głośno. Spojrzałam na nią rozszerzonymi oczami. W ogóle nie spodziewałam się takiej reakcji ze strony przyjaciółki. Wtedy zauważyłam, że ona płakała.
-Amy, co się stało? – zapytałam delikatnie, nadal dotrzymując jej kroku. Ona chyba jednak nie zamierzała mi dopowiedzieć, już wiedziałam, że przyjęła metodę ignorancji – No Amy! – warknęła,, próbując zmusić ją, by wyjaśniła mi, co się tutaj dzieje – Amy! – wkurzyłam się. Zatrzymałam się, zmuszając ja, by także przystanęła. Spuściła głowę nisko, chyba nie chciała na mnie spojrzeć. Zacisnęłam mocniej pięści. Powoli zaczynało wkurzać mnie to milczenie.
-Amy, no co ty, bachor jesteś? – warknęłam, trzęsąc jej ciałem – Wytłumacz mi, o co ci chodzi! – rozkazałam.
-O co mi chodzi?! – zapiszczała histerycznie dziewczyna, podnosząc głowę do góry i wpatrując się we mnie ze złością – O Bouviera mi chodzi! – wrzasnęła, uznając, ze tyle mi wystarczy i wymijając mnie. Przez krótki moment po prostu stałam, gapiąc się w powietrze, zaskoczona tym, co przed chwilą usłyszałam. Wtedy to wszystko zrozumiałam. Te spojrzenia i tę głupią kartkę. Oni wszyscy myśleli, że ja kręciłam z Davidem i Pierre’em bez wiedzy chłopaków. I co gorsza Amy uwierzyła w to, że podwalałam się do Bouviera.
-Amy! – na szczęście szybko udało mi się ją dogonić – Amy, pomiędzy mną a Pierre’em niczego nie było! Wiesz, że nienawidzę ich prawie tak bardzo jak Desrosiersa!
-I co? – ona krzywo się uśmiechnęła – Tak bardzo ich nienawidzisz, że obu obróciłaś sobie ich wokół palca!
-Przestań pleść te głupoty! – warknęłam – To wszystko jakieś głupie plotki!
-Tak?! – krzyknęła ona, zatrzymując się gwałtownie i obracając głowę w moją stronę – Więc przyrzeknij mi, że ty i Pierre nigdy się nie całowaliście! – oskarżycielsko wskazała na mnie palcem. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie mogłam. Nie potrafiłam skłamać, bo gdybym jej to przyrzekła, to nie powiedziałabym prawdy. Amy przez moment wpatrywała się we mnie z nadzieją, potem jej oczy wypełniły się łzami. Spuściłam nisko głowę.
-Wiedziałam… - wyszlochała – a ja tobie o wszystkim mówiłam, błagałam cię o jego numer… Ja ufałam tobie… powiedz… Tak zachowują się przyjaciele? – wysyczała mi prosto w twarz. Czułam się jakby moje serce zostało rozjechane na środku drogi. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Ona tylko prychnęła. Miała ochotę napluć mi na twarz, bo zrobiła taki ruchu jakby chciała to zrobić, ale powstrzymała się. Ruszyła dalej, wymijają c mnie po drodze.
-To nie tak jak myślisz… - wydusiłam z siebie, gdy przechodziła obok.
-Całowałaś się z chłopakiem, o którym ja śnię każdej nocy! – wyszlochała – Mnie tyle wyjaśnień wystarczy.
Wiedziałam, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Ona była już w takim stanie, że nic nie mogłam jej już wytłumaczyć. Zadrżałam, rozglądając się wokół. Wszyscy się na mnie gapili. Olałam to tak samo jak olewałam wszystko. Przegryzłam dolną wargę. Musiałam coś zrobić. Musiałam ratować naszą przyjaźń, która powoli zaczynała się rozpadać. Kątem oka zerknęłam na plan lekcji. Już wiedziałam, gdzie muszę biec. Złość coraz bardziej przejmowała nade mną kontrolę. Gdy go zobaczyłam, moje nerwy puściły wodze. Nie zważając na nic wokół, poleciałam do bruneta i zaczęłam tłuc pięściami jego klatkę piersiową. Pierre próbował mnie uspokoić, ale chyba nie był zaskoczony moim zachowaniem. Ktoś złapał mnie za ręce i siłą próbował odciągnąć od niego. Ciągle kopałam, wrzeszczałam i wierzgałam się, dopóki nie zrozumiałam, że to bez sensu.
-Przez ciebie straciłam przyjaciółkę – warknęłam. Chłopaki na wszelki wypadek nadal mnie trzymali. Powoli emocje zaczęły się ze mnie ulatniać. Pierre nadal wpatrywał się we mnie ze spokojem, ale chyba bał się do mnie zbliżyć. Nie odezwał się. Wiedziałam, że próbuje szybko przemyśleć moje słowa.

-Przez to że wczoraj ciebie pocałowałem? – domyślił się. Pokiwałam głową. Seb, Chuck, Jeff i Dave spojrzeli na nas wyraźnie zaskoczeni. Byli tak bardzo zaszokowani, że aż mnie puścili. Ja jednak nie zamierzałam już nikogo atakować. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

PART VIII

-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos. Głos który znałam. Głos który należał do chłopaka – Przestań Kate, przecież nie zrobię ci krzywdy!
Szybko przeanalizowałam swoją sytuację i uznałam, że rzeczywiście z jego strony nic mi nie grozi. Westchnęłam cicho i ze spuszczoną głową opuściłam swoją kryjówkę.
-To toaleta dla dziewczyn – podkreśliłam delikatnie.
-Wiem – odparł on spokojnie – No ale skoro nie chcesz z niej wyjść, to ja muszę do ciebie przyjść. Chciałem pogadać.
Zapadła głęboka cisza. Po mojej głowie błądziło milion przeróżnych myśli. Niby o czym brunet chce ze mną gadać? Po tym, co przez nich przeżywałam, nie powinnam w ogóle dawać mu dojść do głosu. Otworzyłam usta, ale akurat wtedy zadzwonił dzwonek. Zadrżałam. A ja przez cały czas myślałam, że dzwonek już dawno zadzwonił.
-Muszę spadać – westchnąłem cicho, ciesząc się w duchu, że ominę tę rozmowę. Zaraz jednak mina mi zrzedła. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. Znowu czekała mnie konfrontacja z tymi przygłupimi ludźmi. Pierre ciągle się nie ruszał.
-Przecież ty nie chcesz tam iść – powiedział cicho, kiedy go wymijałam. Zatrzymałam się gwałtownie.
-To, czy tego chcę czy nie, nie ma żadnego znaczenia – odparłam sucho – To mój obowiązek.
-Od obowiązków też powinno się odpoczywać  - brunet się uśmiechnął – A ty to już na pewno masz prawo do odsapnięcia. 
Przegryzłam dolną wargę, wahając się jeszcze przez moment ,ale uznałam, że on ma rację, że po tym wszystkim jedna lekcja różnicy nie zrobi. Wzruszyłam ramionami i powoli obróciłam się w jego stronę.
-To co, pogadasz ze mną? – zapytał z nadzieją.
-Tutaj? – zapytałam głupio. On głośno się roześmiał, a potem ruszył w stronę okna.
-No tak, to chyba nie jest najlepsze miejsce – zachichotał, otwierając okno. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. On chyba nie chciał… ? – Zawsze zazdrościłem dziewczynom, że mają tutaj kible – mówił dalej – Jeśli chcesz wyskoczyć z naszego przez okno, musisz potem się czołgać, bo są okna klas. Wy możecie spokojnie zwiewać.
-Pierre! – krzyknęłam ostro – Ty chyba nie myślisz, że ja…
-Ja nie myślę – roześmiał się brunet – Ja jestem tego pewien. Pytanie tylko czy wolisz iść pierwsza czy druga.
-Druga! – zapiszczałam, chociaż wciąż nie byłam pewna, czy w ogóle chcę gdziekolwiek się ruszać, zwłaszcza w taki sposób. Pierre wzruszył ramionami i wskoczył na parapet. Wyciągnął dłoń w moją stronę, ale ja, trochę przestraszona, tylko pomachałam głową. On złapał się za czoło i westchnął ciężko.
-No dobra, jak chcesz – odparł lekkodusznie – Nie będę do niczego ciebie zmuszał.
Brunet odwrócił się i puściwszy się ramy okna skoczył na dół. Zapiszczałam cicho, zasłaniając sobie usta dłonią. Przez moment stałam w bezruchu, kiedy jednak usłyszałam wesoły głos Bouviera, odetchnęłam z ulgą. Teraz przyszła kolej na mnie. Zacisnęłam pięści. Przecież nie mogłam teraz stchórzyć. Co on by wtedy sobie o mnie pomyślał? Zacisnęłam pięści, zbliżając się w stronę okna. Powoli wspięłam się na górę. Nie szło mi to tak sprawnie jak Pierre’owi, on miał większe doświadczenie. Ale i tak byłam zaskoczona swoim szybkim tempem. Brunet chyba też. Przez cały czas stał na dole i szczerzył się w moją stronę. Wydawał mi się naprawdę mały. Przełknęłam cicho ślinę. Zakręciło mi się w głowie, ale na szczęście jakoś zdołałam utrzymać równowagę.
-Skacz! – pośpieszał mnie cicho Bouvier jakby bał się, że ktoś tu za chwilę przyjdzie i nas zobaczy. Zaprzeczyłam nerwowo głową – No dawaj! To trwa ułamek sekundy! No przecież…
Dalszych jego słów nie słuchałam, za to pospieszyło mnie szarpnięcie klamki. Zbladłam nieco, przesadnie panikując. Niewiele myśląc nad tym, co robię, puściłam się ramy i ku zdziwieniu chłopaka oraz własnemu, skoczyłam. Zamknęłam oczy, czując jak lecę. Na ułamek sekundy moja pamięć się zresetowała, wszystkie moje myśli zniknęły. Nie wiedziałam, kim jestem, nie wiedziałam, co tutaj robię. Dopiero gdy wylądowałam w ramionach zdezorientowanego bruneta, pamięć do mnie wróciła. Przez moment się nie poruszałam, za chwilę jednak jak poparzona od niego odskoczyłam. Zanim cokolwiek zdążyłam wyjaśnić, chwyciłam jego dłoń i biegiem zaczęłam uciekać w stronę płotu. On chyba już się zorientował, o co chodzi, bo mnie wyprzedził.
-Dasz radę przeskoczyć przez płot? – zapytał, chyba wątpiąc w moje fizyczne umiejętności. Prychnęłam cicho pod nosem, srogo na niego spoglądając.
-No jasne! – warknęłam, chociaż kiedy zbliżaliśmy się w stronę płotu, zaczęłam w to wątpić. Nie był duży, ale przeciętniak z wuefu nie miał z nim szans. Zacisnęłam pięści. Nie miałam czasu na myślenie o tym, co ja najlepszego wyprawiam. Zamknęłam oczy. Dokładnie w tym samym momencie co brunet odbiłam się od ziemi.  To był chyba pierwszy w życiu taki skok i mam nadzieję, że ostatni. Bo chociaż wszystko poszło po mojej myśli i za chwilę wylądowałam na ziemi, to jeszcze nigdy się tak nie bałam. Teraz pozostawało nam do pokonania tylko trawiaste wzgórze, na którym mieściła się nasza szkoła. Biegliśmy z niego tak szybko jak się tylko dało. Koniec końców potknęłam się o jakiegoś kamienia i przekoziołkowałam. Po krzyku Pierre’a poznałam, że musiało to wyglądać okropnie. Ja sama płakałam i śmiałam się na zmianę, bo bardzo bolało mnie ramię.
-Ni ci się nie stało? – przestraszony brunet był już obok mnie. Spojrzałam na ramię, było całe we krwi.
-Chodźmy lepiej do pielęgniarki – wymamrotał niespokojnie brunet, pomagając mi wstać. Spojrzałam na niego ostro. Zadrżał.
-Nie po to stamtąd uciekałam, żeby teraz wracać – warknęłam – To nic takiego.
-a zakażenie…. – zapytał niepewnie brunet, z niepokojem się rozglądając.
-Pieprzyć zakażenie! – wrzasnęłam, zbiegając w dół ze śmiechem. On przez moment się we mnie wpatrywał, a potem szybko mnie dogonił. Razem zwolniliśmy i przeskoczyliśmy przez barierki, które oddzielały chodnik od wzgórza. Powoli szliśmy w stronę centrum, Pierre ściskał w dłoni swoją deskę, ale chyba domyślił się, że już nie mam ochoty na niej eksperymentować.
-Jeszcze nigdy nie zrobiłam tak szalonej rzeczy! – krzyknęłam wesoło, uświadamiając sobie, że właśnie zwiałam z lekcji, co jeszcze przed kilkoma dniami nie przeszłoby mi przez myśl. Pierre uśmiechnął się, spoglądając kątem oka na mnie. Wychwyciłam to, chociaż nie byłam pewna, czy on tego chce.
-Nie poznaję ciebie – roześmiał się – Przestałaś przypominać kujonkę.
Miałam odpowiedzieć, że teraz nią nie byłam, bo wolność uderzyła mi do głowy. Zrozumiałam, że jestem wolnym człowiekiem, że nie podlegam żadnym głupim regulaminom i że to ja decyduje o swoim życiu, ja ustalam jego zasady. I mogę robić, co tylko chcę.
-Kujon też człowiek – odparowałam – czasami też chce się wyluzować.
-Z ciebie to nawet równa babka, jak się z tobą gada w cztery oczy – wyszczerzył się brunet – gdybyś jeszcze od czasu do czasu panowała nad swoimi nerwami…
-Czego chcesz od moich nerwów? – warknęłam ostro, od razu wywołując na twarzy Bouviera jeszcze szerszy uśmiech.
-Właśnie o tym mówiłem! – zachichotał. Zmarszczyłem brwi, wlepiając wzrok w chodnik. Rzeczywiście czasami nie kontrolowałam swojej złości, co tak bardzo bawiło Desrosiersa i jego spółkę. Oni wprost bawili się moimi nerwami.
Dopiero teraz to sobie uświadomiłam.
-Kate… - wymamrotał cicho Pierre, ale szybko przerwał. Milczał, wlepiając wzrok w chodnik. Wyraźnie czymś się denerwował. Próbowałam zachęcić go spojrzeniem, co chyba pomogło, bo za chwilę wydusił z siebie kolejne słowo – Słuchaj… - przegryzł dolną wargę, a potem machnął dłonią lekceważąco – Słuchaj, ty i Dave… Między wami nic nie  było, prawda? – tym razem zapytał prosto z mostu. Przez moment miałam ochotę walnąć go z całej siły, tak mocno, żeby wybić mu z głowy te głupią myśl. Ale zaraz po tym przypomniałem sobie o swoich nerwach, nad którymi musiałam nauczyć się panować. Zamknęłam oczy i odetchnęłam trzy razy.
-Ja i David to jakaś paskudnie niemiła plotka – wysyczałam przez zaciśnięte zęby – tego nie ma, nie było i nigdy nie będzie, rozumiesz? – spojrzałam na bruneta. Nie mogłam nie zauważyć na jego twarzy ogromnej ulgi, chociaż próbował ją ukryć – Czekaj, czekaj… Ty myślałeś… - wybuchnęłam głośnym śmiechem, nawet nie kończąc rozpoczętego zdania. Śmiałam się tak głośno, że aż musiałam się zatrzymać, bo nie byłam w stanie iść dalej.
-No co… - wymamrotał cały czerwony ze wstydu brunet, wciąż wlepiając wzrok w chodnik. Wzruszyłam ramionami, jednak nie mogłam pohamować kolejnego wybuchu śmiechu.
-No jeszcze ktoś inny,  to bym zrozumiała… Ale że ty? Jego najlepszy kumpel? – zdziwiłam się, w końcu zachowując powagę. On wciąż na mnie nie patrzył – Ty chyba powinieneś wiedzieć, że się nienawidzimy…
-On ciebie wcale nie nienawidzi – przerwał mi szybko Bouvier, podnosząc głowę do góry – On ciebie lubi. Naprawdę bardzo ciebie lubi.
-Żartujesz sobie – prychnęłam z niedowierzaniem w głosie. Już wiedziałam, o co tym razem chodzi. On po prostu próbował wmówić mi, że David rzeczywiście się we mnie zakochał. Znowu chcieli się ze mnie pośmiać. Ale tym razem nie chciałam być workiem treningowym. Otworzyłam usta, żeby powiedzieć o tym brunetowi, ale to on pierwszy zaczął mówić.
-Po prostu często ostatnio siedzicie nad tą matmą. No i wiesz, pomyślałem sobie, że ten wasz związek naprawdę może… no… istnieć – tłumaczył się , gmatwając się w tym wszystkim jeszcze bardziej – No i ta sytuacja z deską… Pomyślałem, że Dave rzeczywiście może coś przed nami ukrywać… - urwał szybko, zdając sobie sprawę z tego, że im więcej mówi, tym gorzej na tym wychodzi. Przez jakiś czas szliśmy w ciszy, wyczuwałam między nami coś w rodzaju napięcia. Dlaczego?
-Właściwie to dlaczego tak bardzo interesuje cię to, co niby było pomiędzy mną a Davidem? – zapytałam podejrzliwie, marszcząc czoło. On zatrzymał się i pewnie uniósł głowę do góry, ale gdy się odezwał, jego głos zadrżał:
-Bo… bo zawsze chciałem zrobić to…

Wszystko, co wydarzyło się potem, działo się tak bardzo szybko, że mój mózg nie nadążał z analizą moich myśli. Pierre zbliżył się do mnie i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, bez żadnego wytłumaczenia, bez ostrzeżenia, zaczął mnie całować. Przez ułamek sekundy byłam tak bardzo zaszokowana, że aż oddawałam pocałunki. Potem dotarło do mnie, że to jest chore, że całuję chłopaka, którego tak naprawdę w ogóle nie znam i oczywiście nic do niego nie czuję. Próbowałam odlepić go od siebie, ale on uczepił się mnie jak rzep psiego ogona. Nie chciałam go całować, nie chciałam, żeby ta rozmowa tak wyglądała. On robił sobie nadzieję, a ja… Ja przecież miałam chłopaka, którego cholernie kochałam. Po raz drugi próbowałam uwolnić się z jego objęć. Nacisnęłam mocniej na jego klatkę piersiową, usiłując odepchnąć go od siebie. Tym razem w końcu mi się to udało.