I'm just not good enough for you
Czy na końcu ścieżki miłości można spotkać nienawiść? Pod zasłoną nieskazitelnego dobra zawsze może czaić się zdradliwe zło. A wtedy jedynym prawdziwym przyjacielem okazuje się być największy wróg. Poczucie humoru przeznaczenia bywa zabawne, ale i złośliwe. Przyszłość lubi eksperymentować na ludziach. Wrogość czy koleżeństwo? Koleżeństwo czy przyjaźń? Przyjaźń czy miłość? Miłość czy... nienawiść?
D
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
to nie jest kolejny part ani żadna dobra wiadomość...
Pewnie zastanawiacie się, gdzie zniknęłam, więc daję oznaki życia. Żyję i mam się dobrze. Niestety na jakiś czas muszę zawiesić bloga. Tak, wiem, te tłumy, które tu zaglądały, będą teraz rzewnie płakać. Od kilku tygodni mam problemy z komputerem, od jakiegoś czasu jest w naprawie. Nie wiem nawet, czy uda mi się odzyskać wszystko, co udało mi się wyklepać na klawiaturze. Jednak starej metody pisania na papierze nic nie pokona :) Przepraszam Was wszystkich. Jak tylko dostanę swój komputer, postaram się przepisać parta, ale na razie naprawa mojego laptopa nie zapowiada się pogodnie :( Cóż zrobić, ironia rzeczy martwych..
czwartek, 27 marca 2014
XIV
-Znaleźliśmy Pierre’a – wydusił z siebie Comeau. Chciałam
powiedzieć, że to fantastyczna wiadomość, ale zaraz potem na twarzy blondyna
zauważyłam rzadko spotykaną powagę. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale coś tu
śmierdziało.
-No i? – zaniepokojenie blondyna coraz bardziej mnie
niepokoiło.
-Seb zawiózł go do szpitala – grobowy ton Chucka wyjaśnił
nam wszystko. Wzięłam głęboki wdech. Dave zamknął oczy, a za chwilę je
otworzył.
-Masz samochód? – zapytał z zaciśniętymi pięściami.
Brunet pokiwał głową. Przez krótki moment zastanawiałam się, co robić. Serce
waliło mi jak dzwon. Przełknąłem ślinę. Chłopaki już odchodzili.
-Mogę jechać z wami? – zapytałam, doganiając ich. Oni
spojrzeli po sobie, wyraźnie zaskoczeni, ale Comeau pokiwał głową, zgadzając
się. W trójką ruszyliśmy w stronę samochodu bruneta w ponurej ciszy. Każdy
myślał o tym samym, ale nikt nie chciał mówić o tym głośno. Dopiero gdy wjeżdżaliśmy
na parking szpitala, blondyn słabo zapytał:
-Był przytomny?
Chuck spojrzał na niego, zapewne zastanawiając się nad
odpowiedzią. Zakręcił ostro, omal nie zahaczając autem o czyiś samochód. Zgasił
silnik.
-Był – odparł słabo – Ale nie mógł mówić – dodał szybko.
Otworzył drzwi, ja zrobiłem to samo. David przez moment się nie poruszał. dopiero
gdy zniecierpliwiony przyjaciel zapukał w szybę swojego grata, blondyn zdołał
się poruszyć. Przez całą drogę do Sali, w której leżał Pierre, obaj byli
nieobecni, nawiązanie jakiejkolwiek rozmowy było niemożliwe. Nerwowe napięcie
nie dawało nam spokoju, ciągle atakowało.
Seba i Jeffa zauważyliśmy od razu, chociaż wzrok mieli
wlepiony w podłogę i ich twarzy nie udało nam się zobaczyć. Jednak nietrudno
było się domyślić, jakie mają nastroje. Wiedzieli, że się zbliżamy, jednak nie
podnieśli głów. Dave i Chuck westchnęli cicho i usiedli obok. Wszyscy
zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie możemy tam wejść. Na razie zajmowali się
nim lekarze.
-Zastanawialiśmy się, czy zadzwonić do jego rodziców –
powiedział Seb, chyba już nie potrafił wytrzymać w tej ciszy – Myślicie, że
zabiłby nas za to?
Dave wzruszył ramionami. Chyba niewiele go to obchodziło.
Ciągle wpatrywał się w drzwi z nadzieją, że za chwilę ktoś stamtąd wyjdzie i
będzie to Pierre. Za to głos zabrał Chuck.
-to jego rodzice – wymamrotał cicho – Powinni wiedzieć.
Zresztą to i tak będzie trochę podejrzane, jeśli nie wróci na noc do domu, a
raczej go stąd nie wypuszczą. Trzeba im powiedzieć.
-Racja -zgodził
się Jeff, ale Seba to nie przekonało.
-A jeśli on nie będzie chciał… - zawahał się, ale
przerwałam mu, co chyba go zaskoczyło. Albo zapomniał o mojej obecności albo w
ogóle jej nie zauważył.
-Seb, oni go kochają. Zresztą są za niego odpowiedzialni.
Trzeba im powiedzieć.
-Okej – westchnął zrezygnowany błękitnooki – Ale ja na
pewno tego nie zrobię – dodał natychmiast. Zapadła głęboka cisza, wszyscy
patrzyli na siebie wyczekująco z nadzieją, że ktoś jednak okaże się na tyle
odważny, by zadzwonić. Przez najbliższe pięć minut nikt się nie odezwał, ale
chyba każdy czuł na sobie swego rodzaju odpowiedzialność za wykonanie tego
telefonu.
-Ja zadzwonię – pękł w końcu Chuck, wyciągając komórkę z
kieszeni – Masz ich numer? – westchnął ciężko, spoglądając pytająco na Seba.
-telefon Pierre’a – brunet pomachał mi przed oczami
Comeau komórką . Ten chwycił ją i z wahaniem spojrzał na wyświetlacz.
-gdyby teraz wiedział, co ja robię, to chyba wstałby z
łóżka i mnie zabił – westchnął ciężko po raz kolejny, grzebiąc w nieswoim urządzeniu
– Okej, mam – wymamrotał do siebie, przepisując numer na swój telefon. Przez
moment jeszcze się wahał, ale kiedy już nacisnął zieloną słuchawkę, nie było
odwrotu. W tym samym momencie rozdzwoniła się moja komórka. Niechętnie
zerknęłam na wyświetlacz. Amy.
-No gdzie ty się podziewasz?! – powitał mnie jej wrzask.
Odsunęłam się kawałek, zerkając na chłopaków, chociaż oni byli tak bardzo
zamyśleni, że nawet nie zwrócili na mnie uwagi – Kobieto, wygrałaś konkurs!
Musisz odebrać nagrodę! Wygrałaś, słyszysz?!
-Słyszę – odparłam bezpłciowo. Ona chyba od razu wyczuła,
że coś jest nie tak, bo później wrzasnęła jeszcze głośniej, na tyle głośno,
że aż musiałam odsunąć słuchawkę od
ucha.
-Nie dociera do ciebie to, że wygrałaś konkurs?! – dalej
krzyczała. Nie wiedzieć czemu strasznie mnie to wkurzyło.
-Są rzeczy ważniejsze niż ten zapchlony konkurs –
warknęłam, usiłując pohamować złość. Zdawałam sobie sprawę z tego, ze ona nie
wie o Pierre’rze, ale to wcale nie usprawiedliwiało jej wrzasków. Czułam do
niej niechęć.
-Właściwie to gdzie ty teraz jesteś? – zapytała
dziewczyna nieco zdenerwowana moimi słowami. Wyczułam, że nieprzytomny brunet
nie chciałby, żeby ona o wszystkim się dowiedziała. Nie miałam pojęcia
dlaczego, ale chyba nie dlatego, że mogłaby roznieść plotki na ten temat.
Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale wtedy kątem oka ujrzałam, ze ktoś
wychodzi z Sali Pierre’a.
-Nie mogę gadać – zakończyłam szybko rozmowę.
-Czekaj, gdzie ty… - usłyszałam jeszcze, zanim odłożyłam
słuchawkę. Teraz nie miałam czasu na wymyślanie wytłumaczenia na temat mojej
nieobecności. Szybko dotarłam do tłumu otaczającego lekarza, w biegu chowając
komórkę.
-… także nie jest w złym stanie, za kilka dni powinien
wrócić do formy – załapałam się na ostatnie słowa doktora. Ale twarz Davida
powiedziała mi wszystko.
-Możemy do niego wejść? – zapytał ze spokojem Chuck.
Miałam wrażenie, ze lekarz chce zaprzeczyć, ale widząc nadzieję chłopaków w ich
oczach, machnął lekceważąco dłonią.
-Tylko proszę go nie budzić i nie utrudniać pracy
pielęgniarkom – wymamrotał niepewnie. Seb ostrożnie otworzył drzwi i wsadził
głowę do środka. Potem odwrócił się do nas przyciskając wskazujący palec do
ust. Pokiwaliśmy zgodnie głowami. Wszyscy wcisnęliśmy się do środka, ja na
szarym końcu, bo nie miałam pojęcia, czy mi wypada. Uznałam jednak, że moja
ciekawość i troska o stan Bouviera jest potężniejsza niż jakieś przygłupie
myśli. Na początku bruneta nie poznałam. Przypominał trochę mumię, większość
jego ciała była w bandażach. Pod oczami miał ogromne sińce, a jego policzki
wciąż krwawiły. Mówiły mi o tym zwiększające się plamy pod opatrunkami. Do jednej
z rąk miał podłączoną kroplówkę.
-Kto mógł to zrobić? – usłyszałam obok siebie głos Davida – Bo to raczej na pewno było
pobicie.
-nic nie chciał powiedzieć – odparł Seb, siadając na
jednym z taboretów i podsuwając jeden dla mnie – Zresztą nie był w stanie mówić
– wzruszył ramionami. Dopiero wtedy byłam w stanie się ruszyć. Na drżących
nogach podeszłam do stołka i na nim usiadłam. Pierre wydawał się być
przestraszony, ale co go tak przestraszyło? Szpital czy to, co widział, zanim
jeszcze tutaj trafił? Przełknęłam cicho ślinę. Miałam nadzieję, że to wszystko
szybko się wyjaśni, a oprawca dostanie za swoje. Nikt nie zasługuje na takie
traktowanie, a już szczególnie nie on. Bo Pierre jest naprawdę szczególnym
przypadkiem, przypadkiem, który potrafi naprawiać swoje błędy.
-Ktokolwiek by tego nie zrobił, prędzej czy później i tak
się dowiemy, ze to on – Jeff zacisnął pięści – A wtedy współczuję tej osobie.
On chyba nie wiem, z kim zadarł.
Westchnęłam cicho, wpatrując się w nieobecną twarz
bruneta. Coś w sercu przez cały czas mnie kuło, coś chciało dać mi znak, ale
nie miałam pojęcia, o co temu czemuś chodziło. Przełknęłam cicho ślinę,
odrywając wzrok od jego policzków i spoglądając na Jeffa. Jeszcze nigdy nie
widziałam aż tak ogromnej powagi na twarzach całej czwórki. Wszyscy wyglądali
jakby wybierali się na pogrzeb. Zero cienia uśmiechu, zero jakichkolwiek
żartów. Po raz pierwszy oni poddali się smutkowi, by ten przejął kontrolę nad
ich uczuciami. Martwili się. Cholernie martwili się o to, że ich kumpel mógł wpakować się w jakieś bagno.,
Z zamyślenia wyrwał mnie znowu niemiły dźwięk mojej
komórki. Podskoczyłam ze strachu, a
widząc na sobie spojrzenia czwórki moich kolegów, upewniłam się w
przekonaniu, że to musi być mój telefon. Wyszarpałam komórkę z kieszeni i
zerknęłam na wyświetlacz. Żółta koperta z napisem BILL co chwilkę się
podświetlała. Prychnęłam cicho i schowałam komórkę do kieszeni.
-Daj mu szansę – usłyszałam cichy głos Davida. Obróciłam
głowę w jego stronę. Znowu mnie zaskoczył. Skąd wiedział? Na pewno nie zaglądał
mi przez ramię, tego byłam pewna. W końcu nie ruszał się z miejsca. Blondyn
wpatrywał się we mnie tak jak wtedy, kiedy też o tym rozmawialiśmy. Przegryzłam
dolną wargę i z powrotem wsunęłam dłoń do kieszeni, by wyciągnąć telefon i
odczytać wiadomość. Bill pytał się mnie o występ i o to, czy nie spotkałabym
się z nim. Nie miałam pojęcia, co zrobić, jak się zachować. Bardzo chciałam się
do niego przytulić, ale po tym jak mnie wystawił nie miałam ochoty nigdy więcej
z nim rozmawiać. Spojrzałam z powrotem na Davida, on także wpatrywał się we
mnie. Z jego oczu wyczytałam, co robić. Westchnęłam niepewnie i zerknęłam z
powrotem na wyświetlacz. Szybko odpisałam, chociaż przez jakiś czas
zastanawiałam się, czy wiadomość, którą wysłałam, brzmiała dostatecznie oschle
i płytko. Wolałam zasiać w nim strach, chciałam, żeby wiedział o tym, że jestem
na niego obrażona.
Kiedy rodzice bruneta w końcu dotarli, postanowiliśmy dać
im trochę prywatności i wyszliśmy, pozostawiając ich z synem. Wtedy już
postanowiłam wycofać się z sytuacji. Wyszłam ze szpitala po oficjalnym
przyrzeczeniu, że nikomu nie pisnę słowem na temat Pierre’a i po przysiędze
Davida, że jak tylko Pierre się obudzi, to on da mi znać. Wiedziałam, że jeśli
pójdę pieszo, to powinnam spokojnie zdążyć, dlatego podziękowałam Chuckowi za
jego propozycję podrzucenia mnie. Zastanawiałam się nad tym, jak rozegrać tę
rozmowę tak, by nie zranić Billa, a jednocześnie przekazać mu, że to co zrobił,
bardzo mnie zabolało. Moje serce biło powoli jak jakiś dzwon. Bałam się tej
rozmowy jak ognia. Zacisnęłam mocniej pięści. Muszę być twarda. Nie mogę dać
się ponieść uczuciom.
Kiedy dotarłam na nasze miejsce, on już czekał, zwrócony
do mnie plecami. Stałam i wpatrywałam się w niego jak głupia. Walczyłam z
miłością, walczyłam, żeby to uczucie nie wzięło nade mną kontroli. I chociaż
miałam ochotę rzucić mu się na szyję, nie zrobiłam tego. Powoli ruszyłam w jego
stronę. Zauważył moją obecność dopiero wtedy, gdy zatrzymałam się obok niego.
Uśmiechnął się, a potem pochylił się, żeby mnie pocałować. Odsunęłam się.
Widziałam w jego oczach zaskoczenie i zwód, ale on tego nie skomentował. Czego
się spodziewał? Że powitam go z otwartymi ramionami?
-Spóźniłaś się – zaczął cicho, wlepiając wzrok w panoramę
Montrealu. Przez moment zastanawiałam się, co odpowiedzieć, ale postanowiłam,
że nie będę kłamała.
-Byłam w szpitalu
- odparłam pusto. Przez chwilę milczałam – Obiecałeś mi, że się zjawisz…
Obiecałeś…
-Musiałem załatwić coś ważnego – wymamrotał mój chłopak,
nawet na mnie nie zerkając. Już wtedy wyczułam, że coś tu nie gra.
czwartek, 20 marca 2014
PART XIII
-David! – usłyszeliśmy za sobą ostry krzyk. Przez ułamek
sekundy myślałam, że to on, że to Bill przyszedł w końcu. Dopiero kiedy
narobiłam sobie nadziei, dotarło do mnie, że on nie wie, jak wygląda
Desrosiers. Westchnęłam cicho, odwracając się. Przed moimi oczami pojawił się
Seb.
-David, widziałeś gdzieś Pierre’a? – zapytał błękitnooki.
Blondyn zmarszczył czoło, myśląc intensywnie.
-Nie – zaprzeczył – Nie widziałem go, odkąd poszedłem po
Kate.
-No to gdzie ten idiota się schował? – wkurzył się Seb,
zaciskając pięści – Powiedział, że tylko skoczy do kibla, a nie ma go już od
połowy godziny!
-Pewnie znalazł jakąś panienkę – wzruszył ramionami Dave,
odwracając się twarzą do sceny – Może siedzi na publiczności?
-Niby po co? – prychnął jego przyjaciel – doskonale wie,
że zaraz my gramy!
-No przecież to dorosły chłop, nie zaginął – próbował
uspokoić go blondyn, ale to nie pomogło.
-Lepiej pomóż nam go znaleźć! – warknął wkurzony Seb – bo
jak nie znajdzie się na czas, to nasz występ legnie w gruzach!
-Sami sobie nie poradzicie? – jęknął blondyn, ale
natychmiast się zerwał, kiedy ujrzał wrogie spojrzenie kumpla. Przeprosił mnie
na chwilę, obiecując, że za chwilę wróci. Nerwowo pokiwałam głową. Po chwili
zostałam sama. Wtedy już w ogóle nie miałam pojęcia, co się wokół mnie dzieje.
Postanowiłam nastroić gitarę, chociaż wiedziałam, że Dave zrobił to za mnie.
Więc po prostu grałam. Blondyn miał rację, ćwiczenia bardzo mi pomogły, grałam
tę piosenkę jeszcze lepiej, chociaż wtedy mi się wydawało, że to niemożliwe.
Tym razem jednak nawet na brzdąkaniu nie mogłam się skupić. Nerwy wciąż ze mną
walczyły. Drżałam, ale nie poddawałam się. Chciałam, żeby David już wrócił, do
niego przynajmniej mogłam się odezwać, choć nie zawsze była to spokojna
rozmowa. To było naprawdę dziwne rozmawiać z osobą, której się nienawidzi.
-Kaaaate!!! – wrzask blondyna porwał mnie na nogi.
Rozejrzałam się szybko. Desrosiers biegł w moim kierunku blady jak ściana –
Nigdzie nie możemy znaleźć Pierre’a! – wydyszał zmęczony – Chyba odwołamy
występ…
-Jak to nigdzie? – zapytałam głupio, czując jak serce
podchodzi mi do gardła. Wiedziałam, że brunet na pewno nie uciekłby z własnego
występu. Co jeśli zasłabł i teraz potrzebuje pomocy? Wyraźnie przestraszony
David powtarzał, ze szukali już dosłownie wszędzie i nigdzie go nie znaleźli.
-Kate, zaraz ty będziesz śpiewać! – zadźwięczał mi czyiś
głos nad uchem. Obróciłam się na pięcie, ale już nikogo nie zobaczyłam. Milion
różnych myśli przeleciało przez moją głowę, ale nie miałam czasu, by je analizować.
Blondyn coś do mnie mówił, ale nic już nie zrozumiałam z jego gadania. Ręce
zaczynały mi się pocić. Miałam ochotę uciec, ale kiedy usłyszałam własne
nazwisko, Dave na siłę wypchnął mnie na scenę. Zatrzymałam się na środku. Przez
moment właściwie nie wiedziałam,po co ja w ogóle to robię. Cała szkoła się na
mnie gapiła. Na szczęście szybko przypomniałam sobie o gitarze, którą miałam na
ramieniu. To było moje jedyne narzędzie, jedyne koło ratunkowe. W głowie miałam
tylko te kilka akordów. Nie wiedziałam, jakie są słowa, wymyślałam je. Wciąż
miałam nadzieję, że Bill zjawi się podczas refrenu i wszystko pójdzie zgodnie z
naszym planem. Grałam i śpiewałam, a stres panoszył w mojej duszy. Bałam się,
ze nie dotrwam do końca, że za chwilę coś we mnie pęknie i wybuchnę.
Jego głos chyba mi pomógł, chociaż na początku się
przestraszyłam tak bardzo, że przestałam śpiewać w refrenie i gapiłam się na
niego jak otępiała. Dalej grałam tę samą melodię, robiłam to automatycznie.
Wtedy dotarło do mojej głowy, że on dał mi nadzieję. W jego oczach ujrzałam tę
myśl, którą on próbował przekazać mi przez swoja gitarę. Daj się ponieść
muzyce. Moje powieki opadły, uszy zaczęły wyłapywać jedynie dźwięki
instrumentu. To podziałało. Zapomniałam o wszystkim, co się działo wokół mnie,
o ludziach, którzy siedzieli przede mną, a nawet o Billu i Desrosiersie.
Niestety tekst szybko wyparował mi z głowy. Kiedy
otworzyłam oczy, wszystko do mnie wróciło. Cała rzeczywistość ponownie stanęła
mi przed oczami, chociaż wciąż do mnie nie docierało, gdzie ja jestem i co się
dzieje wokół. Wszyscy mi klaskali i się patrzyli. Zarumieniłam się lekko i
obejrzałam się. David szeroko się uśmiechał i także mi klaskał. Niepewnie na
niego spojrzałam, prawie niewidocznie
pokiwał głową. Ruszyłam w jego stronę powoli, chociaż miałam ochotę rzucić się
biegiem w jego ramiona. Właściwie to nie miałam pojęcia, jakim cudem trzymałam
się na nogach. Kiedy oboje znaleźliśmy się za sceną, poczułam jak siły ze mnie
wyparowują. Dosłownie w ostatnim momencie David mnie złapał. Nie miałam
zielonego pojęcia, co się ze mną działo.
-Dlaczego? – wymamrotałam słabo – Dlaczego ty to
zrobiłeś?
-Bo akurat tobie się to należało – lekko uśmiechnął się
blondyn, sadzając mnie na jakiejś ławce. Spojrzałam na niego pytająco zmęczonymi
oczami – No co? Takiego tłumoka jak ja to matmy nikt jeszcze nie nauczył. Tobie
się to udało. Przynajmniej częściowo.
Przez moment się w niego wpatrywałam, starając się
zanalizować jego słowa. Uśmiechnęłam się, ale po chwili dotarło do mnie, co ja
wyprawiam. Szybko zmieniłam wyraz twarzy na dumę.
-Sama bym sobie nie poradziła – odparłam, czując jak siły
zaczynają do mnie wracać.
-Jasne – prychnął blondyn, nadal się do mnie uśmiechając-
Prawie się poryczałaś podczas pierwszej zwrotki! – wytknął mi perfidnie.
-Zamknij się! – warknęłam, zaciskając pięści. Czułam, że
za chwilę złość mnie rozsadzi. Dave machnął dłonią jakby się poddawał. Wciąż
wlepiał we mnie swój wzrok.
-Zrobiłaś furorę – oznajmił – Widziałaś, jak szkoła
zareagowała. Chyba nikt nie dostał takich oklasków! – chwalił mnie David. Przed
moimi oczami znowu pojawił się tłum publiczności. I śmiejący się Desrosiers. No
właśnie. Deesrosiers. Posmutniałam.
-No co jest znowu? – zapytał zdenerwowany blondyn –
dziewczyno spisałaś się na medal, powinnaś być z siebie dumna! – krzyknął
wesoło, chcąc zapewne poprawić mi humor. Nie udało mu się to.
-Czemu on nie przyszedł? – zapyta łam cicho o to, co mnie
tak bardzo gnębiło. Moje oczy lustrowały linie papilarne moich dłoni. David nie
odpowiedział nic, zapewne zastanawiał się, co powiedzieć. Chwilę później
przykucnął przed moimi kolanami i chwycił jedną z moich dłoni.
-Czasami zdarzają się takie sytuacje, że trzeba zmienić
plany. I nie ma się nic do gadania w takiej sytuacji. Więc zanim cokolwiek
zadecydujesz, porozmawiaj z nim, okej? – zapytał, chcąc wymusić na mnie
kiwnięcie głową. Nie udało mu się – Kate, posłuchaj mnie. To nie musiało od
niego zależeć. Nie chcę, żebyś popełniła błąd, bo możesz stracić coś cennego –
tymi słowami mnie przekonał i chyba to zauważył, bo wyprostował się zadowolony
– Obiecujesz mi, że z nim pogadasz? – zapytał jeszcze. Pokiwałam głową, ale
najwyraźniej jemu to nie wystarczyło – Obiecaj!
-Obiecuję – wymamrotałem słabo. On westchnął cicho.
-Z entuzjazmem, Kate, z entuzjazmem! – krzyknął wesoło.
-Obiecuję! – dodałam nieco pewniej i z lekkim
uśmieszkiem. Dave znowu się wyszczerzył. Otworzył buzię, żeby coś powiedzieć,
ale przerwał mu zduszony krzyk.
-David!
Oboje jak na rozkaz się obróciliśmy i ujrzeliśmy
przestraszonego Chucka. Brunet musiał zauważyć, że wszyscy na niego patrzą. Wyglądał
co najmniej dziwnie z przerażonym wzorkiem i blady jak trup. Podbiegł do nas,
drżąc jak sikorka. Dave zmarszczył czoło.
-co się stało? – zapytał niespokojnie, zauważywszy
nienaturalne zachowanie kumpla. Wielkoczoły spojrzał na mnie znacząco, ale
David zaraz mnie ponaglił – No mów!
-Znaleźliśmy Pierre’a – wydusił z siebie Comeau. Chciałam
powiedzieć, że to fantastyczna wiadomość, ale zaraz potem na twarzy blondyna
zauważyłam rzadko spotykaną powagę. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale coś tu
śmierdziało.
czwartek, 13 marca 2014
PART XII
Po raz setny grałam na gitarze tę samą piosenkę,
piosenkę, którą mieliśmy zaśpiewać z Billem podczas naszego występu. Już dwa
razy zdążyliśmy to razem zagrać, brzmiało idealnie. Nigdy nie podejrzewałabym,
że mój chłopak ma taką niesamowitą barwę. I że nasze głosy tak dobrze się
dogadywały. Mimo wszystko dalej się tego bałam, wciąż obawiałam się, ze pomylę
akordy albo zrobię cos głupiego.
-Tę piosenkę zagrasz na konkursie? – zapytał cicho
blondyn znad podręczników od matmy. Ciągle zapominałam o jego obecności w
pokoju. Zadrżałem.
-Rozwiązałeś już? – warknęłam, szybko zmieniając temat. David,
bardzo z siebie dumny, pokiwał głową i podał mi kartkę z przykładem. Ostrożnie
odłożyłam gitarę na łóżko i wzrokiem przeleciałam po przykładzie. otworzyłam
szeroko oczy ze zdumienia. Cały przykład zrobił dobrze. Kolejny.
-Okej – odparłam nieswojo – Chyba to już umiesz –
westchnęłam chwytając podręcznik – Ale jeszcze jedno zadanie nie zaszkodzi.
-Kate! – jęknął chłopak – Od trzech godzin robię to samo!
To już jest nudne! – marudził. Westchnęłam ciężko, patrząc na kolejna stronę.
Zaczynał się już nowy rozdział. Podrapałam się po głowie.
-Mogę ci zaufać, skoro mówisz, że to rozumiesz? – zapytałam
niepewnie. Blondyn podskoczył z radością.
-No jasne – odpowiedział, kołysząc się na moim krześle i
czekając na moje kolejne polecenie. Przegryzłam dolną wargę i wzruszyłam ramionami.
-To możesz już iść – powiedziałam łaskawie. Blondyn
otworzył szeroko oczy ze zdumienia – No co? – zapytałam – Skończył się nam
rozdział. Nowego dzisiaj nie zaczniemy, bo to bez sensu. Jesteś wolny – po raz
kolejny wzruszyłam ramionami. On jednak nadal się nie poruszył, tylko gapił się
na mnie jak na ducha – aha, czyli chcesz jeszcze kilka zadań. Nie ma problemu –
chwyciłam podręcznik, ale zanim jeszcze zdążyłam go otworzyć, Desrosiers jęknął
głośno, skacząc w pobliże mojej osoby i zabierając mi książkę. Roześmiałam się.
-Leć już, to może jeszcze zdążysz na wieczorynkę! –
zachichotałam. Dave złapał się za boki z kpiącym uśmieszkiem na ustach.
-A to dlatego ty tak bardzo chcesz mnie wygonić! ty też
chcesz obejrzeć! – wystawił mi język. Przymrużyłam oczy.
-O niczym innym nie marzę – prychnęłam – chcesz pomóc
włączyć mi telewizor? Bo chyba sobie sama z tym nie poradzę. Aha – strzeliłam
palcami – No i jeśli chcesz tu zostać, musisz zrobić mi masaż stóp!
-Dawaj te giry! – uśmiechnął się blondyn, schylając się
po moje stopy.
-Hej! – wrzasnęłam przestraszona, podskakując – Ja
żartowałam! Moje stopy są zbyt cenne, żebyś ich dotykał.
-A już miałem nadzieję, że dostąpię tego zaszczytu –
posmutniał Desrosiers. Spojrzeliśmy na siebie i w tym samym momencie
wybuchnęliśmy śmiechem jak starzy i dobrzy kumple.
-to powiesz mi, jaki tytuł ma ta piosenka? – zapytał
blondyn, opierając nogi o biurko. Wyraźnie czuł się jak u siebie w domu. Tym
razem to nie przeszkadzało, chociaż zazwyczaj za takie zachowanie miałam ochotę
wyrzucić go z domu. Blondyn zawsze potrafił jakoś sprytnie mnie zagadać.
-„Full moon sways”* – odparłam zarumieniona, wlepiając
wzrok w podłogę. Kątem oka zauważyłam zamyśloną twarz Desrosiersa. Domyślałam
się, że on nawet nie słyszał o takim tytule. Uśmiechnęłam się. Właśnie o to mi
chodziło. Chciałam zaśpiewać piosenkę, której nikt nie zna, a którą pokochaliby
wszyscy.
-Nie znam – odparł zgodnie z moimi domysłami chłopak.
-O to chodzi – odparłam.
-Wiem! – podskoczył z entuzjazmem David – Zrobimy próbę
generalną! Graj!
-Chyba zwariowałeś!
-wrzasnęłam przerażona, strasząc także blondyna, który cofając się,
potknął się niechcący o dywan i upadł.
Nie zwróciłam na to uwagi – Usłyszysz to dopiero wtedy, gdy wszyscy to usłyszą.
Nie mogę dopuścić do tego, żebyś poznał to szybciej niż inni – prychnęłam.
-No przestań! – prychnął blondyn, wiedziałam, że już mu
nie przemówię do rozsądku – Trzeba ćwiczyć jak najwięcej.
-Ja już umiem to grać – dodałam szybko, ale to go chyba
nie przekonało.
-Z gitarą jest jak z matematyką – wytłumaczył mi
cierpliwie – Im więcej ćwiczysz, tym mniej błędów robisz. No i oczywiście tym
lepiej grasz – uśmiechnął się – No dawaj! – zachęcił mnie.
-Nie! – warknęłam – jesteś ostatnią osobą dla której
zagrałabym tę piosenkę.
- Ty się mnie wstydzisz! – roześmiał się blondyn,
siadając na krześle, na którym siedział jeszcze kilka minut temu – Ty naprawdę
się mnie wstydzisz! – roześmiał się. Ze złością na niego spojrzałam.
-Nieprawda! – wrzasnęłam wzburzona.
-to niby dlaczego jesteś cała czerwona?!
Przez moment na niego patrzyłam, a potem rzuciłam się w
stronę półki, na której stało niewielkie lusterko. Rzeczywiście moja twarz
nabrała różowego koloru.
-Ale się gorąco zrobiło!
-westchnęłam ciężko, ocierając pot z czoła, a raczej udając, że ocieram,
bo cała ta scena to było przedstawienie. Na moje nieszczęście on się na tym
poznał.
-Jeśli chcesz, to możesz się rozebrać – zachichotał – Mi
to nie będzie przeszkadzać.
-Obejdzie się – burknęłam pod nosem, jednak uśmiechnęłam
się lekko. Wróciłam na łóżko i ukradkiem zerknęłam na gitarę, co nie uszło
uwadze Desrosiersa.
-No dawaj! – próbował dalej mnie zachęcić. Nie miałam
zielonego pojęcia, jaki miał w tym cel. Uparcie pokręciłam głową. Nie mogłam
tego zrobić, po prostu nie mogłam – Katy, stres naprawdę jest do pokonania! –
spojrzałam w jego piwne oczyska i właśnie w nich zobaczyłam pewność. Uwierzyłam
mu. Tylko że ja nie potrafiłam z tym walczyć.
-Zacznij małymi krokami – pouczał mnie uśmiechnięty
blondyn – Słuchaj, musisz tylko wziąć tę gitarę i zagrać początek. Reszta już
sama poleci.
-Ale ja nie potrafię! – wrzasnęłam zdenerwowana, nie tyle
zachowaniem kolegi, co swoim. Nie umiałam się przemóc i to mnie wkurzało.
-Ty zawsze reagujesz wrzaskiem, jak coś cię wkurza –
zachichotał David, ale zaraz spoważniał – To jak ty zamierzasz wystąpić przed
całą szkołą?
-Wtedy nie będę sama! – odparłam z dumą.
-Nie? – zapytał zaskoczony Dave – to kto z tobą będzie? –
jego ciekawość nie znała granic. Przegryzłem dolną wargę, zastanawiając się,
czy dobrze zrobię, jeśli powiem mu o swoim chłopaku. Właściwie to co mi szkodziło.
-Mój chłopak – uśmiechnęłam się. Przez ułamek sekundy
przed oczami stanął mi obraz Billa i jego szeroki uśmiech. Po raz kolejny do
głowy przeszła mi ta myśl, że bardziej wspaniałego chłopaka nie odnalazłabym
nigdy.
-aha – blondyn pokiwał ze zrozumieniem głową – Ale to
wcale nie znaczy, że możesz zwalać na niego całą odpowiedzialność stresowej, bo
on pewnie też będzie zdenerwowany. Dlatego musisz teraz dla mnie zagrać –
paplał ciągle Dave – Inaczej nie dam ci spokoju. Uwierz mi, mogę nadawać tak w
nieskończoność. Raz chłopaki zamknęli mnie w kiblu, bo za dużo gadałem. Mieli
niezły ubaw, dopóki Chuckowi nie zachciało się do toalety…
-Dobra, zagram ci to – przerwałam mu, nie zważając na
jego opowieść. Blondyn tylko szerzej się uśmiechnął, patrząc jak chwytam
gitarę. Ręce mi drżały, ale wmawiałam sobie, że to nie stres, że przecież ja
się nie denerwuję przed tym idiotą Desrosiersem. Jeszcze przed kimś, na kim
opinii mi zależy, to okej, ale przed nim? Przed osobą, której zdanie nie jest
nic wart?
Co gorsza to wcale nie pomagało. Gdy tylko na niego
spojrzałam, nerwy mi przeszkadzały w uchwyceniu gitary i rozpoczęciu gry.
Ciągle się wierciłam, co chyba doprowadziło do szału chłopaka.
-No zacznij w końcu grać! – wrzasnął oburzony chłopak –
Bo za chwilę pomyślę, że ty nie umiesz tego zagrać!
-Umiem! – warknęłam – Potrzebuję czasu!
-Ciekawe, jak będzie reakcja szkoły, jak będziesz się tak
ociągać – blondyn chyba specjalnie wydukał tę złotą myśl, żeby mnie wkurzyć. I
zadziałało. Byłam tak bardzo zdenerwowana, że omal nie zniszczyłam akustyka.
Zamiast tego od razu zaczęłam grać, chyba po to, żeby rozładować złość. David miał
rację, to zniknęło. Pozostało tylko skupienie i muzyka.
Blondyn przez cały czas z uwagą wsłuchiwał się w dźwięki
wytwarzane przez moją gitarę. Nie miałam pojęcia, dlaczego lekko się uśmiechał.
Kiedy skończyłam grać, nie bez strachu na niego spojrzałam, chociaż ciągle
próbowałam siebie przekonać, że jego zdanie w ogóle mnie nie interesuje.
Desrosiers zamyślony przegryzł dolną wargę.
-Czegoś tak okropnego jeszcze nie słyszałem – westchnął
ciężko. Momentalnie zrobiłam się czerwona na twarzy i już otworzyłam usta, żeby
coś mu odpowiedzieć, ale wtedy Dave wybuchnął głośnym śmiechem – Twoja mina
jest bezcenna! No przecież ja żartowałem! – poklepał mnie po ramieniu jak
rasowego kumpla. Wciąż byłam wstrząśnięta jego reakcją. Nadal nie zamykałam ust
– Grasz naprawdę nieźle. Może Slashem to ty nie jesteś i prędko nim nie
zostaniesz, no ale przecież nie o to chodzi, prawda? – puścił mi oczko, co
zdumiało mnie jeszcze bardziej – trochę się gubisz w rytmie, musisz w myślach
sobie liczyć, ale jak trochę potrenujesz, to na konkursie zniszczysz wszystkich - uśmiechnął się jeszcze szerzej. Otworzyłam
buzię.
-A ty kim jesteś, znawcą jakimś? – prychnęłam z pogardą,
chociaż w myślach sobie powtórzyłam jego porady, żeby je zapamiętać. On wpatrywał
się we mnie swoimi wesołymi oczami, a potem powoli wyciągnął dłonie w stronę
mojej gitary. Objęłam ją, patrząc na niego nieufnie. Nikomu nie dawałam do rąk
mojej gitary, nawet mój ojciec wiedział, że nie może z niej korzystać.
-Przecież nie zrobię jej krzywdy – próbował mnie
przekonać. Westchnęłam cicho i spojrzałam na instrument. Głos Davida wydawał mi
się pewny, ale i tak mu nie ufałam – Spokojnie, uwierz mi, ja wiem, czym może
być gitara dla człowieka – spojrzałam w jego piwne oczy i ujrzałam prawdę.
Nadal z niewielkim wahaniem wyciągnęłam gitarę w jego stronę. Przez ułamek
sekundy jeszcze ją trzymałam, zastanawiając się, czy dobrze ronię. Uznałam
jednak, że on na to zasługuje, chociaż nie miałam pojęcia, za co.
-Cudo – wyszeptał Desrosiers, dotykając strun palcami. Wydawał
mi się naprawdę onieśmielony tym, że w ogóle trzyma tę gitarę w dłoniach.
Dopiero po chwili zaczął grać. Miałam wrażenie, że on zapomniał o mojej obecności,
tak bardzo wczuwał się w muzykę. A ja nie wiedziałam, co on grał. Domyśliłam
się, że to musiała być jego jedna z ulubionych piosenek. Zamknęłam oczy.
Dźwięki były niesamowite. Mogłabym słuchać ich w nieskończoność i nigdy by mi
się nie znudziły. On potrafił. On potrafił grać i to o wiele lepiej niż ja czy
Bill.
-Niesamowite – wyszeptałam, gdy on przerwał brzdąkanie.
Wyraźnie zaczarowana otworzyłam. Blondyn przez krótki moment patrzył na mnie, a
potem ze smutkiem zwiesił głowę i znowu zaczął grać. Moje serce zaczęło
szybciej bić. Dave wyraźnie stracił dobry humor, nie wiedziałam, dlaczego, ale
zrobiło mi się go szkoda – Coś się stało? – zapytałam delikatnie. On tylko
pomachał głową, dalej bawiąc się gitarą.
-Po prostu… Wspomnienia – uśmiechnął się krzywo – Tamta
piosenka była dla mojej dziewczyny… - blondyn gwałtownie urwał, a potem szybko
się poprawił - … mojej byłej dziewczyny.
Zadrżałam przestraszona. Przez cały czas myślałam, że
Davidowi udało się z nią pogodzić, dlatego zaczął z powrotem przychodzić do
mnie, żeby ćwiczyć tę matmę. Poczucie winy znowu dawało mi się we znaki. Cała
ta afera na nas obu wpłynęła fatalnie. Tyle że ja ucierpiałam tylko na opinii,
on utracił coś ważniejszego.
-Przepraszam – wymamrotałam cicho, wlepiając wzrok we
własne palce. Katem oka widziałam jego twarz.
-Nie masz za co przepraszać – westchnął blondyn, przerywając
grę – To już przeszłość, muszę nauczyć się z tym żyć – dodał słabo.
Najwyraźniej mówiło się o tym znacznie łatwiej niż się czuło. Doskonale o tym
wiedziałam, chociaż sama nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
-Naprawdę masz dobry sprzęt – zmienił szybko temat,
zauważywszy zapewne, że oboje czujemy się niezręcznie, rozmawiając o jego byłej
dziewczynie. Ze słabym uśmiechem wyciągnął instrument w moją stronę – Nie
zmarnuj go.
Chwyciłam ją czując się, jakbym przejmowała już inną
gitarę niż oddawałam w jego ręce. To było dziwne, bo ten akustyk wydawał mi się
być jeszcze piękniejszy. Chyba dopiero wtedy poczułam magię muzyki.
Zrozumiałam, że ją także można odkryć.
-Dobra, będę się zbierał – dodał za chwilę trochę
nieswojo Dave, wstając. Otworzyłam usta, chcąc go zatrzymać, ale nie wiedzieć
czemu, nie zrobiłam tego. Uznałam, że być może on nie ma już ochoty na moje
towarzystwo. Po tym, co powiedziałam, wcale bym się nie zdziwiła. Westchnęłam
cicho, przeklinając siebie w duchu i wstając, by odprowadzić blondyna do drzwi.
Aż do tego dnia nie poruszaliśmy tematu dziewczyny Dave’a
i chyba nigdy więcej już go nie poruszymy. Kiedy otworzyłam oczy i uświadomiłam
sobie, że to już dzisiaj, miałam ochotę zamknąć je z powrotem i zasnąć. Siłą
woli zdołałam się powstrzymać. Zamiast tego zmusiłam się, żeby wstać i ubrać
się. Śniadanie połknąć nie mogłam. Nerwy brały nade mną górę.
Jeszcze przed szkołą zastanawiałam się, czy na pewno chcę
do niej wejść, postanowiłam jednak się przemóc. Wiedziałam, że to jest do
pokonania, że ja mogę z tym zwyciężyć. Wszyscy się na mnie patrzyli, kiedy już
znalazłam się w środku, zapewne przez gitarę, którą targałam na ramieniu. Chyba
byli zaskoczeni. Starałam się nie zwracać na to uwagi, tak jak wczoraj
powiedział mi Dave, ale to było cholernie trudne. Po raz pierwszy lekcje mijały
mi tak szybko. Dwie pierwsze, które się odbywały skończyły się prawie w tym
samym czasie, w którym się zaczęły. Dłonie coraz bardziej mi drżały.
Wyskoczyłam z budynku szkoły, mając nadzieję, że Billowi uda się poprawić mój
nędzny humor. Mojego chłopaka jeszcze nie było. Zdenerwowana zerknęłam na
zegarek. Po raz drugi się rozejrzałam. Ludzie roześmiani i wyluzowani siedzieli
na ławkach i śmiali się. Powoli zaczynałam żałować, że się na to wszystko
zgodziłam. Czekałam do dzwonka, po dzwonku także. Obiecałam sobie, że bez niego
nie przekroczę progu szkoły. Oczywiście uległam, kiedy David namawiał mnie do
powrotu i obejrzenie występów. Na początku nie chciałam, wiedziałam, że nie dam
sobie rady bez Billa. Blondynowi jakoś udało się przekonać mnie, że mój chłopak
na pewno tutaj przyjdzie, że na pewno zjawi się w szkole. Za kulisami był taki
bałagan, że nie mogłam znaleźć tam własnych myśli. Stanęłam z Davidem tak, żeby
widzieć całe przedstawienie, chociaż tak naprawdę ono w ogóle mnie nie
interesowało. Ciągle ze strachem rozglądałam się za osobami, które miały
wystąpić. Wszyscy stroili głosy albo instrumenty. Nerwowo przełknęłam ślinę. On
musiał przybyć na czas. No przecież by mnie nie wystawił… Nie on…
-David! – usłyszeliśmy za sobą ostry krzyk. *przed laty nie mogłam przestać tego słuchać :) https://www.youtube.com/watch?v=SGJAc7WY23w
środa, 5 marca 2014
PART XI
-Kate – usłyszałam za swoimi plecami pisk. Zatrzymałam
się zaskoczona, ale nie zdążyłam się odwrócić, boi ktoś skoczył mi na plecy. Jęknęłam,
przeczuwając, że za chwilę z mojego kręgosłupa nie pozostanie nic – Dziękuję!
Dziękuję! – wrzeszczała dalej. Dosłownie w ostatniej chwili powstrzymałam się
przed zatkaniem uszu.
-Za co? – odparłam zdumiona. Nadal do mnie nie docierało
to, co się właściwie wydarzyło. Ona ściskała moją dłoń, omal nie powodując
mojej śmierci.
-Umówił się ze mną! – krzyknęła tak głośno, ze ludzie
stojący w pobliżu podejrzliwie nam się przyglądali. Ona tego nie zauważyła –
Powiedział mi, że te plotki o tobie i o nim to nieprawda i że zależy mu na tym, żeby ze mną się spotkać!
Poprosił mnie o numer telefonu, rozumiesz?! – dziewczyna kilka razy podskoczyła
z radością – To wszystko dzięki tobie! – ponownie mocno mnie uściskała –
Powiedział, że to ty mu tyle o mnie opowiedziałaś! Dziękuję!
-Nie ma za co – odparłam, czując pustkę, przytulając ją i
zastanawiając się nad jej słowami. Dopiero po ułamku sekundy uśmiechnęłam się.
Zrozumiałam. To był plan bruneta. Przedstawił mnie w jak najlepszym świetle,
byle tylko Amy uwierzyła w to, że między nami nic nie było. Zaczął naprawiać
swoje błędy, co przyniosło mi ulgę. No i mojej przyjaciółce także. Tylko skąd
on wiedział, że Amy tylko w taki sposób mi wybaczy? Zgadywał?
Nie miało to dla mnie znaczenia. Najważniejsze było to, ż
e wciąż byłyśmy przyjaciółkami. Nadal przyzywano mnie na korytarzach, ale
teraz, kiedy miałam Amy po swojej stronie, nie zważałam już na to tak jak
przedtem. Dziewczyna w kółko trajkotała o Bouvierze i o tym, jaki jest fantastyczny. Kiedyś miałam ochotę ją za
to zabić, teraz mi to nie przeszkadzało. Nawet przyszło mi do głowy, że
powinnam mu podziękować za to, że tak zmienił do mnie nastawienie mojej
przyjaciółki. Westchnęłam cicho, obiecując sobie, że na następnej przerwie
polecę do niego i podziękuję.
I tak tez zrobiłam. Po matematyce śledziłam Desrosiersa i
Lefebvre , którzy zaprowadzili mnie do Pierre’a. Wiedziałam, ze przy chłopakach
mogłam się czuć swobodnie, dlatego nie czekałam, aż jego kumple się rozejdą, co
na pewno szybko by się nie wydarzyło.
-Dzięki, Pierre – uśmiechnęłam się do bruneta, który aż
podskoczył, słysząc mój głos. Zachichotałam.
-Wiesz, że jak umrę na zawał, to pogrzebiesz nadzieje
naszej szkoły na zdobycie międzyszkolnego pucharu w hokeju? - zagrzmiał
chłopak, udając zdenerwowanego – Jestem głównym rozgrywającym! – przejechał
dłonią po swojej czuprynie z niemałą dumą. Wraz z chłopakami wybuchnęliśmy
głośnym śmiechem. On tylko przewrócił
oczami.
-Przepraszam, nie chciałam, żebyś wypadł z pierwszego
składu – roześmiałam się – Chyba nadal w nim jesteś, co nie?
-Dopóki mi serce bije, to tak! – odpowiedział, nadal
udając obrażonego i masując dłonią swoją pierś.
-dobra, to ja ładnie podziękuję za to, co zrobiłeś i już
znikam, żeby przypadkiem nie pozbawić ciebie dyspozycji na mecz –
zachichotałam. Już miałam się odwrócić, kiedy on się odezwał:
-Czyli podziałało? – w jego głosie usłyszałam znowu tę
dumę.
-Podziałało – przytaknęłam z uśmiechem – Powiedziała, że
to moja zasługa, że się z nią umówiłeś.
-Bo twoja! – zgodził się brunet, kiwając głową – Gdybyś
nie wrzasnęła, że ona się we mnie zakochała, nigdy nie wpadłbym na to, żeby się
z nią umówić.
-Niby tak – wzruszyłam ramionami, nieco zarumieniona –
Ale to i tak w większości twoja zasługa, ze nasza przyjaźń przetrwała –
uśmiechnęłam się szerzej w podziękowaniu. Pierre otworzył usta jakby chciał cos
powiedzieć, ale zawiesił się, patrząc na mnie. Potem wzruszył ramionami jakby
wszystko było mu jedno.
-No niech ci będzie – wyszczerzył się jak gwiazda –
dzisiaj jestem bohaterem – oznajmił nieskromnie, za co oberwał z łokcia od Seba.
-Czasami popada w samouwielbienie, musimy to
kontrolować- wyjaśnił mi kolega z klasy,
a stojący obok Jeff również przywalił biednemu brunetowi w żołądek.
-Jeszcze ja! – podskoczył ochoczo Dave, ze swojej pięści
waląc brunetowi prosto w brzuch.
-Dobra, zrozumiałem! – krzyknął Bouvier, zanim Chuck
zdążył podejść. Comeau jęknął cicho zniechęcony.
-Znowu nie zdążyłem! – zaczął marudzić, ale nikt go już
nie słuchał.
-Widzisz, Kate?! – żalił mi się Pierre – I jak ja mam
wystąpić na meczu?! Z takimi siniakami?! Oni się nade mną znęcają! Ja
potrzebuję pomocy! – jęczał głośno.
-Jak będziesz dalej ględzisz, to oberwiesz jeszcze raz! –
wrzasnął Jeff, a Chuck podskoczył z radością. Na jego nieszczęście brunet,
udając przerażonego zamknął buzię i cofnął się o trzy kroki, uderzając plecami
o ścianę. Widząc jego zabiedzoną minę, znowu się roześmiałem. W tym samym
momencie zadzwonił dzwonek.
-Idę – pożegnałam się, obracając się na pięcie.
-Nie odchodź, kryształowa damo! - usłyszałam błagalny głos bruneta. Odwróciłam
głowę w jego stronę i wysłałam mu niewinny pocałunek.
-To ci pomoże przetrwać – zachichotałam, chociaż starałam
się zachować powagę. Słyszałam jeszcze jego krzyk, ale już nie zareagowałam,
domyślając się, że on najprawdopodobniej sobie żartuje. Tymczasem dopiero w
klasie dotarło do mnie, że jego głos był poważny. Tylko czego on mógł ode mnie
chcieć?
***
-Nawet sobie nie potrafisz wyobrazić, jak mi w tej chwili
dobrze – wyszeptałam, przytulając się do Billa. Jego serce biło żwawo, dzięki
czemu wiedziałam, że on czuje dokładnie to samo. Byłam w nim cholernie
zakochana i nie wyobrażałam sobie życia bez jego objęć. – mam już dość tych
wrzasków i oskarżeń – westchnęłam cicho. Miałam ochotę się przed nim wygadać,
powiedzieć o Pierre’rze i o wszystkim, co mnie spotkało, ale wiedziałam, że to
do niczego dobrego by nie doprowadziło. A pomimo wszystkich przykrości, które
sprawili mi nieświadomie chłopaki, nie mogłam pozwolić na to, by którykolwiek z
nich oberwał od mojego Billa. A wiedziałam, że mogłoby do tego dojść, gdyby on
poznał prawdę.
-Na pewno jest tobie dobrze? – zapytał mój chłopak, w
jego głosie usłyszałam nutkę wątpliwości.
-Na pewno – odparłam ciepło, uśmiechając się. On jednak
mi nie uwierzył, wyczytałam to z jego oczu – Coś się stało? – zapytałam unosząc
brwi do góry.
-To ja powinienem ciebie o to zapytać – on wlepił wzrok w
trawę – Mam wrażenie, że coś ciebie gnębi.
Przegryzłam dolną wargę i spuściłam głowę. Starałam się
nie myśleć o Pierre’rze i o tym, że okłamuję najdroższą mi osobę.
-Po prostu… W szkole ogłoszono taki konkurs – wymyśliłam
na poczekaniu, zgrabnie omijając temat bruneta w taki sposób, że nie okłamuję
Billa – I ktoś mi powiedział, że… miałabym szansę to wygrać – wymamrotała,
rumieniąc się. Nigdy nie lubiłam się chwalić, chociaż mojemu chłopakowi mogłam
powiedzieć wszystko.
-I to przez cały czas zajmuje tobie myśli? – roześmiał
się mój towarzysz – Więc weź w tym udział i przestań się zadręczać.
-Daj spokój – prychnęłam – Nie wystąpię przed szkołą,
choćbyś mnie torturował.
-Dlaczego? – zapytał zaskoczony Bill, wypuszczając mnie
ze swoich objęć i wlepiając swój wzrok w moje tęczówki – Przecież potrafisz
śpiewać, i to lepiej niż niejeden artysta. Powinnaś spróbować.
-Wiesz, że nigdy się na to nie odważę – westchnęłam – Nie
widzę siebie na scenie. Ja nienawidzę zwracać na siebie uwagi – ze smutkiem
wlepiałam wzrok w ziemię. On milczał, zapewne zastanawiając się, w jaki sposób
mnie przekonać. Takiego sposobu nie było.
-Chcesz wystąpić – wyszeptał. Przez moment nie odzywałam
się, zaskoczona jego wypowiedzią. Przytaknęłam. On miał rację, w głębi serca
chciałam pochwalić się swoim głosem, bo to sprawiłoby, że ludzie przestaliby na
mnie patrzeć wilczym wzrokiem. Z drugiej strony wiedziałam, że ja tego nie
wytrzymam psychicznie.
-Tak, ale przecież ty wiesz, że gdybym to zrobiła,
wszystko okazałoby się kompletną klapą.
-Nieprawda – upierał się przy swoim mój chłopak – Gdybyś w
końcu uwierzyła w siebie, odniosłabyś ogromny sukces. Tylko musiałabyś
uświadomić sobie, że to potrafisz. Proszę cię, weź w tym udział – spojrzał na
mnie w taki sposób, że nie potrafiłam mu odmówić. Zadrżałam. Nie mogłam tego
zrobić. Po prostu nie mogłam, ale jak mu to wytłumaczyć?
Wtedy do głowy wpadł mi pewien pomysł. Spojrzałam na
niego, na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. On spojrzał na mnie, wyraźnie
przestraszony, chyba już wiedział, że wpadłam na coś.
-Okej, wystąpię – zgodziłam się – Ale tylko pod jednym
warunkiem – wystawiłam wyprostowany prosty palec przed jego nos.
-Aż się boję pytać, pod jakim – roześmiał się mój
chłopak, chociaż w jego głosie wyczułam też sporo nerwów. Jeszcze szerzej się
uśmiechnęłam.
-Wystąpisz razem ze mną.
Oczy Billa natychmiast się rozszerzyły, a chłopak
wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem. Wpatrywałam się w niego z powagą.
Bałam się, że mój genialny pomysł nie zdał egzaminu, przynajmniej na to wskazywałaby
moja reakcja.
-ty żartowałaś, prawda? – zapytał ze łzami w oczach.
Pokręciłam głową, nadal błagalnie na niego patrząc. Ale on zaprzeczył głową –
Nie, skarbie. Zrobię dla ciebie wszystko, naprawdę wszystko, ale nie to. Zresztą
ja pewnie nawet bym nie mógł…
-Mógłbyś! – przerwałam mu – W regulaminie napisano, że
osoby spoza szkoły także mogą wystąpić! No proszę cię! – chwyciłam jego dłoń i
zaczęłam delikatnie ją pieścić w nadziei, że jednak zmieni zdanie. I chyba moje
błagalne spojrzenie pomogło, bo za chwilę on uległ. Poznałam to po jego
charakterystycznym ciężkim westchnięciu.
-Okej… - wymamrotał niepewnie. Słysząc jego słowa, głośno
zapiszczałam i rzuciłam się, by go przytulić. Teraz już byłam pewna na sto
procent. Mam najcudowniejszego chłopaka pod słońcem. Bo któż inny zgodziłby się
na coś takiego?
-Naprawdę?! – zapiszczałam piskliwie, mocno go
przytulając – Naprawdę to zrobisz?!- jego mina była tak bardzo zmieszana, że
przez moment pomyślałam, że jednak się rozmyślił. Na szczęście on to potwierdził.
-tylko przygotuj piosenkę, bo musze ją przećwiczyć –
powiedział słabo, jakby za chwilę miał zemdleć. Jeszcze szerzej się
uśmiechnęłam i chyba ten uśmiech trochę go rozpromienił. Niespodziewanie dla
mnie porwał mnie w swoją stronę i położył na ziemię, całując gorąco. Jęknęłam z
wyraźną przyjemnością, zaplatając dłonie w jego włosy. Uwielbiałam z nim
wariować, nawet gdy tłum przygłupich ludzi gapił się na nas. To nas nie
obchodziło, dla nas liczyliśmy się tylko my.
Cieszyliśmy się sobą i to w zupełności nam wystarczyło.
-Dziękuję – wyszeptałam, gdy tylko on oderwał usta od
moich warg. Uśmiechnął się, a jego uśmiech zrobił się jeszcze cieplejszy niż
był zazwyczaj.
-Kocham cię – odpowiedział czule.
*troszeczkę Was zaniedbałam ostatnio, ale trochę dużo dzieje się w moim życiu. Obiecuję, że na następny part nie będziecie czekać tak długo! :d
wtorek, 18 lutego 2014
PART X
-Co zrobiłeś?! – zapytał niedowierzająco blondyn, łapiąc
się za głowę – te plotki to prawda?
Pierre spuścił nisko głowę, przegryzając dolną wargę.
Najwyraźniej przyjaciołom wciąż jeszcze nie powiedział o tym, co się wczoraj
wydarzyło. Twardo się w niego wpatrywałam. Brunet chyba nie wiedział, co
powiedzieć. Za to chłopaki już znali odpowiedzi na te pytania.
-Ciebie od reszty pogrzało?! – pytał załamany Chuck –
Pierre, co ci strzeliło do głowy?!
-To nie tak miało wyglądać – Bouvier schował twarz w
dłoniach, wyraźnie zmieszany. Wszyscy się w niego wpatrywaliśmy, żądając wyjaśnień.
Za chwilę brunet się wyprostował i spojrzał na nas przepraszająco – Chciałem
tylko jakoś pomóc Davidowi.
-W jaki sposób? – warknęłam – Całując się ze mną?
-Wiecie co może zniszczyć plotkę? – spojrzeliśmy na niego
pytająco, całkiem zaskoczeni tak niespodziewanym pytaniem. On szeroko się wyszczerzył
– Jeszcze silniejsza plotka.
Nasze oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Mimo że nie
miałam ochoty tego robić, w duchu musiałam przyznać mu rację. Tylko wciąż nie
miałam pojęcia, jaki to ma związek ze mną i z tym, co wydarzyło się wczoraj.
-To proste – brunet wzruszył ramionami – Pocałowałem Kate
z nadzieja, że ktoś ten pocałunek zobaczy i roześle plotkę, że jesteśmy razem.
Wtedy Dave bez problemu by się pogodził z dziewczyną. Ale chyba trochę się
pomyliłem w ocenie sytuacji – wydukał zaróżowiony brunet, wlepiając wzrok w
podłogę.
-trochę?! – warknęłam – Trochę?! Człowieku, ty
zrujnowałeś mi życie! Teraz wszyscy myślą, że ja jestem podłą suką i obracam
wokół palca dwóch najlepszych kumpli! A moja przyjaciółka ma ochotę mnie
zastrzelić, bo całowałam się z chłopakiem jej marzeń! – warknęła, jakimś cudem opanowując swoje
emocje.
-Z chłopakiem marzeń?- Pierre znacząco uniósł brwi do
góry. Zacisnęłam pięści, siłą powstrzymując się, by go naprawdę nie uderzyć.
-Tak! – wrzasnęłam – Tak, z tobą! Przez to wszystko ona
myśli, że zrobiłam jej na złość i że teraz naprawdę jesteśmy razem! W ogóle się
do mnie nie odzywa, nawet nie chce na mnie patrzeć! Nie wiem, jak ty to
zrobisz, ale dla swojego własnego dobra lepiej wyprostuj te plotki!
-Okej – wymamrotał zamyślony brunet – Zrobię, co w mojej
mocy – wyraźnie widziałam poczucie winy na jego twarzy, ale mnie nie obchodziło
to, że on żałował. W myślach tylko jedno mi się kręciło: żeby to wszystko jakoś
się ułożyło, a ten koszmar szybko się skończył. Nie obchodziły mnie jego
uczucia. Z zadowoleniem pokiwałam głową.
-A skoro już tak sobie szczerze rozmawiamy… - obróciłam
się na pięcie do Davida – Ja mam nadzieję, że ty w domu ćwiczysz matmę –
zapytałam blondyna, chociaż spodziewałam się negatywnej odpowiedzi.
-Eee… - Desrosiers zawahał się, zerkając na swoich kumpli
– Jakoś ostatnimi czasy nie miałem do tego głowy – wymamrotał prawie
niedosłyszalnie. Westchnęłam cicho.
-Więc lepiej zabierz się do roboty, bo nie zamierzam za
ciebie oberwać! – warknęłam, obracając się na pięcie. Dopiero wtedy zauważyłem,
że korytarze są puste, co oznaczało, że dzwonek już dawno musiał zadzwonić.
Uderzyłam się w czoło. No tak, teraz jeszcze spóźnienia mi brakowało. I tego,
by cała klasa zobaczyła, jak wpadam do środka z moimi „przyjaciółmi”. Jęknęłam,
przeczuwając, że jednak to wszystko szybko się nie skończy. Przeklęłam siebie w
duchu. Czy ja musiałam wsiąść na deskę tego Desrosiersa?
***
Do końca lekcji właściwie nic się nie zmieniało oprócz
tego ze coraz więcej ludzi zaczęło
nazywać mnie obraźliwe. Przez cały czas to ignorowałam z nadzieją, że brunet
niedługo zacznie działać. Tymczasem jemu chyba się nie śpieszyło. Nie widziałam
żadnych śladów, które wskazywałyby na to, że zaczął robić coś w tym kierunku.
Gdybym nie miała dość tej szkoły, to na pewno bym go znalazła i wysuszyłabym mu
głowę. Ale już byłam tym wszystkim tak bardzo zmęczona, ze gdy tylko usłyszałam
dzwonek, kończący zajęcia, rzuciłam się w stronę domu.
Tam oczywiście udawałam, że wszystko jest w porządku.
Grzecznie zjadłam obiad i schowałam się w swoim pokoju. Chwyciłam książkę od
geografii i próbowałam zrozumieć coś ze słów, które przelatywały mi przed oczami.
Ale niestety nie potrafiłam skupić się na nauce, przez cały czas myślałam o
słowach Pierre’a. Po upływie połowy godziny uznałam, że to udawanie nie ma
sensu i porzuciłam podręcznik. Zaczęłam intensywnie myśleć nad innym zajęciem,
które zajęłoby mi myśli. W oczy rzuciła mi się gitara. Z powodu lepszego pomysłu
chwyciłam ją, chociaż z pewnym wahaniem. Nie grałam na gitarze już od bardzo
dawna, co martwiło mojego tatę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy ten czas minął, nie
usłyszałam cichego skrzypnięcia drzwi, gdy on wchodził, więc nie miałam
pojęcia, jak długo siedział, wsłuchując się w moją grę. Dopiero gdy się odezwał,
ja podskoczyłam przestraszona i zrozumiałam, że nie jestem sama. On podsumował
to śmiechem.
-Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.
-Okej, okej – odparłam, chwytając się za serce. Powoli
moja twarz zaczynała nabierać buraczkowego koloru przez wstyd. Wlepiłam wzrok w
moją gitarę. On na pewno słyszał jak gram. A nie powinien. Nikt nie powinien
tego słyszeć.
-HEEEJ! – Dłoń blondyna pomachała mi przed twarzą. Po raz
kolejny podskoczyłam, tym razem dodatkowo uderzyłam głową w ścianę – ty mnie
słuchasz w ogóle?! – zapytał zdenerwowany.
-Nie – odparłam prosto z mostu, łapiąc się za bolącą
część głowy i zamykając oczy, by ulżyć sobie w cierpieniu. Zamiast tego wybuch
śmiechu Davida pozwolił mi na chwilę zapomnieć o bólu. Szybko uniosłam powieki
do góry, patrząc na niego pytająco.
-ty jesteś naprawdę… - przerwał, poszukując zapewne
odpowiedniego słowa – Prosta – dodał z dumą.
-chyba szczera – odparłam nieco opryskliwie. On pokiwał
głową, zgadzając się.
-to też – odparł on. Odniosłam wrażenie, że on po prostu
nie chce się ze mną sprzeczać – kiedyś zrozumiesz – wzruszył ramionami,
odpowiadając na moje pytające spojrzenie – Pytałem cię wcześniej, czy
zamierzasz wystąpić na szkolnych talentach.
-Na czym? – zapytałam głupio – O co ci chodzi ? –
przymrużyłam oczy.
-to ty nic nie wiesz? – odpowiedział mi pytaniem na
pytanie zdumiony blondyn. Zaprzeczyłam głową – w sumie to ty chyba nie miałaś
dzisiaj głowy na patrzenie na tablice ogłoszeń. Z okazji tego święta szkoły, o
którym wszyscy tak trąbią, zorganizowano konkurs… czekaj, jak oni to określili?
– podrapał się po głowie – Wokalno-instrumentalny. Każdy może wziąć w nim
udział.
-Aha – odparłam. W ogóle nie byłam zainteresowana takim
czymś. Chwyciłam swoją gitarę i odłożyłam ją w kąt, gdzie zwykle stałą, a potem
wróciłam na swoje miejsce, siadając tuż obok podnieconego blondyna.
-I co o tym myślisz? – zapytał. Spojrzałam na niego, w
ogóle nie zrozumiałam tego pytania.
-Nic – odparłam, wzruszając ramionami.
-Jak to nic?
-No po prostu nic! Jak jest ten konkurs, to niech sobie
będzie. Mi on nie przeszkadza.
-Nie to miałem na myśli – odpowiedział zmęczony naszym
niezrozumieniem blondyn – chciałem wiedzieć, czy weźmiesz w nim udział.
Odwróciłam się do niego, a widząc, że wcale nie żartuje,
wybuchnęłam głośnym śmiechem. On wcale nie podzielał mojego poczucia humoru,
wręcz przeciwnie, chyba zastanawiał się, dlaczego się śmieję.
-Nigdy - powiedziałam twardo, gdy już się uspokoiłam. On
tylko jęknął cicho.
-Dziewczyno, ty masz talent! – krzyknął Desrosiers jakby
nie rozumiał mojej decyzji – Dlaczego nie chcesz się nim dzielić?
-Nie twoja sprawa – prychnęłam – ty w ogóle nie
powinieneś słyszeć mojej gry! Kto ci pozwolił tutaj wejść?
-twoja mama – wyszczerzył się blondyn – Uznała,, że już znam drogę do twojego pokoju na tyle
dobrze, że nie musi mnie odprowadzać.
Ale to tak swoją drogą. Nie rozumiem ciebie. Masz niesamowitą barwę głosu.
Gdybyś zgodziła się wystąpić, miałabyś wygraną w kieszeni.
-Ale nie wystąpię – odparłam sucho, gapiąc się na półkę
ze swoimi płytami.
-Ale dlaczego? – gnębił dalej ten temat blondyn, powoli jego
ciekawość zaczynała doprowadzać mnie do szału.
-Bo chcę ci zrobić na złość – warknęłam. Co gorsza on w
ogóle się tym nie przejął, tylko zachichotał cicho.
-Wiec jeśli powiem, że nie chcę, abyś wystąpiła, to
wystąpisz? – zapytał z udawaną nadzieją, chociaż już znał odpowiedź. Prychnęłam
cicho, wstając i ruszając w stronę biurka. Chyba chciałam uniknąć jego wzroku,
chociaż wiedziałam, ze on nie ma szans, by mnie pokonać w słownej potyczce.
Pochyliłam się nad swoją szafką i zaczęłam szperać w poszukiwaniu książki od
matematyki. Blondyn milczał, najwyraźniej myślał nad innym sposobem przekonania
mnie do wzięcia udziału w konkursie.
-Kate, ty masz dużą szansę, żeby to wygrać… - zaczął znowu,
ale szybko mu przerwałam.
-David, nie. Nie rozumiesz? Nie wezmę udziału w tym twoim
głupim konkursie! – warknęłam, rzucając masę książek na biurko, które głośno
zatrzeszczało. Desrosiers podskoczył ze strachu, ale gdy spojrzałam na niego
znacząco, odważnie usiadł przy biurku. Podczas naszej nauki jeszcze
kilkakrotnie dyskretnie zmieniał temat na ten konkurs. W końcu dał sobie
spokój, chyba zauważył, ze za chwilę wybuchnę, jeśli on jeszcze raz wspomni o
tym. Jeszcze kiedy wychodził, napomknął o konkursie, prosząc mnie, żebym to
przemyślała.
I właściwie ten konkurs nie mógł wylecieć mi z głowy
przez całą noc. Nie miałam pojęcia, dlaczego to tak bardzo głęboko się we mnie
zagnieździło, w końcu byłam pewna, że nie wezmę w nim udziału. Nigdy nie
nadawałam się do występów publicznych. Nie lubiłam stać na scenie a tym
bardziej śpiewać na niej i na oczach całej szkoły. Nigdy nie odważyłabym się na
taki krok.
A jednak, gdy tylko rano dotarłam do szkoły, od razu
popędziłam ku tablicy ogłoszeń, przy której zgromadziła się już spora grupa.
Jakoś dopchałam się do plakatu i szybko przeczytałam regulamin. Zatrzymałam się
przy punkcie, który mówił o0 tym, że można korzystać ze wsparcia osób z
zewnątrz. Ze zmarszczonym czołem wyślizgnęłam się z wrzeszczącego tłumu.
Ruszyłam w stronę klasy zamyślona, nie miałam pojęcia, dlaczego ta sprawa tak
bardzo mnie interesuje. Zaczęłam wmawiać sobie, że przecież ja tylko przez
przypadek przechodziłam obok i kątem oka zerknęłam na tę tablicę.
-Kate – usłyszałam za swoimi plecami pisk. Zatrzymałam
się zaskoczona, ale nie zdążyłam się odwrócić, boi ktoś skoczył mi na plecy.
poniedziałek, 10 lutego 2014
PART IX
-Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęłam głośno, rozglądając się
przerażona – Pierre, do reszty cię pogrzało?
-Ja… Ja tylko… - brunet głośno przełknął ślinę. Był tak
bardzo przestraszony tym co zrobił, że aż drżał. Cofnęłam się o dwa kroki. Nie
wiedziałam, dlaczego, nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. I nie miałam
pojęcia, czy chcę to wiedzieć – Przepraszam – wymamrotał bezbarwnie – Myślałem,
że… No… Poniosło mnie.
-Pierre! – zapiszczałam – Ja mam chłopaka! Zresztą między
nami i tak nic nigdy by nie zaiskrzyło, rozumiesz?! – podkreśliłam twardo- Ja
nic do ciebie nie czuję! Nasz związek nie miałby sensu.
On bardzo nisko spuścił głowę i wyraźnie posmutniał.
Chyba dotarło do niego to, co miałam na myśli. Westchnęłam cicho. Naprawdę nie
chciałam go ranić, ale czy ja miałam inne wyjście? Nie mogłam zaczynać nowego
związku, szczególnie z tego powodu, że nic do niego nie czułam.
-Okej – wymamrotał cicho – Okej, rozumiem… I… Przepraszam
– on próbował się do mnie zbliżyć, ale odskoczyłam. Tak, bałam się. Bałam się
jak jasna cholera.
-Chyba lepiej będzie, jak sobie stąd pójdę - powiedziałam,
odwracając się na pięcie.
-Za… - próbował mnie zatrzymać, ale ja tylko potrząsnęłam
głową.
-Pierre, ja potrzebuję czasu – westchnęłam, oddalając się
od niego – Nie miej mi tego za złe, dobra? – dodałam z nutką nadziei i chociaż
nie usłyszałam odpowiedzi, czułam, ze jest pozytywna. Nie zwracając uwagi na
jadące po ulicy samochody przeszłam przez ulicę. Serce waliło mi jak oszalałe.
Przełknęłam ślinę. To co ostatnio działo się w moim życiu, to jedna wielka komedia,
a raczej horror. O co w tym wszystkim chodziło? Dlaczego ja wpadłam w takie
bagno? Zacisnęłam pięści. Miałam nadzieję, że nikt nas nie zobaczył, bo
inaczej… Moje oczy wypełniły się łzami. Szybko je otarłam, powtarzając sobie, że
jestem silną babką, a silne babki nie płaczą.
Ważne, żeby mój chłopak o niczym się nie dowiedział.
Zabiłby Pierre’a. Dosłownie. Jego nerwy nie mogłyby strawić tego, że ktoś inny
poza nim odważył się mnie całować. Przegryzłam dolną wargę. Moje myśli wirowały
mi po głowie. Modliłam się, by to wszystko, co miało przed chwilą miejsce, na
zawsze pozostało tajemnicą. Wiedziałam, ze to będzie trudne. Wzięłam głęboki
wdech. Byle tylko nie pisnąć słówkiem…
***
Jeśli spodziewałam się, że koszmar, przez który ostatnio
przeszłam, następnego dnia zmaleje, myliłam się. W ogóle nie miałam ochoty tam
iść i chyba dobrze bym zrobiła, gdybym jeden dzień sobie odpuściła. Z drugiej
strony to byłaby ucieczka, a ja zawsze wolałam stawać oko w oko z problemem i
go pokonać. Tym razem to było po prostu niemożliwe.
Od samego początku przeczuwałam, ze w tych spojrzeniach
jest coś gorszego niż we wczorajszych. Mimo to nadal szłam przez korytarz z
dumnie uniesioną głową. Nie zamierzałam pokazywać innym, że obchodzą mnie ich
plotki na temat mnie i Desrosiersa. Ale to niepokojące uczucie dawało mi się we
znaki. Jakimś cudem dotarłam do swojej szafki. Z daleka widziałam tę kartkę z
napisem „dziwka!”. Udałam, ze w ogóle się tym nie przejmuję. Przełknęłam głośno
ślinę, zrywając tę kartkę i gniotąc ją na oczach kilkunastu kolegów i
koleżanek. Olałam to wszystko, chociaż serce łomotało mi mocniej. Szybko otarłam
łzy z oczu tak szybko, by nikt ich nie zauważył i zaczęłam pakować książki do
torby, zastanawiając się, kto mógłby napisać mi tak bardzo obraźliwą wiadomość.
Wierzyłam w to, że jednak nie chłopaki, nie mam pojęcia, dlaczego. To musiał
być ktoś inny.
Nadal się nad tym zastanawiałem, kiedy już usiadłem w
swojej ławce, oczekując na dzwonek i swoją przyjaciółkę. Dzwonek usłyszałam
kilka minut później, ale jej ciągle nie było. Weszła na samym końcu, zaraz za
nauczycielką. Odetchnęłam z ulgą, ale tylko na chwilę. On nie skręciła w stronę
naszej ławki. Usiadła za to tuż przed samą nauczycielką, w ławce, którą
przeklinali wszyscy. Ze zdumieniem się jej przyglądałam, ona jednak nie
zwracała na mnie żadnej uwagi. powoli zaczynałam się niepokoić. To wszystko
robiło się coraz bardziej zagmatwane. O co do jasnej cholery chodzi tym razem?
Kiedy tylko dzwonek zabrzęczał po raz kolejny, ja
zdążyłam zaledwie wstać i na nią spojrzeć. Ona już leciała w stronę drzwi.
Chwyciłam książki i torbę , a potem pobiegłam za nią. Wciąż miałam ją na oku,
ale szanse na jej dogonienie były minimalne, żeby nie powiedzieć: żadne. Mimo
to nie poddawałam się. I podjęłam dobrą decyzję, bo w pewnym momencie ona
wpadła na kogoś i się przewróciła.
-Nic ci nie jest? – zapytałam trochę przestraszona,
pomagając jej wstać. Jednak dziewczyna, gdy tylko usłyszała mój głos, od razu
porzuciła moją pomoc i sama wstała. Bez słowa się odwróciła i odeszła. Przez
moment się nie poruszałam, zaskoczona tym wszystkim.
-Zaczekaj! – dogoniłam ją szybko i chwyciłam Amy za
ramię. Wyszarpała się.
-Zostaw mnie! – zaprotestowała głośno. Spojrzałam na nią
rozszerzonymi oczami. W ogóle nie spodziewałam się takiej reakcji ze strony
przyjaciółki. Wtedy zauważyłam, że ona płakała.
-Amy, co się stało? – zapytałam delikatnie, nadal
dotrzymując jej kroku. Ona chyba jednak nie zamierzała mi dopowiedzieć, już
wiedziałam, że przyjęła metodę ignorancji – No Amy! – warknęła,, próbując
zmusić ją, by wyjaśniła mi, co się tutaj dzieje – Amy! – wkurzyłam się.
Zatrzymałam się, zmuszając ja, by także przystanęła. Spuściła głowę nisko,
chyba nie chciała na mnie spojrzeć. Zacisnęłam mocniej pięści. Powoli zaczynało
wkurzać mnie to milczenie.
-Amy, no co ty, bachor jesteś? – warknęłam, trzęsąc jej
ciałem – Wytłumacz mi, o co ci chodzi! – rozkazałam.
-O co mi chodzi?! – zapiszczała histerycznie dziewczyna,
podnosząc głowę do góry i wpatrując się we mnie ze złością – O Bouviera mi
chodzi! – wrzasnęła, uznając, ze tyle mi wystarczy i wymijając mnie. Przez
krótki moment po prostu stałam, gapiąc się w powietrze, zaskoczona tym, co
przed chwilą usłyszałam. Wtedy to wszystko zrozumiałam. Te spojrzenia i tę
głupią kartkę. Oni wszyscy myśleli, że ja kręciłam z Davidem i Pierre’em bez
wiedzy chłopaków. I co gorsza Amy uwierzyła w to, że podwalałam się do
Bouviera.
-Amy! – na szczęście szybko udało mi się ją dogonić –
Amy, pomiędzy mną a Pierre’em niczego nie było! Wiesz, że nienawidzę ich prawie
tak bardzo jak Desrosiersa!
-I co? – ona krzywo się uśmiechnęła – Tak bardzo ich
nienawidzisz, że obu obróciłaś sobie ich wokół palca!
-Przestań pleść te głupoty! – warknęłam – To wszystko
jakieś głupie plotki!
-Tak?! – krzyknęła ona, zatrzymując się gwałtownie i
obracając głowę w moją stronę – Więc przyrzeknij mi, że ty i Pierre nigdy się
nie całowaliście! – oskarżycielsko wskazała na mnie palcem. Otworzyłam usta,
ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie mogłam. Nie potrafiłam skłamać, bo
gdybym jej to przyrzekła, to nie powiedziałabym prawdy. Amy przez moment
wpatrywała się we mnie z nadzieją, potem jej oczy wypełniły się łzami.
Spuściłam nisko głowę.
-Wiedziałam… - wyszlochała – a ja tobie o wszystkim
mówiłam, błagałam cię o jego numer… Ja ufałam tobie… powiedz… Tak zachowują się
przyjaciele? – wysyczała mi prosto w twarz. Czułam się jakby moje serce zostało
rozjechane na środku drogi. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Ona tylko prychnęła.
Miała ochotę napluć mi na twarz, bo zrobiła taki ruchu jakby chciała to zrobić,
ale powstrzymała się. Ruszyła dalej, wymijają c mnie po drodze.
-To nie tak jak myślisz… - wydusiłam z siebie, gdy
przechodziła obok.
-Całowałaś się z chłopakiem, o którym ja śnię każdej
nocy! – wyszlochała – Mnie tyle wyjaśnień wystarczy.
Wiedziałam, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Ona była już
w takim stanie, że nic nie mogłam jej już wytłumaczyć. Zadrżałam, rozglądając
się wokół. Wszyscy się na mnie gapili. Olałam to tak samo jak olewałam
wszystko. Przegryzłam dolną wargę. Musiałam coś zrobić. Musiałam ratować naszą
przyjaźń, która powoli zaczynała się rozpadać. Kątem oka zerknęłam na plan
lekcji. Już wiedziałam, gdzie muszę biec. Złość coraz bardziej przejmowała nade
mną kontrolę. Gdy go zobaczyłam, moje nerwy puściły wodze. Nie zważając na nic
wokół, poleciałam do bruneta i zaczęłam tłuc pięściami jego klatkę piersiową. Pierre
próbował mnie uspokoić, ale chyba nie był zaskoczony moim zachowaniem. Ktoś
złapał mnie za ręce i siłą próbował odciągnąć od niego. Ciągle kopałam,
wrzeszczałam i wierzgałam się, dopóki nie zrozumiałam, że to bez sensu.
-Przez ciebie straciłam przyjaciółkę – warknęłam.
Chłopaki na wszelki wypadek nadal mnie trzymali. Powoli emocje zaczęły się ze mnie
ulatniać. Pierre nadal wpatrywał się we mnie ze spokojem, ale chyba bał się do
mnie zbliżyć. Nie odezwał się. Wiedziałam, że próbuje szybko przemyśleć moje
słowa.
-Przez to że wczoraj ciebie pocałowałem? – domyślił się.
Pokiwałam głową. Seb, Chuck, Jeff i Dave spojrzeli na nas wyraźnie zaskoczeni.
Byli tak bardzo zaszokowani, że aż mnie puścili. Ja jednak nie zamierzałam już
nikogo atakować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)