D

D

niedziela, 26 stycznia 2014

PART VII

Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek, oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza. Oniemiała gapiłam się w tamto miejsce, dopóki nie podskoczyłam do mnie podekscytowana Marcy, moja przyjaciółka.
-Ej! Dlaczego ty mi nic nie powiedziałaś?!  - zapytała nieco obrażona, ale zaraz potem jej twarz ozdobił uśmiech – Ale to nic, nadrobimy to!  - zawołała, klaszcząc w dłonie.
-Co? – odparłam głupio, obracając głowę w jej stronę. W głowie miałam tyle myśli, że kolejny znak zapytania niewiele dla mnie znaczył.
-No ty i Desrosiers! – krzyknęła głośno jakby to było oczywiste. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia i szybko się rozejrzałam. Na szczęście nikt tego nie usłyszał, każdy był zajęty swoimi sprawami.
-Nie wrzeszcz tak – burknęłam – Że niby co ja i Desrosiers? – zapytałam, podejrzewając, że to blondyn rozesłał jakąś nową plotkę. Nie wiedziałam, czy chcę wiedzieć, o co znowu chodzi.
-No że się przyjaźnicie! – zapiszczała dziewczyna, nie potrafiąc powstrzymać emocji na wodzy. Tym razem jednak jej głos brzmiał nieco ciszej. Zaczęłam się głośno śmiać. Ona ciągle się we mnie wpatrywała, chyba nie wiedziała, czy się ze mną śmiać czy raczej zachować powagę.
-Ja i… i… on… ? – zapytałam ocierając łzy z oczu – Kto ci tak powiedział?
-No co… - prychnęła obrażona, jej pewność siebie momentalnie zniknęła – Miałam informacje z pierwszej ręki! Van mówiła, że jak wracała ze sklepu, to widziała, jak jedziecie razem na jednej desce! No a potem on podtrzymywał ciebie za dłonie!
-I co… I to wszystko? – nadal chichotałam cicho.
-No! Ale dlaczego wy to ukrywaliście!? To dlatego tak sobie dokuczaliście, ta? Żeby to nie wyszło na jaw? – dopytywała się dociekliwie – No ale mi to jednak mogłabyś to powiedzieć! – skrzyżowała ramiona na piersiach, wyraźnie na mnie obrażona.
-Moja kochana Marcy!  - uśmiechnęłam się szeroko, obejmując ramieniem brunetkę – Ja nienawidzę tego zapyziałego w sobie blondyna, doskonale o tym wiesz! To ostatnia osoba, z którą miałabym ochotę się zaprzyjaźnić! Ja nawet nie potrafię go polubić
-Więc dlaczego nie było cię dzisiaj na wuefie?  - dziewczyna wydawała się być jeszcze bardziej podejrzliwa – No i dlaczego wróciłaś z Davidem i z chłopakami?
-Bo to oni nie chcieli się ode mnie odczepić – odparłam nieco zażenowana tym wszystkim. Powoli zaczynało do mnie docierać, jak to wszystko musiało wyglądać, zwłaszcza nasza przejażdżka na desce. Miałam taką cichą nadzieję, że nikt nas zobaczył. Teraz już wiedziałam, że moja nadzieja była złudna.
 Niestety tego dnia cała szkoła huczała od plotek na temat mojego i Desrosiersa związku. Chodziłam wściekła, zresztą tak samo jak i on. Gdy tylko na siebie trafialiśmy, od razu warczeliśmy nawzajem. Wszyscy uznawali to za ciąg dalszy naszej gry. Nie wiedzieć czemu blondyn się nie uśmiechał, tak jak zwykle. Ciągle wysyłał mi spojrzenia, z których odczytywałam wyraźne i jasne: nienawidzę cię. Tego dnia nie zjawił się w moim domu, żeby ćwiczyć matmę. Za to też się na niego wściekłam. Specjalnie urwałam się ze spotkania z Billem, który podsumował cały mój zwariowany dzień zwykłym śmiechem. Jeśli on nie chce przyłazić ja na siłę nie będę go zmuszała. Dla mnie ta ocena powoli przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Następnego dnia wpadłam do szkoły równo z dzwonkiem. Desrosiersa nie było, jego sąsiada z ławki też nie. Pewnie dzisiaj postanowili zrobić sobie wolne. Wzruszyłam ramionami, nawet nie próbując wysłuchiwać swojej przyjaciółki marzącej o „tych pierre’owych oczach”.
Ogromne było moje zdumienie, kiedy cała piątka pojawiła się na następnej przerwie. Wszyscy stali przy oknie i pilnie śledzili przechodniów, chyba jednak nikogo nie wyśledzili, bo gdy zadzwonił dzwonek, z kwaśnymi minami się rozeszli. Ja, mając ciągle w uszach uwagi o Desrosiersie roześmianych ludzi, byłam tak bardzo wściekła, że  odstraszałam wszystkich od siebie samym spojrzeniem. I chyba każdy już to zauważył, ale oni wszyscy się tym nie przejmowali, wręcz przeciwnie, to ich napawało do dalszego gnębienia. Dlatego David chyba bał się do mnie podejść, chociaż z jego twarzy wyczytałam, że chce ze mną porozmawiać.
Przed ostatnią lekcją myślałam, że coś mnie rozerwie. Nawet moja przyjaciółka nie chciała dać mi spokoju i powtarzała, że przecież jej mogę zaufać. Nawet jej głosu miałam już serdecznie dość. Gdy tylko zadzwonił dzwonek na przerwę, wyleciałam z klasy i pobiegłam do toalety. Jeszcze nikogo tu nie było, ale spodziewałam się tłumów, bo tu zawsze pchało się jakieś kilkadziesiąt dziewczyn, dlatego szybko zalokowałam się w jednej  kabin. Rzeczywiście ledwie zdążyłam się zamknąć, a już panienki tłumnie wleciały do łazienki i głośno zaczęły plotkować. Przegryzłam dolną wargę, zastanawiając się jakim cudem mam stąd wyjść na lekcję. Siedziałam zdenerwowana na kiblu, wysłuchując o sobie coraz bardziej okrutnych słów. Ciągle gadały o moim wyglądzie i o tym, że rzekomo rozbiłam czyiś związek. Starałam się tego nie słuchać, nawet zatykałam uszy, ale moja ciekawość pokonała moje starania. Z zaciśniętymi zębami słuchałam o tym, jak dziewczyna Davida zrywa z nim na środku szkoły. Poczułam w sercu dziwną pustkę. Po moim policzku spłynęła łza. Przecież to nie było tak… Przecież to była jedna, niewinna przejażdżka…
Przegryzłam dolną wargę. Miałam cholerne szczęście, że Bill na to wszystko zareagował śmiechem. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tego, jakby to wszystko wyglądało bez niego. Nie chciałam nigdy dowiedzieć się, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Bo to cholernie gorzkie uczucie.
Westchnęłam cicho i schowałam twarz w dłoniach. Nie miałam pojęcia, co robić. Myślałam, że jak coś takiego kiedykolwiek się przydarzy, będę się cieszyła, że temu durnemu blondynkowi w końcu życie dało mocnego kopniaka w tyłek. Tymczasem ja czułam się z tym coraz gorzej.  Powoli docierało do mnie to, że zniszczyłam czyjeś życie. A raczej miałam w tym ogromny udział.
Nawet nie zauważyłam momentu, w którym one wszystkie opuściły łazienkę. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, czy był już dzwonek i czy mogę bezpiecznie wyjść z kabiny. Nie słyszałam żadnych głosów, więc wyślizgnęłam się z kabiny. Powoli podeszłam do lustra. Miałam taką minę jakbym chciała się za chwilę zabić. Zręcznie poprawiłam fryzurę, na twarz przypięłam sztuczny uśmiech, który po ułamku sekundy ponownie zniknął. Uznałam, że nie wyglądam tak fatalnie i że mogę wyjść. Westchnęłam cicho. Jakoś nie wyobrażałam sobie wyjścia do ludzi i częstowania ich ciągle tym samym sztucznym uśmiechem. Ale czy miałam inne wyjście?
Cholernie się przestraszyłam, kiedy klamka się poruszyła. Przez moment zastanawiałam się nad tym, co robić, ale nie miałam czasu na myślenie, kiedy drzwi zaczęły się otwierać. Biegiem rzuciłam się w stronę pierwszej lepszej kabiny. Zacisnęłam pięści, wierząc, że ta osoba nie widziała mojej ucieczki.
-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos. Głos który znałam. 

wtorek, 14 stycznia 2014

PART VI

-Patrzcie, koniec świata nadchodzi, Wellman na wagarach! – na dźwięk swojego nazwiska leniwie otworzyłam oczy i zadrżałam. Uboga bladość tego poranka chlasnęła mnie w twarz.
-Jaka Wellman, Chuck, to jakiś bezdomny! Nawet ona nie ubiera się tak fatalnie!
Głośny wybuch śmiechu pobudził moje szare komórki do myślenia. Oni przez cały czas mówili o mnie. Wagary? Jakie wagary?
Rozejrzałam się nieprzytomnie. Szeroko szczerząca się piątka otoczyła już moją ławkę. Z powrotem zamknęłam oczy. Znałam ich wszystkich, w końcu Desrosiers nie był mi obcy, tak jak pozostała czwórka. Nie miałam ochoty na nich patrzeć ani ich słuchać. Z drugiej strony teraz wiedziałam, że szybko się ode mnie nie odwalą. Oni są jak muchy. Jak już się przyczepią, to się nie odczepią, dopóki nie osiągną swojego celu. A wiedziałam, że ich celem jest wyprowadzenie mnie z równowagi. Nie zamierzałam się dać.
-Co tam słychać, nasza koleżaneczko? – usłyszałam nad swoim uchem świergot. Samą siłą woli powstrzymałam się od tego, by nie walnąć mu w łeb. Nie mogłam tracić nad sobą kontroli.
-Od kiedy to ja jestem waszą KOLEŻANECZKĄ? – zapytałam kąśliwie, udając, że wcale mnie nie rusza ich obecność. Tak naprawdę miałam ochotę stąd zwiać. Ale dawać im kolejny powód do radości? W życiu!
-Od kiedy tylko zaczęłaś chodzić na wagary! – ryknęli zgodnym chórem. Uniosłam powieki do góry i aż się wzdrygnęłam, widząc tak blisko tęczówki Bouviera. Odsunęłam się kawałek od niego, ale wtedy przysunęłam się bliżej w stronę wyszczerzonego Desrosiersa. Złapałam się za głowę.
-Posunęlibyście te tyłki, my też chcemy usiąść! – warknęła zniecierpliwiona pozostała trójka. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłam, że oni rzeczywiście zamierzają wepchnąć się na ławkę. Jęknęłam cicho, czując, jak dwa ciała zaczynają się we mnie wpychać. Koniec końców udało nam się usiąść, ale za to wszyscy mieliśmy problemy z oddychaniem. Ale i tak nikt nie chciał stać.
-David, mówiłem, odstaw te cholerne banany! Teraz zajmujesz połowę ławki!
-Od jutra zabieramy się za bieganie! Zobaczysz, damy ci taki wycisk, że zdechniesz!
-Hej, ja nie jestem gruby! To Jeff na okrągło wcina te hot dogi! To on pobił rekord, a potem przez pół dnia rzygał…
Ich kłótnia była tak bardzo żałosna, że postanowiłam dalej jej nie słuchać. Jakimś cudem udało mi się spojrzeć na zegarek. Moje oczy momentalnie się rozszerzyły. Dopiero to do mnie dotarło. Pierwsza lekcja już dawno się zaczęła. Zerwałam się szybko, ściskając moją torbę. Wiedziałam, że nie mam szans, żeby zdążyć na wf, ale gdybym pobiegła, to być może zdołałabym się nie spóźnić na kolejną lekcję.
Czułam na sobie ich ciekawy wzrok, ale nie zamierzałam zwracać na to uwagi. Przegryzłam dolną wargę i obróciłam się na pięcie. Zaczęłam biec w stronę szkoły, co na pewno ich zaskoczyło. Natychmiast usłyszałam za sobą podejrzany szum.
-Od nas, skarbie, się nie ucieka! – zacmokał Seb, najszybciej mnie doganiając. Prychnęłam cicho pod nosem. No tak, oni mieli deskorolki. Powinnam od razu domyślić się, że tak prosto nie będzie. Nie z nimi.
-Odwalcie się ode mnie – warknęłam, nie spowalniając tempa. Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Dobrze wiesz, że to niemożliwe! – wrzasnęli, nadal dotrzymując mi towarzystwa.
-Czyli wracacie ze mną do szkoły? – zapytałam z krzywym uśmieszkiem. Pierre od razu się zatrzymał, powodując tym samym niemałą kolizję, bo Chuck, który jechał tuż za nim, nie zauważył tego. Parsknęłam z przygłupim uśmieszkiem.
-Zamierzasz zdążyć na drugą lekcję, biegnąc w takim tempie? – zapytał Jeff ze zmarszczonym czołem, zerkając na swój zegarek. Zarumieniłam się, wcale nie dlatego, że się już zmęczyłam. Czułam, że oni się nabijają z mojego biegu. I to wcale nie było przyjemne uczucie – Nie dasz rady – stwierdził wprost.
-Założymy się? – wysyczałam, na co on wybuchnął głośnym śmiechem.
-Bojowa babka z ciebie!
-A z ciebie natrętny debil – warknęłam, zaciskając pięści. Przez te przygłupie pogawędki z nimi traciłam coraz więcej siły. Zaczynałam powoli zwalniać, a szkoła ciągle była daleko.
-Może ciebie podwieźć? – zapytał David, odpychając się stopą od ziemi. Wybuchnęłam głośnym śmiechem.
-Niby jak? – zapytałam, potykając się o nierówną płytkę chodnika i omal się nie przewracając.
-No na desce!
Spojrzałam na niego jak na idiotę, ale on chyba mówił zupełnie serio, przynajmniej to wyczytałam z jego twarzy.
-Żartujesz sobie? Gdzie ty niby chcesz mnie pomieścić!?
-No wiesz! – oburzy ł się blondyn – No że chłopaki to rozumiem, ale ty!? Przecież ja wcale nie jestem gruby! Naprawdę są ode mnie grubsi!
-Co? – spojrzałam na niego zaskoczona, w ogóle nie pojmując, o czym on mówi.
-Nic – burknął trochę obrażony blondyn – Wskakuj! – rozkazał, robiąc mi miejsce na swojej desce. Zauważywszy, że się waham, blondyn odbił się stopą od ziemi i przejechał kawałek dalej, uśmiechając się podejrzanie – No przecież nie zrobię ci krzywdy! – krzyknął. Przewróciłam oczami, czując, że zaczynam odpuszczać.
-No właśnie tego nie byłabym taka pewna…  - zatrzymałam się, głęboko oddychając. Chłopaki także przystanęli, chyba po to, żeby dotrzymać mi towarzystwa, chociaż w zasadzie ja ich nie potrzebowałam. Pierre i Chuck też nas dogonili, wciąż wrzeszcząc na siebie wzajemnie. Powoli zaczęłam kierować się w stronę szkoły. Nie miałam wyjścia, musiałam spóźnić się na drugą lekcję.
-Uparta jesteś! – wyszczerzył się Jeff, przez cały czas jadąc obok mnie. Miałam wrażenie, że on po prostu chce mi udowodnić, że jest szybszy ode mnie. David po krótkiej chwili do nas dojechał, nadal oferując mi miejsce na swojej desce. Wahałam się tylko przez ułamek sekundy. Potem, wściekła na siebie i własne nogi, podskoczyłam do zdumionego blondyna.
-Okej – zgodziłam się, wzdychając ciężko – Okej, zawieź mnie do tej cholernej szkoły. Ale to pierwszy i ostatni raz, rozumiemy się!? – zapytałam z grozą w głosie. On tylko jeszcze szerzej się uśmiechnął.
-Jeśli już raz wsiądziesz, to koniec, nie będziesz chciała wysiąść!
-Przekonamy się – wymamrotałam cicho pod nosem, stając niepewnie na jego desce, na której właściwie nie było dla mnie miejsca. Blondyn jednak nie narzekał na ciasnotę, wręcz przeciwnie, cieszył się jak dziecko.
-Tylko lepiej zachowaj równowagę! – ostrzegł mnie, ale to co miał na myśli zrozumiałam dopiero w trakcie jazdy. Wtedy też dotarło do mnie z kontekstu rozmowy piątki chłopaków, że oni po prostu robią sobie eksperyment. Tak naprawdę oni nigdy nie testowali podwójnej jazdy. Uśmiechnęłam się słabo, uświadamiając sobie, że wpadłam w niezłe bagno. Kiedy David ruszał, obiecałam sobie, że nigdy więcej mu nie zaufam, a gdy tylko zeskoczę z tej deski, zamorduję Desrosiersa. Blondyn w ogóle nie zważał na moją obecność. Pędził jak oszalały, na początku po nierównym chodniku, a potem też po ulicy pełnej samochodów. Wciąż do mnie wrzeszczał, że mam utrzymywać równowagę, ale ja byłam zbyt przerażona, by zwracać na to uwagę. Bawił się świetnie, tak jak i cała reszta. Ja owinęłam rękoma jego talię. To był mój jedyny ratunek, chociaż wciąż mu nie ufałam. Ale czegoś trzymać się musiałam, o ile nie pragnęłam skończyć pod samochodem. A nie chciałam jeszcze umierać, przed śmiercią przecież planowałam zabić Desrosiersa za te jego przygłupie pomysły.
Ale kiedy wreszcie dotarliśmy pod szkołę, najpierw David musiał pomóc mi dojść do siebie, bo w głowie tak mi się kręciło, że ledwo trzymałam się na nogach. Chłopaki śmiali się ze mnie, że chodzę jak pijana. Obrażałam się na nich, chociaż wiedziałam, ze oni prawdopodobnie mówią to szczerze. Zdążyliśmy na koniec pierwszej lekcji, ale ja już postanowiłam nie pokazywać się wuefiście na oczy. Wraz z całą świtą, która nie chciała mnie opuścić, ruszyliśmy pod klasę od geografii. Oni ciągle narzekali, że zepsułam im plany, że oni mieli zrobić sobie przyjemny dzień bez szkoły, a ja wciąż powtarzałam, żeby stąd spadali i dali mi święty spokój. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego im tak bardzo zależało na tym, by być przez cały czas przy mnie. Bo gdziekolwiek nie szłam, oni wlekli się za mną. Chyba w ten sposób chcieli mi podokuczać. A już wystarczająco dzisiaj przez nich oberwałam.
Może to wszystko miało coś wspólnego z tym, co David wczoraj usłyszał od mojej matki? No tak, na pewno. Zacisnęłam mocniej pięści. Gdzieś w tle usłyszałam głośne rozmowy dziewczyn z klasy. Musiały już wyjść z Sali i kierować się w stronę szatni. Oni coś kombinowali, tylko ja nie mogłam rozgryźć, co. Wykminiłam, że pewnie czekają na dzwonek, żeby ośmieszyć mnie przed całą szkołą. Do tego byłam przyzwyczajona.
Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek, oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza. 

sobota, 4 stycznia 2014

PART V

-Cześć! – wyszczerzył się blondyn, wyskakując w moim kierunku z kuchni – Już powoli zaczynaliśmy się martwić, że coś ci się stało.
-Lub ten chłopak coś ci zrobił – dodała zza ściany moja mama. Jęknęłam cicho.
-Mogłabyś sobie podarować – zapiszczałam, zdejmując buty – Cześć – odparłam sucho do blondyna, trochę zmieszana przez to całe spóźnienie – Długo czekasz? – zapytałam, chcąc jakoś podtrzymać rozmowę.
-Wystarczająco długo, by umrzeć z nudów w naszym domu! – usłyszałam szorstką odpowiedź z ust mojej mamy.
-Proszę cię! – warknęłam ironicznie – David ma usta, nie potrzebuje adwokata. A ty mogłabyś chociaż udawać, że nie podsłuchujesz.
-David jest na tyle uprzejmy, że nie powie  ci, że był wściekły, bo nawet mi nie chciał się do tego przyznać – spojrzałam na blondyna szeroko otwartymi oczyma. On tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ze złością zacisnęłam pięści. On zrobił to specjalnie. Powoli zaczynałam żałować, że wróciłam. On rzucił swój urok osobisty nawet na moją matkę.
-Lepiej chodźmy do mnie – westchnęłam ciężko – tutaj na pewno się nie dogadamy.
On nie odpowiedział nic, tylko w ciszy pokiwał głową, a potem ruszył za mną. Postanowiłam nie marnować czasu na pogawędki, tylko od razu przejść do nauki. Nie chciałam wiedzieć, co moja mama naopowiadała blondynowi, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że jutro cała szkoła będzie śmiała się z moich najbardziej wstydliwych wspomnień z dzieciństwa. David na pewno rozgada wszystko, o czym dzisiaj usłyszał, zauważyłam to w tym jego pewnym siebie uśmieszku. Zresztą ja zrobiłabym to samo. Tylko że ja nic nie wiedziałam o jego młodzieńczych latach. Ani o jego prywatnym życiu. On miał przewagę i na pewno zamierzał z niej skorzystać.
Ale jego postawa mnie zaskoczyła., Pomimo mojego dużego spóźnienia czekał. I wcale nie był zdenerwowany. Podejrzewałam, że właśnie dlatego, że miał na mnie jakiegoś haka.
Starał się nie zwracać uwagi na to, ze jego nauczycielka jest jednocześnie jego największym wrogiem. Nie zważając na to wszystko chciał w końcu zrozumieć tę matmę i mieć święty spokój z tym przedmiotem. Nie szło mu to najlepiej, ale przynajmniej próbował. A jego determinacja nie pozwalała mu się poddać. Walczył ze swoim zmęczeniem i upierał się, ze on jeszcze chce, że on jeszcze może. Chyba chciał mi udowodnić, że jest silny. Chociaż nic mi nie musiał udowadniać. W końcu uparłam się, że dzisiaj już kończymy, bo sama niemal padałam na twarz, a musiałam jeszcze zająć się lekcjami bieżącymi.
W ciszy patrzyłam, jak blondyn zakłada buty i sprawnie je zawiązuje. Jego podkrążone oczy wciąż latały za sznurówkami. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że pomimo zmęczenia i długiego siedzenia nad liczbami, on nadal miał dobry humor. Nie rozumiałam jego postawy i zachowania.
-Przepraszam cię za moją mamę – wymamrotałam zarumieniona ze wstydu, poruszając po raz pierwszy tego wieczoru temat inny niż matematyka. On spojrzał na mnie pytająco tym swoim wesołym spojrzeniem – Musiała ciebie zanudzić.
-A nieprawda! – zaskoczył mnie optymistyczną odpowiedzią – Było całkiem wesoło.
-Wesoło? – powtórzyłam głupio. On nic nie odpowiedział, tylko się wyprostował i puścił mi oczko. Zamrugałam szybko powiekami.
-To do jutra – blondyn pomachał mi wesoło na pożegnanie i nie czekając na odpowiedź z mojej strony rzucił się w ciemną zasłonę nocy. Jeszcze przez krótki moment stałam i wpatrywałam się ze zdumieniem w ścieżkę prowadzącą do furtki. Potem dotarło do mnie, że jednak to musi wyglądać nieco głupio i szybko się odwróciłam, zatrzaskując drzwi. Od razu usłyszałam kroki, domyśliłam się, że to moja mama. Jęknęłam w duchu, przyspieszając. Niestety nie udało mi się zwiać.
-No fajny ten twój David – wyszczerzyła się brunetka, bardzo podobna do mnie. Przewróciłam oczami.
-On nie jest żaden mój – warknęłam wściekła. Kobieta cofnęła się o krok i uniosła ręce do góry. Już nie raz miała do czynienia z moim rozdrażnieniem.
-No jasne, że nie twój – zgodziła się dla świętego spokoju – No ale wiesz… Taki mądry, dowcipny, inteligentny…
-Mamo, ja mam chłopaka! – wrzasnęłam – Dlaczego znowu próbujesz mnie z nim rozłączyć!?
-Bo przed wami nie ma żadnej przyszłości! Spójrz na niego, dziecko, on nigdy nie poradzi sobie w życiu! Nie utrzyma ciebie i twoich dzieci! W ogóle nie jest odpowiedzialny! – wyliczała kobieta po kolei wszystkie jego wady, które znałam już niemal na pamięć.
-Ale ja go kocham i powinnaś to zaakceptować! – piszczałam.
-Dziecko, ja próbuję ciebie ochronić!
-Ale w jaki sposób?! – wrzasnęłam – Mamo, ty nawet nie dałaś mu szansy! On starał się i nadal stara! Dlaczego ty tego nie widzisz!? A Desrosiers to, jakbyś nie wiedziała, najgorsza możliwa szuja!
-A ty nie dajesz jemu szansy.
-Bo on na nią nie zasługuje! – prychnęłam, uciekając w stronę swojego pokoju. Trzasnęłam mocno drzwiami, żeby moja mama wiedziała, że się na nią gniewam. Usiadłam na łóżku i schowałam twarz w dłoniach. Nie chciałam płakać, ale łzy same zadomowiły się w moich oczach. Dlaczego oni tak się zachowują? Dlaczego wciąż chcą nas rozdzielić? Czy naprawdę nie potrafią uwierzyć w to, że my się kochamy i że właśnie to jest prawdziwa miłość? Przecież jesteśmy już razem przez półtorej roku! Po tak długim okresie moglibyśmy spokojnie wziąć ślub, a jednak oni w to nie wierzyli. Już nie miałam pomysłu, jak ich przekonać.
W nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, wciąż nie mogąc pozbyć się czarnych myśli. Bałam się jutrzejszego dnia. Bałam się jutro wstać i z podniesionym czołem stawić się przeciw problemom. Wstać i udawać, że wszystko jest w porządku, gdy znowu nie będę odzywać się do mamy przez cały dzień, gdy ludzie z mojej szkoły będą za moim plecami chichotać na temat mojego dzieciństwa. No i gdy znów zobaczę parszywy uśmieszek Desrosiersa.
Jakim cudem zdołałam zamknąć oczy? To chyba na zawsze pozostanie tajemnicą.
Budzik dzwonił raz i drugi, ale ja na to nie zwracałam uwagi. Nie chciałam jeszcze unosić powiek ani witać się z tym paskudnie zapowiadającym się dniem. Ale kiedy mój brat zaczął wrzeszczeć, ze znowu schowałam jego torbę, musiałam otworzyć oczy, chociaż w jego towarzystwie też próbowałam zasnąć. Niestety chłopak nie dał mi na to szansy. Zapewne mama dała mu misję specjalną, żeby mnie obudzić, czego zawsze podejmował się z ochotą, bo uwielbiał robić wszystko co mi przeszkadzało lub się nie podobało. Nieprzytomna schowałam się w łazience, wzięłam szybki prysznic, a potem wróciłam do pokoju, żeby się ubrać, gdzie na szczęście już nie było mojego brata. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam wrzucać do plecaka wszystkie potrzebne książki. Miałam nadzieję, że w domu już nikogo nie spotkam, nie chciałam zaczynać dnia od wrzasku, a byłam pewna, że właśnie krzykiem zareaguję na jakiegokolwiek członka mojej rodziny. Dlatego szybko wymknęłam się z domu, nawet nie zwracając uwagi na moje śniadanie. Wiedziałam, że jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby pojawiać się w szkole. Postanowiłam przez kilka minut posiedzieć w parku. Na szczęście zdecydowana większość ławek była wolna, wybrałam tę najdalszą, tę na której siadało najmniej ludzi, bo niewielu zauważało tę ławkę. Zwykle też jej nie zajmowałam. Tym razem chciałam się odciąć od świata. Zamknęłam oczy, moją głową zawładnęły myśli. Te same myśli, które towarzyszyły mi w nocy.
-Patrzcie, koniec świata nadchodzi, Wellman na wagarach! – na dźwięk swojego nazwiska leniwie otworzyłam oczy i zadrżałam. Uboga bladość tego poranka chlasnęła mnie w twarz.