D

D

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

to nie jest kolejny part ani żadna dobra wiadomość...

Pewnie zastanawiacie się, gdzie zniknęłam, więc daję oznaki życia. Żyję i mam się dobrze. Niestety na jakiś czas muszę zawiesić bloga. Tak, wiem, te tłumy, które tu zaglądały, będą teraz rzewnie płakać. Od kilku tygodni mam problemy z komputerem, od jakiegoś czasu jest w naprawie. Nie wiem nawet, czy uda mi się odzyskać wszystko, co udało mi się wyklepać na klawiaturze. Jednak starej metody pisania na papierze nic nie pokona :) Przepraszam Was wszystkich. Jak tylko dostanę swój komputer, postaram się przepisać parta, ale na razie naprawa mojego laptopa nie zapowiada się pogodnie :( Cóż zrobić, ironia rzeczy martwych..

czwartek, 27 marca 2014

XIV

-Znaleźliśmy Pierre’a – wydusił z siebie Comeau. Chciałam powiedzieć, że to fantastyczna wiadomość, ale zaraz potem na twarzy blondyna zauważyłam rzadko spotykaną powagę. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale coś tu śmierdziało.
-No i? – zaniepokojenie blondyna coraz bardziej mnie niepokoiło.
-Seb zawiózł go do szpitala – grobowy ton Chucka wyjaśnił nam wszystko. Wzięłam głęboki wdech. Dave zamknął oczy, a za chwilę je otworzył.
-Masz samochód? – zapytał z zaciśniętymi pięściami. Brunet pokiwał głową. Przez krótki moment zastanawiałam się, co robić. Serce waliło mi jak dzwon. Przełknąłem ślinę. Chłopaki już odchodzili.
-Mogę jechać z wami? – zapytałam, doganiając ich. Oni spojrzeli po sobie, wyraźnie zaskoczeni, ale Comeau pokiwał głową, zgadzając się. W trójką ruszyliśmy w stronę samochodu bruneta w ponurej ciszy. Każdy myślał o tym samym, ale nikt nie chciał mówić o tym głośno. Dopiero gdy wjeżdżaliśmy na parking szpitala, blondyn słabo zapytał:
-Był przytomny?
Chuck spojrzał na niego, zapewne zastanawiając się nad odpowiedzią. Zakręcił ostro, omal nie zahaczając autem o czyiś samochód. Zgasił silnik.
-Był – odparł słabo – Ale nie mógł mówić – dodał szybko. Otworzył drzwi, ja zrobiłem to samo. David przez moment się nie poruszał. dopiero gdy zniecierpliwiony przyjaciel zapukał w szybę swojego grata, blondyn zdołał się poruszyć. Przez całą drogę do Sali, w której leżał Pierre, obaj byli nieobecni, nawiązanie jakiejkolwiek rozmowy było niemożliwe. Nerwowe napięcie nie dawało nam spokoju, ciągle atakowało.
Seba i Jeffa zauważyliśmy od razu, chociaż wzrok mieli wlepiony w podłogę i ich twarzy nie udało nam się zobaczyć. Jednak nietrudno było się domyślić, jakie mają nastroje. Wiedzieli, że się zbliżamy, jednak nie podnieśli głów. Dave i Chuck westchnęli cicho i usiedli obok. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie możemy tam wejść. Na razie zajmowali się nim lekarze.
-Zastanawialiśmy się, czy zadzwonić do jego rodziców – powiedział Seb, chyba już nie potrafił wytrzymać w tej ciszy – Myślicie, że zabiłby nas za to?
Dave wzruszył ramionami. Chyba niewiele go to obchodziło. Ciągle wpatrywał się w drzwi z nadzieją, że za chwilę ktoś stamtąd wyjdzie i będzie to Pierre. Za to głos zabrał Chuck.
-to jego rodzice – wymamrotał cicho – Powinni wiedzieć. Zresztą to i tak będzie trochę podejrzane, jeśli nie wróci na noc do domu, a raczej go stąd nie wypuszczą. Trzeba im powiedzieć.
-Racja  -zgodził się Jeff, ale Seba to nie przekonało.
-A jeśli on nie będzie chciał… - zawahał się, ale przerwałam mu, co chyba go zaskoczyło. Albo zapomniał o mojej obecności albo w ogóle jej nie zauważył.
-Seb, oni go kochają. Zresztą są za niego odpowiedzialni. Trzeba im powiedzieć.
-Okej – westchnął zrezygnowany błękitnooki – Ale ja na pewno tego nie zrobię – dodał natychmiast. Zapadła głęboka cisza, wszyscy patrzyli na siebie wyczekująco z nadzieją, że ktoś jednak okaże się na tyle odważny, by zadzwonić. Przez najbliższe pięć minut nikt się nie odezwał, ale chyba każdy czuł na sobie swego rodzaju odpowiedzialność za wykonanie tego telefonu.
-Ja zadzwonię – pękł w końcu Chuck, wyciągając komórkę z kieszeni – Masz ich numer? – westchnął ciężko, spoglądając pytająco na Seba.
-telefon Pierre’a – brunet pomachał mi przed oczami Comeau komórką . Ten chwycił ją i z wahaniem spojrzał na wyświetlacz.
-gdyby teraz wiedział, co ja robię, to chyba wstałby z łóżka i mnie zabił – westchnął ciężko po raz kolejny, grzebiąc w nieswoim urządzeniu – Okej, mam – wymamrotał do siebie, przepisując numer na swój telefon. Przez moment jeszcze się wahał, ale kiedy już nacisnął zieloną słuchawkę, nie było odwrotu. W tym samym momencie rozdzwoniła się moja komórka. Niechętnie zerknęłam na wyświetlacz. Amy.
-No gdzie ty się podziewasz?! – powitał mnie jej wrzask. Odsunęłam się kawałek, zerkając na chłopaków, chociaż oni byli tak bardzo zamyśleni, że nawet nie zwrócili na mnie uwagi – Kobieto, wygrałaś konkurs! Musisz odebrać nagrodę! Wygrałaś, słyszysz?!
-Słyszę – odparłam bezpłciowo. Ona chyba od razu wyczuła, że coś jest nie tak, bo później wrzasnęła jeszcze głośniej, na tyle głośno, że  aż musiałam odsunąć słuchawkę od ucha.
-Nie dociera do ciebie to, że wygrałaś konkurs?! – dalej krzyczała. Nie wiedzieć czemu strasznie mnie to wkurzyło.
-Są rzeczy ważniejsze niż ten zapchlony konkurs – warknęłam, usiłując pohamować złość. Zdawałam sobie sprawę z tego, ze ona nie wie o Pierre’rze, ale to wcale nie usprawiedliwiało jej wrzasków. Czułam do niej niechęć.
-Właściwie to gdzie ty teraz jesteś? – zapytała dziewczyna nieco zdenerwowana moimi słowami. Wyczułam, że nieprzytomny brunet nie chciałby, żeby ona o wszystkim się dowiedziała. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale chyba nie dlatego, że mogłaby roznieść plotki na ten temat. Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale wtedy kątem oka ujrzałam, ze ktoś wychodzi z Sali Pierre’a.
-Nie mogę gadać – zakończyłam szybko rozmowę.
-Czekaj, gdzie ty… - usłyszałam jeszcze, zanim odłożyłam słuchawkę. Teraz nie miałam czasu na wymyślanie wytłumaczenia na temat mojej nieobecności. Szybko dotarłam do tłumu otaczającego lekarza, w biegu chowając komórkę.
-… także nie jest w złym stanie, za kilka dni powinien wrócić do formy – załapałam się na ostatnie słowa doktora. Ale twarz Davida powiedziała mi wszystko.
-Możemy do niego wejść? – zapytał ze spokojem Chuck. Miałam wrażenie, ze lekarz chce zaprzeczyć, ale widząc nadzieję chłopaków w ich oczach, machnął lekceważąco dłonią.
-Tylko proszę go nie budzić i nie utrudniać pracy pielęgniarkom – wymamrotał niepewnie. Seb ostrożnie otworzył drzwi i wsadził głowę do środka. Potem odwrócił się do nas przyciskając wskazujący palec do ust. Pokiwaliśmy zgodnie głowami. Wszyscy wcisnęliśmy się do środka, ja na szarym końcu, bo nie miałam pojęcia, czy mi wypada. Uznałam jednak, że moja ciekawość i troska o stan Bouviera jest potężniejsza niż jakieś przygłupie myśli. Na początku bruneta nie poznałam. Przypominał trochę mumię, większość jego ciała była w bandażach. Pod oczami miał ogromne sińce, a jego policzki wciąż krwawiły. Mówiły mi o tym zwiększające się plamy pod opatrunkami. Do jednej z rąk miał podłączoną kroplówkę.
-Kto mógł to zrobić? – usłyszałam obok siebie  głos Davida – Bo to raczej na pewno było pobicie.
-nic nie chciał powiedzieć – odparł Seb, siadając na jednym z taboretów i podsuwając jeden dla mnie – Zresztą nie był w stanie mówić – wzruszył ramionami. Dopiero wtedy byłam w stanie się ruszyć. Na drżących nogach podeszłam do stołka i na nim usiadłam. Pierre wydawał się być przestraszony, ale co go tak przestraszyło? Szpital czy to, co widział, zanim jeszcze tutaj trafił? Przełknęłam cicho ślinę. Miałam nadzieję, że to wszystko szybko się wyjaśni, a oprawca dostanie za swoje. Nikt nie zasługuje na takie traktowanie, a już szczególnie nie on. Bo Pierre jest naprawdę szczególnym przypadkiem, przypadkiem, który potrafi naprawiać swoje błędy.
-Ktokolwiek by tego nie zrobił, prędzej czy później i tak się dowiemy, ze to on – Jeff zacisnął pięści – A wtedy współczuję tej osobie. On chyba nie wiem, z kim  zadarł.
Westchnęłam cicho, wpatrując się w nieobecną twarz bruneta. Coś w sercu przez cały czas mnie kuło, coś chciało dać mi znak, ale nie miałam pojęcia, o co temu czemuś chodziło. Przełknęłam cicho ślinę, odrywając wzrok od jego policzków i spoglądając na Jeffa. Jeszcze nigdy nie widziałam aż tak ogromnej powagi na twarzach całej czwórki. Wszyscy wyglądali jakby wybierali się na pogrzeb. Zero cienia uśmiechu, zero jakichkolwiek żartów. Po raz pierwszy oni poddali się smutkowi, by ten przejął kontrolę nad ich uczuciami. Martwili się. Cholernie martwili się o to, że  ich kumpel mógł wpakować się w jakieś bagno.,
Z zamyślenia wyrwał mnie znowu niemiły dźwięk mojej komórki. Podskoczyłam ze strachu, a  widząc na sobie spojrzenia czwórki moich kolegów, upewniłam się w przekonaniu, że to musi być mój telefon. Wyszarpałam komórkę z kieszeni i zerknęłam na wyświetlacz. Żółta koperta z napisem BILL co chwilkę się podświetlała. Prychnęłam cicho i schowałam komórkę do kieszeni.
-Daj mu szansę – usłyszałam cichy głos Davida. Obróciłam głowę w jego stronę. Znowu mnie zaskoczył. Skąd wiedział? Na pewno nie zaglądał mi przez ramię, tego byłam pewna. W końcu nie ruszał się z miejsca. Blondyn wpatrywał się we mnie tak jak wtedy, kiedy też o tym rozmawialiśmy. Przegryzłam dolną wargę i z powrotem wsunęłam dłoń do kieszeni, by wyciągnąć telefon i odczytać wiadomość. Bill pytał się mnie o występ i o to, czy nie spotkałabym się z nim. Nie miałam pojęcia, co zrobić, jak się zachować. Bardzo chciałam się do niego przytulić, ale po tym jak mnie wystawił nie miałam ochoty nigdy więcej z nim rozmawiać. Spojrzałam z powrotem na Davida, on także wpatrywał się we mnie. Z jego oczu wyczytałam, co robić. Westchnęłam niepewnie i zerknęłam z powrotem na wyświetlacz. Szybko odpisałam, chociaż przez jakiś czas zastanawiałam się, czy wiadomość, którą wysłałam, brzmiała dostatecznie oschle i płytko. Wolałam zasiać w nim strach, chciałam, żeby wiedział o tym, że jestem na niego obrażona.
Kiedy rodzice bruneta w końcu dotarli, postanowiliśmy dać im trochę prywatności i wyszliśmy, pozostawiając ich z synem. Wtedy już postanowiłam wycofać się z sytuacji. Wyszłam ze szpitala po oficjalnym przyrzeczeniu, że nikomu nie pisnę słowem na temat Pierre’a i po przysiędze Davida, że jak tylko Pierre się obudzi, to on da mi znać. Wiedziałam, że jeśli pójdę pieszo, to powinnam spokojnie zdążyć, dlatego podziękowałam Chuckowi za jego propozycję podrzucenia mnie. Zastanawiałam się nad tym, jak rozegrać tę rozmowę tak, by nie zranić Billa, a jednocześnie przekazać mu, że to co zrobił, bardzo mnie zabolało. Moje serce biło powoli jak jakiś dzwon. Bałam się tej rozmowy jak ognia. Zacisnęłam mocniej pięści. Muszę być twarda. Nie mogę dać się ponieść uczuciom.
Kiedy dotarłam na nasze miejsce, on już czekał, zwrócony do mnie plecami. Stałam i wpatrywałam się w niego jak głupia. Walczyłam z miłością, walczyłam, żeby to uczucie nie wzięło nade mną kontroli. I chociaż miałam ochotę rzucić mu się na szyję, nie zrobiłam tego. Powoli ruszyłam w jego stronę. Zauważył moją obecność dopiero wtedy, gdy zatrzymałam się obok niego. Uśmiechnął się, a potem pochylił się, żeby mnie pocałować. Odsunęłam się. Widziałam w jego oczach zaskoczenie i zwód, ale on tego nie skomentował. Czego się spodziewał? Że powitam go z otwartymi ramionami?
-Spóźniłaś się – zaczął cicho, wlepiając wzrok w panoramę Montrealu. Przez moment zastanawiałam się, co odpowiedzieć, ale postanowiłam, że nie będę kłamała.
-Byłam w szpitalu  - odparłam pusto. Przez chwilę milczałam – Obiecałeś mi, że się zjawisz… Obiecałeś…

-Musiałem załatwić coś ważnego – wymamrotał mój chłopak, nawet na mnie nie zerkając. Już wtedy wyczułam, że coś tu nie gra. 

czwartek, 20 marca 2014

PART XIII

-David! – usłyszeliśmy za sobą ostry krzyk. Przez ułamek sekundy myślałam, że to on, że to Bill przyszedł w końcu. Dopiero kiedy narobiłam sobie nadziei, dotarło do mnie, że on nie wie, jak wygląda Desrosiers. Westchnęłam cicho, odwracając się. Przed moimi oczami pojawił się Seb.
-David, widziałeś gdzieś Pierre’a? – zapytał błękitnooki. Blondyn zmarszczył czoło, myśląc intensywnie.
-Nie – zaprzeczył – Nie widziałem go, odkąd poszedłem po Kate.
-No to gdzie ten idiota się schował? – wkurzył się Seb, zaciskając pięści – Powiedział, że tylko skoczy do kibla, a nie ma go już od połowy godziny!
-Pewnie znalazł jakąś panienkę – wzruszył ramionami Dave, odwracając się twarzą do sceny – Może siedzi na publiczności?
-Niby po co? – prychnął jego przyjaciel – doskonale wie, że zaraz my gramy!
-No przecież to dorosły chłop, nie zaginął – próbował uspokoić go blondyn, ale to nie pomogło.
-Lepiej pomóż nam go znaleźć! – warknął wkurzony Seb – bo jak nie znajdzie się na czas, to nasz występ legnie w gruzach!
-Sami sobie nie poradzicie? – jęknął blondyn, ale natychmiast się zerwał, kiedy ujrzał wrogie spojrzenie kumpla. Przeprosił mnie na chwilę, obiecując, że za chwilę wróci. Nerwowo pokiwałam głową. Po chwili zostałam sama. Wtedy już w ogóle nie miałam pojęcia, co się wokół mnie dzieje. Postanowiłam nastroić gitarę, chociaż wiedziałam, że Dave zrobił to za mnie. Więc po prostu grałam. Blondyn miał rację, ćwiczenia bardzo mi pomogły, grałam tę piosenkę jeszcze lepiej, chociaż wtedy mi się wydawało, że to niemożliwe. Tym razem jednak nawet na brzdąkaniu nie mogłam się skupić. Nerwy wciąż ze mną walczyły. Drżałam, ale nie poddawałam się. Chciałam, żeby David już wrócił, do niego przynajmniej mogłam się odezwać, choć nie zawsze była to spokojna rozmowa. To było naprawdę dziwne rozmawiać z osobą, której się nienawidzi.
-Kaaaate!!! – wrzask blondyna porwał mnie na nogi. Rozejrzałam się szybko. Desrosiers biegł w moim kierunku blady jak ściana – Nigdzie nie możemy znaleźć Pierre’a! – wydyszał zmęczony – Chyba odwołamy występ…
-Jak to nigdzie? – zapytałam głupio, czując jak serce podchodzi mi do gardła. Wiedziałam, że brunet na pewno nie uciekłby z własnego występu. Co jeśli zasłabł i teraz potrzebuje pomocy? Wyraźnie przestraszony David powtarzał, ze szukali już dosłownie wszędzie i nigdzie go nie znaleźli.
-Kate, zaraz ty będziesz śpiewać! – zadźwięczał mi czyiś głos nad uchem. Obróciłam się na pięcie, ale już nikogo nie zobaczyłam. Milion różnych myśli przeleciało przez moją głowę, ale nie miałam czasu, by je analizować. Blondyn coś do mnie mówił, ale nic już nie zrozumiałam z jego gadania. Ręce zaczynały mi się pocić. Miałam ochotę uciec, ale kiedy usłyszałam własne nazwisko, Dave na siłę wypchnął mnie na scenę. Zatrzymałam się na środku. Przez moment właściwie nie wiedziałam,po co ja w ogóle to robię. Cała szkoła się na mnie gapiła. Na szczęście szybko przypomniałam sobie o gitarze, którą miałam na ramieniu. To było moje jedyne narzędzie, jedyne koło ratunkowe. W głowie miałam tylko te kilka akordów. Nie wiedziałam, jakie są słowa, wymyślałam je. Wciąż miałam nadzieję, że Bill zjawi się podczas refrenu i wszystko pójdzie zgodnie z naszym planem. Grałam i śpiewałam, a stres panoszył w mojej duszy. Bałam się, ze nie dotrwam do końca, że za chwilę coś we mnie pęknie i wybuchnę.
Jego głos chyba mi pomógł, chociaż na początku się przestraszyłam tak bardzo, że przestałam śpiewać w refrenie i gapiłam się na niego jak otępiała. Dalej grałam tę samą melodię, robiłam to automatycznie. Wtedy dotarło do mojej głowy, że on dał mi nadzieję. W jego oczach ujrzałam tę myśl, którą on próbował przekazać mi przez swoja gitarę. Daj się ponieść muzyce. Moje powieki opadły, uszy zaczęły wyłapywać jedynie dźwięki instrumentu. To podziałało. Zapomniałam o wszystkim, co się działo wokół mnie, o ludziach, którzy siedzieli przede mną, a nawet o Billu i Desrosiersie.
Niestety tekst szybko wyparował mi z głowy. Kiedy otworzyłam oczy, wszystko do mnie wróciło. Cała rzeczywistość ponownie stanęła mi przed oczami, chociaż wciąż do mnie nie docierało, gdzie ja jestem i co się dzieje wokół. Wszyscy mi klaskali i się patrzyli. Zarumieniłam się lekko i obejrzałam się. David szeroko się uśmiechał i także mi klaskał. Niepewnie na niego spojrzałam, prawie  niewidocznie pokiwał głową. Ruszyłam w jego stronę powoli, chociaż miałam ochotę rzucić się biegiem w jego ramiona. Właściwie to nie miałam pojęcia, jakim cudem trzymałam się na nogach. Kiedy oboje znaleźliśmy się za sceną, poczułam jak siły ze mnie wyparowują. Dosłownie w ostatnim momencie David mnie złapał. Nie miałam zielonego pojęcia, co się ze mną działo.
-Dlaczego? – wymamrotałam słabo – Dlaczego ty to zrobiłeś?
-Bo akurat tobie się to należało – lekko uśmiechnął się blondyn, sadzając mnie na jakiejś ławce. Spojrzałam na niego pytająco zmęczonymi oczami – No co? Takiego tłumoka jak ja to matmy nikt jeszcze nie nauczył. Tobie się to udało. Przynajmniej częściowo.
Przez moment się w niego wpatrywałam, starając się zanalizować jego słowa. Uśmiechnęłam się, ale po chwili dotarło do mnie, co ja wyprawiam. Szybko zmieniłam wyraz twarzy na dumę.
-Sama bym sobie nie poradziła – odparłam, czując jak siły zaczynają do mnie wracać.
-Jasne – prychnął blondyn, nadal się do mnie uśmiechając- Prawie się poryczałaś podczas pierwszej zwrotki! – wytknął mi perfidnie.
-Zamknij się! – warknęłam, zaciskając pięści. Czułam, że za chwilę złość mnie rozsadzi. Dave machnął dłonią jakby się poddawał. Wciąż wlepiał we mnie swój wzrok.
-Zrobiłaś furorę – oznajmił – Widziałaś, jak szkoła zareagowała. Chyba nikt nie dostał takich oklasków! – chwalił mnie David. Przed moimi oczami znowu pojawił się tłum publiczności. I śmiejący się Desrosiers. No właśnie. Deesrosiers. Posmutniałam.
-No co jest znowu? – zapytał zdenerwowany blondyn – dziewczyno spisałaś się na medal, powinnaś być z siebie dumna! – krzyknął wesoło, chcąc zapewne poprawić mi humor. Nie udało mu się to.
-Czemu on nie przyszedł? – zapyta łam cicho o to, co mnie tak bardzo gnębiło. Moje oczy lustrowały linie papilarne moich dłoni. David nie odpowiedział nic, zapewne zastanawiał się, co powiedzieć. Chwilę później przykucnął przed moimi kolanami i chwycił jedną z moich dłoni.
-Czasami zdarzają się takie sytuacje, że trzeba zmienić plany. I nie ma się nic do gadania w takiej sytuacji. Więc zanim cokolwiek zadecydujesz, porozmawiaj z nim, okej? – zapytał, chcąc wymusić na mnie kiwnięcie głową. Nie udało mu się – Kate, posłuchaj mnie. To nie musiało od niego zależeć. Nie chcę, żebyś popełniła błąd, bo możesz stracić coś cennego – tymi słowami mnie przekonał i chyba to zauważył, bo wyprostował się zadowolony – Obiecujesz mi, że z nim pogadasz? – zapytał jeszcze. Pokiwałam głową, ale najwyraźniej jemu to nie wystarczyło – Obiecaj!
-Obiecuję – wymamrotałem słabo. On westchnął cicho.
-Z entuzjazmem, Kate, z entuzjazmem! – krzyknął wesoło.
-Obiecuję! – dodałam nieco pewniej i z lekkim uśmieszkiem. Dave znowu się wyszczerzył. Otworzył buzię, żeby coś powiedzieć, ale przerwał mu zduszony krzyk.
-David!
Oboje jak na rozkaz się obróciliśmy i ujrzeliśmy przestraszonego Chucka. Brunet musiał zauważyć, że wszyscy na niego patrzą. Wyglądał co najmniej dziwnie z przerażonym wzorkiem i blady jak trup. Podbiegł do nas, drżąc jak sikorka. Dave zmarszczył czoło.
-co się stało? – zapytał niespokojnie, zauważywszy nienaturalne zachowanie kumpla. Wielkoczoły spojrzał na mnie znacząco, ale David zaraz mnie ponaglił – No mów!

-Znaleźliśmy Pierre’a – wydusił z siebie Comeau. Chciałam powiedzieć, że to fantastyczna wiadomość, ale zaraz potem na twarzy blondyna zauważyłam rzadko spotykaną powagę. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale coś tu śmierdziało. 

czwartek, 13 marca 2014

PART XII

Po raz setny grałam na gitarze tę samą piosenkę, piosenkę, którą mieliśmy zaśpiewać z Billem podczas naszego występu. Już dwa razy zdążyliśmy to razem zagrać, brzmiało idealnie. Nigdy nie podejrzewałabym, że mój chłopak ma taką niesamowitą barwę. I że nasze głosy tak dobrze się dogadywały. Mimo wszystko dalej się tego bałam, wciąż obawiałam się, ze pomylę akordy albo zrobię cos głupiego.
-Tę piosenkę zagrasz na konkursie? – zapytał cicho blondyn znad podręczników od matmy. Ciągle zapominałam o jego obecności w pokoju. Zadrżałem.
-Rozwiązałeś już? – warknęłam, szybko zmieniając temat. David, bardzo z siebie dumny, pokiwał głową i podał mi kartkę z przykładem. Ostrożnie odłożyłam gitarę na łóżko i wzrokiem przeleciałam po przykładzie. otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Cały przykład zrobił dobrze. Kolejny.
-Okej – odparłam nieswojo – Chyba to już umiesz – westchnęłam chwytając podręcznik – Ale jeszcze jedno zadanie nie zaszkodzi.
-Kate! – jęknął chłopak – Od trzech godzin robię to samo! To już jest nudne! – marudził. Westchnęłam ciężko, patrząc na kolejna stronę. Zaczynał się już nowy rozdział. Podrapałam się po głowie.
-Mogę ci zaufać, skoro mówisz, że to rozumiesz? – zapytałam niepewnie. Blondyn podskoczył z radością.
-No jasne – odpowiedział, kołysząc się na moim krześle i czekając na moje kolejne polecenie. Przegryzłam dolną wargę  i wzruszyłam ramionami.
-To możesz już iść – powiedziałam łaskawie. Blondyn otworzył szeroko oczy ze zdumienia – No co? – zapytałam – Skończył się nam rozdział. Nowego dzisiaj nie zaczniemy, bo to bez sensu. Jesteś wolny – po raz kolejny wzruszyłam ramionami. On jednak nadal się nie poruszył, tylko gapił się na mnie jak na ducha – aha, czyli chcesz jeszcze kilka zadań. Nie ma problemu – chwyciłam podręcznik, ale zanim jeszcze zdążyłam go otworzyć, Desrosiers jęknął głośno, skacząc w pobliże mojej osoby i zabierając mi książkę. Roześmiałam się.
-Leć już, to może jeszcze zdążysz na wieczorynkę! – zachichotałam. Dave złapał się za boki z kpiącym uśmieszkiem na ustach.
-A to dlatego ty tak bardzo chcesz mnie wygonić! ty też chcesz obejrzeć! – wystawił mi język. Przymrużyłam oczy.
-O niczym innym nie marzę – prychnęłam – chcesz pomóc włączyć mi telewizor? Bo chyba sobie sama z tym nie poradzę. Aha – strzeliłam palcami – No i jeśli chcesz tu zostać, musisz zrobić mi masaż stóp!
-Dawaj te giry! – uśmiechnął się blondyn, schylając się po moje stopy.
-Hej! – wrzasnęłam przestraszona, podskakując – Ja żartowałam! Moje stopy są zbyt cenne, żebyś ich dotykał.
-A już miałem nadzieję, że dostąpię tego zaszczytu – posmutniał Desrosiers. Spojrzeliśmy na siebie i w tym samym momencie wybuchnęliśmy śmiechem jak starzy i dobrzy kumple.
-to powiesz mi, jaki tytuł ma ta piosenka? – zapytał blondyn, opierając nogi o biurko. Wyraźnie czuł się jak u siebie w domu. Tym razem to nie przeszkadzało, chociaż zazwyczaj za takie zachowanie miałam ochotę wyrzucić go z domu. Blondyn zawsze potrafił jakoś sprytnie mnie zagadać.
-„Full moon sways”* – odparłam zarumieniona, wlepiając wzrok w podłogę. Kątem oka zauważyłam zamyśloną twarz Desrosiersa. Domyślałam się, że on nawet nie słyszał o takim tytule. Uśmiechnęłam się. Właśnie o to mi chodziło. Chciałam zaśpiewać piosenkę, której nikt nie zna, a którą pokochaliby wszyscy.
-Nie znam – odparł zgodnie z moimi domysłami chłopak.
-O to chodzi – odparłam.
-Wiem! – podskoczył z entuzjazmem David – Zrobimy próbę generalną! Graj!
-Chyba zwariowałeś!  -wrzasnęłam przerażona, strasząc także blondyna, który cofając się, potknął się  niechcący o dywan i upadł. Nie zwróciłam na to uwagi – Usłyszysz to dopiero wtedy, gdy wszyscy to usłyszą. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś poznał to szybciej niż inni – prychnęłam.
-No przestań! – prychnął blondyn, wiedziałam, że już mu nie przemówię do rozsądku – Trzeba ćwiczyć jak najwięcej.
-Ja już umiem to grać – dodałam szybko, ale to go chyba nie przekonało.
-Z gitarą jest jak z matematyką – wytłumaczył mi cierpliwie – Im więcej ćwiczysz, tym mniej błędów robisz. No i oczywiście tym lepiej grasz – uśmiechnął się – No dawaj! – zachęcił mnie.
-Nie! – warknęłam – jesteś ostatnią osobą dla której zagrałabym tę piosenkę.
- Ty się mnie wstydzisz! – roześmiał się blondyn, siadając na krześle, na którym siedział jeszcze kilka minut temu – Ty naprawdę się mnie wstydzisz! – roześmiał się. Ze złością na niego spojrzałam.
-Nieprawda! – wrzasnęłam wzburzona.
-to niby dlaczego jesteś cała czerwona?!
Przez moment na niego patrzyłam, a potem rzuciłam się w stronę półki, na której stało niewielkie lusterko. Rzeczywiście moja twarz nabrała różowego koloru.
-Ale się gorąco zrobiło!  -westchnęłam ciężko, ocierając pot z czoła, a raczej udając, że ocieram, bo cała ta scena to było przedstawienie. Na moje nieszczęście on się na tym poznał.
-Jeśli chcesz, to możesz się rozebrać – zachichotał – Mi to nie będzie przeszkadzać.
-Obejdzie się – burknęłam pod nosem, jednak uśmiechnęłam się lekko. Wróciłam na łóżko i ukradkiem zerknęłam na gitarę, co nie uszło uwadze Desrosiersa.
-No dawaj! – próbował dalej mnie zachęcić. Nie miałam zielonego pojęcia, jaki miał w tym cel. Uparcie pokręciłam głową. Nie mogłam tego zrobić, po prostu nie mogłam – Katy, stres naprawdę jest do pokonania! – spojrzałam w jego piwne oczyska i właśnie w nich zobaczyłam pewność. Uwierzyłam mu. Tylko że ja nie potrafiłam z tym walczyć.
-Zacznij małymi krokami – pouczał mnie uśmiechnięty blondyn – Słuchaj, musisz tylko wziąć tę gitarę i zagrać początek. Reszta już sama poleci.
-Ale ja nie potrafię! – wrzasnęłam zdenerwowana, nie tyle zachowaniem kolegi, co swoim. Nie umiałam się przemóc i to mnie wkurzało.
-Ty zawsze reagujesz wrzaskiem, jak coś cię wkurza – zachichotał David, ale zaraz spoważniał – To jak ty zamierzasz wystąpić przed całą szkołą?
-Wtedy nie będę sama! – odparłam z dumą.
-Nie? – zapytał zaskoczony Dave – to kto z tobą będzie? – jego ciekawość nie znała granic. Przegryzłem dolną wargę, zastanawiając się, czy dobrze zrobię, jeśli powiem mu o swoim chłopaku. Właściwie to co mi szkodziło.
-Mój chłopak – uśmiechnęłam się. Przez ułamek sekundy przed oczami stanął mi obraz Billa i jego szeroki uśmiech. Po raz kolejny do głowy przeszła mi ta myśl, że bardziej wspaniałego chłopaka nie odnalazłabym nigdy.
-aha – blondyn pokiwał ze zrozumieniem głową – Ale to wcale nie znaczy, że możesz zwalać na niego całą odpowiedzialność stresowej, bo on pewnie też będzie zdenerwowany. Dlatego musisz teraz dla mnie zagrać – paplał ciągle Dave – Inaczej nie dam ci spokoju. Uwierz mi, mogę nadawać tak w nieskończoność. Raz chłopaki zamknęli mnie w kiblu, bo za dużo gadałem. Mieli niezły ubaw, dopóki Chuckowi nie zachciało się do toalety…
-Dobra, zagram ci to – przerwałam mu, nie zważając na jego opowieść. Blondyn tylko szerzej się uśmiechnął, patrząc jak chwytam gitarę. Ręce mi drżały, ale wmawiałam sobie, że to nie stres, że przecież ja się nie denerwuję przed tym idiotą Desrosiersem. Jeszcze przed kimś, na kim opinii mi zależy, to okej, ale przed nim? Przed osobą, której zdanie nie jest nic wart?
Co gorsza to wcale nie pomagało. Gdy tylko na niego spojrzałam, nerwy mi przeszkadzały w uchwyceniu gitary i rozpoczęciu gry. Ciągle się wierciłam, co chyba doprowadziło do szału chłopaka.
-No zacznij w końcu grać! – wrzasnął oburzony chłopak – Bo za chwilę pomyślę, że ty nie umiesz tego zagrać!
-Umiem! – warknęłam – Potrzebuję czasu!
-Ciekawe, jak będzie reakcja szkoły, jak będziesz się tak ociągać – blondyn chyba specjalnie wydukał tę złotą myśl, żeby mnie wkurzyć. I zadziałało. Byłam tak bardzo zdenerwowana, że omal nie zniszczyłam akustyka. Zamiast tego od razu zaczęłam grać, chyba po to, żeby rozładować złość. David miał rację, to zniknęło. Pozostało tylko skupienie i muzyka.
Blondyn przez cały czas z uwagą wsłuchiwał się w dźwięki wytwarzane przez moją gitarę. Nie miałam pojęcia, dlaczego lekko się uśmiechał. Kiedy skończyłam grać, nie bez strachu na niego spojrzałam, chociaż ciągle próbowałam siebie przekonać, że jego zdanie w ogóle mnie nie interesuje. Desrosiers zamyślony przegryzł dolną wargę.
-Czegoś tak okropnego jeszcze nie słyszałem – westchnął ciężko. Momentalnie zrobiłam się czerwona na twarzy i już otworzyłam usta, żeby coś mu odpowiedzieć, ale wtedy Dave wybuchnął głośnym śmiechem – Twoja mina jest bezcenna! No przecież ja żartowałem! – poklepał mnie po ramieniu jak rasowego kumpla. Wciąż byłam wstrząśnięta jego reakcją. Nadal nie zamykałam ust – Grasz naprawdę nieźle. Może Slashem to ty nie jesteś i prędko nim nie zostaniesz, no ale przecież nie o to chodzi, prawda? – puścił mi oczko, co zdumiało mnie jeszcze bardziej – trochę się gubisz w rytmie, musisz w myślach sobie liczyć, ale jak trochę potrenujesz, to na konkursie zniszczysz wszystkich  - uśmiechnął się jeszcze szerzej. Otworzyłam buzię.
-A ty kim jesteś, znawcą jakimś? – prychnęłam z pogardą, chociaż w myślach sobie powtórzyłam jego porady, żeby je zapamiętać. On wpatrywał się we mnie swoimi wesołymi oczami, a potem powoli wyciągnął dłonie w stronę mojej gitary. Objęłam ją, patrząc na niego nieufnie. Nikomu nie dawałam do rąk mojej gitary, nawet mój ojciec wiedział, że nie może z niej korzystać.
-Przecież nie zrobię jej krzywdy – próbował mnie przekonać. Westchnęłam cicho i spojrzałam na instrument. Głos Davida wydawał mi się pewny, ale i tak mu nie ufałam – Spokojnie, uwierz mi, ja wiem, czym może być gitara dla człowieka – spojrzałam w jego piwne oczy i ujrzałam prawdę. Nadal z niewielkim wahaniem wyciągnęłam gitarę w jego stronę. Przez ułamek sekundy jeszcze ją trzymałam, zastanawiając się, czy dobrze ronię. Uznałam jednak, że on na to zasługuje, chociaż nie miałam pojęcia, za co.
-Cudo – wyszeptał Desrosiers, dotykając strun palcami. Wydawał mi się naprawdę onieśmielony tym, że w ogóle trzyma tę gitarę w dłoniach. Dopiero po chwili zaczął grać. Miałam wrażenie, że on zapomniał o mojej obecności, tak bardzo wczuwał się w muzykę. A ja nie wiedziałam, co on grał. Domyśliłam się, że to musiała być jego jedna z ulubionych piosenek. Zamknęłam oczy. Dźwięki były niesamowite. Mogłabym słuchać ich w nieskończoność i nigdy by mi się nie znudziły. On potrafił. On potrafił grać i to o wiele lepiej niż ja czy Bill.
-Niesamowite – wyszeptałam, gdy on przerwał brzdąkanie. Wyraźnie zaczarowana otworzyłam. Blondyn przez krótki moment patrzył na mnie, a potem ze smutkiem zwiesił głowę i znowu zaczął grać. Moje serce zaczęło szybciej bić. Dave wyraźnie stracił dobry humor, nie wiedziałam, dlaczego, ale zrobiło mi się go szkoda – Coś się stało? – zapytałam delikatnie. On tylko pomachał głową, dalej bawiąc się gitarą.
-Po prostu… Wspomnienia – uśmiechnął się krzywo – Tamta piosenka była dla mojej dziewczyny… - blondyn gwałtownie urwał, a potem szybko się poprawił - … mojej byłej dziewczyny.
Zadrżałam przestraszona. Przez cały czas myślałam, że Davidowi udało się z nią pogodzić, dlatego zaczął z powrotem przychodzić do mnie, żeby ćwiczyć tę matmę. Poczucie winy znowu dawało mi się we znaki. Cała ta afera na nas obu wpłynęła fatalnie. Tyle że ja ucierpiałam tylko na opinii, on utracił coś ważniejszego.
-Przepraszam – wymamrotałam cicho, wlepiając wzrok we własne palce. Katem oka widziałam jego twarz.
-Nie masz za co przepraszać – westchnął blondyn, przerywając grę – To już przeszłość, muszę nauczyć się z tym żyć – dodał słabo. Najwyraźniej mówiło się o tym znacznie łatwiej niż się czuło. Doskonale o tym wiedziałam, chociaż sama nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
-Naprawdę masz dobry sprzęt – zmienił szybko temat, zauważywszy zapewne, że oboje czujemy się niezręcznie, rozmawiając o jego byłej dziewczynie. Ze słabym uśmiechem wyciągnął instrument w moją stronę – Nie zmarnuj go.
Chwyciłam ją czując się, jakbym przejmowała już inną gitarę niż oddawałam w jego ręce. To było dziwne, bo ten akustyk wydawał mi się być jeszcze piękniejszy. Chyba dopiero wtedy poczułam magię muzyki. Zrozumiałam, że ją także można odkryć.
-Dobra, będę się zbierał – dodał za chwilę trochę nieswojo Dave, wstając. Otworzyłam usta, chcąc go zatrzymać, ale nie wiedzieć czemu, nie zrobiłam tego. Uznałam, że być może on nie ma już ochoty na moje towarzystwo. Po tym, co powiedziałam, wcale bym się nie zdziwiła. Westchnęłam cicho, przeklinając siebie w duchu i wstając, by odprowadzić blondyna do drzwi.
Aż do tego dnia nie poruszaliśmy tematu dziewczyny Dave’a i chyba nigdy więcej już go nie poruszymy. Kiedy otworzyłam oczy i uświadomiłam sobie, że to już dzisiaj, miałam ochotę zamknąć je z powrotem i zasnąć. Siłą woli zdołałam się powstrzymać. Zamiast tego zmusiłam się, żeby wstać i ubrać się. Śniadanie połknąć nie mogłam. Nerwy brały nade mną górę.
Jeszcze przed szkołą zastanawiałam się, czy na pewno chcę do niej wejść, postanowiłam jednak się przemóc. Wiedziałam, że to jest do pokonania, że ja mogę z tym zwyciężyć. Wszyscy się na mnie patrzyli, kiedy już znalazłam się w środku, zapewne przez gitarę, którą targałam na ramieniu. Chyba byli zaskoczeni. Starałam się nie zwracać na to uwagi, tak jak wczoraj powiedział mi Dave, ale to było cholernie trudne. Po raz pierwszy lekcje mijały mi tak szybko. Dwie pierwsze, które się odbywały skończyły się prawie w tym samym czasie, w którym się zaczęły. Dłonie coraz bardziej mi drżały. Wyskoczyłam z budynku szkoły, mając nadzieję, że Billowi uda się poprawić mój nędzny humor. Mojego chłopaka jeszcze nie było. Zdenerwowana zerknęłam na zegarek. Po raz drugi się rozejrzałam. Ludzie roześmiani i wyluzowani siedzieli na ławkach i śmiali się. Powoli zaczynałam żałować, że się na to wszystko zgodziłam. Czekałam do dzwonka, po dzwonku także. Obiecałam sobie, że bez niego nie przekroczę progu szkoły. Oczywiście uległam, kiedy David namawiał mnie do powrotu i obejrzenie występów. Na początku nie chciałam, wiedziałam, że nie dam sobie rady bez Billa. Blondynowi jakoś udało się przekonać mnie, że mój chłopak na pewno tutaj przyjdzie, że na pewno zjawi się w szkole. Za kulisami był taki bałagan, że nie mogłam znaleźć tam własnych myśli. Stanęłam z Davidem tak, żeby widzieć całe przedstawienie, chociaż tak naprawdę ono w ogóle mnie nie interesowało. Ciągle ze strachem rozglądałam się za osobami, które miały wystąpić. Wszyscy stroili głosy albo instrumenty. Nerwowo przełknęłam ślinę. On musiał przybyć na czas. No przecież by mnie nie wystawił… Nie on…
-David! – usłyszeliśmy za sobą ostry krzyk. 

*przed laty nie mogłam przestać tego słuchać :) https://www.youtube.com/watch?v=SGJAc7WY23w

środa, 5 marca 2014

PART XI

-Kate – usłyszałam za swoimi plecami pisk. Zatrzymałam się zaskoczona, ale nie zdążyłam się odwrócić, boi ktoś skoczył mi na plecy. Jęknęłam, przeczuwając, że za chwilę z mojego kręgosłupa nie pozostanie nic – Dziękuję! Dziękuję! – wrzeszczała dalej. Dosłownie w ostatniej chwili powstrzymałam się przed zatkaniem uszu.
-Za co? – odparłam zdumiona. Nadal do mnie nie docierało to, co się właściwie wydarzyło. Ona ściskała moją dłoń, omal nie powodując mojej śmierci.
-Umówił się ze mną! – krzyknęła tak głośno, ze ludzie stojący w pobliżu podejrzliwie nam się przyglądali. Ona tego nie zauważyła – Powiedział mi, że te plotki o tobie i o nim to nieprawda i  że zależy mu na tym, żeby ze mną się spotkać! Poprosił mnie o numer telefonu, rozumiesz?! – dziewczyna kilka razy podskoczyła z radością – To wszystko dzięki tobie! – ponownie mocno mnie uściskała – Powiedział, że to ty mu tyle o mnie opowiedziałaś! Dziękuję!
-Nie ma za co – odparłam, czując pustkę, przytulając ją i zastanawiając się nad jej słowami. Dopiero po ułamku sekundy uśmiechnęłam się. Zrozumiałam. To był plan bruneta. Przedstawił mnie w jak najlepszym świetle, byle tylko Amy uwierzyła w to, że między nami nic nie było. Zaczął naprawiać swoje błędy, co przyniosło mi ulgę. No i mojej przyjaciółce także. Tylko skąd on wiedział, że Amy tylko w taki sposób mi wybaczy? Zgadywał?
Nie miało to dla mnie znaczenia. Najważniejsze było to, ż e wciąż byłyśmy przyjaciółkami. Nadal przyzywano mnie na korytarzach, ale teraz, kiedy miałam Amy po swojej stronie, nie zważałam już na to tak jak przedtem. Dziewczyna w kółko trajkotała o Bouvierze i o tym, jaki  jest fantastyczny. Kiedyś miałam ochotę ją za to zabić, teraz mi to nie przeszkadzało. Nawet przyszło mi do głowy, że powinnam mu podziękować za to, że tak zmienił do mnie nastawienie mojej przyjaciółki. Westchnęłam cicho, obiecując sobie, że na następnej przerwie polecę do niego i podziękuję.
I tak tez zrobiłam. Po matematyce śledziłam Desrosiersa i Lefebvre , którzy zaprowadzili mnie do Pierre’a. Wiedziałam, ze przy chłopakach mogłam się czuć swobodnie, dlatego nie czekałam, aż jego kumple się rozejdą, co na pewno szybko by się nie wydarzyło.
-Dzięki, Pierre – uśmiechnęłam się do bruneta, który aż podskoczył, słysząc mój głos. Zachichotałam.
-Wiesz, że jak umrę na zawał, to pogrzebiesz nadzieje naszej szkoły na zdobycie międzyszkolnego pucharu w hokeju? - zagrzmiał chłopak, udając zdenerwowanego – Jestem głównym rozgrywającym! – przejechał dłonią po swojej czuprynie z niemałą dumą. Wraz z chłopakami wybuchnęliśmy głośnym śmiechem.  On tylko przewrócił oczami.
-Przepraszam, nie chciałam, żebyś wypadł z pierwszego składu – roześmiałam się – Chyba nadal w nim jesteś, co nie?
-Dopóki mi serce bije, to tak! – odpowiedział, nadal udając obrażonego i masując dłonią swoją pierś.
-dobra, to ja ładnie podziękuję za to, co zrobiłeś i już znikam, żeby przypadkiem nie pozbawić ciebie dyspozycji na mecz – zachichotałam. Już miałam się odwrócić, kiedy on się odezwał:
-Czyli podziałało? – w jego głosie usłyszałam znowu tę dumę.
-Podziałało – przytaknęłam z uśmiechem – Powiedziała, że to moja zasługa, że się z nią umówiłeś.
-Bo twoja! – zgodził się brunet, kiwając głową – Gdybyś nie wrzasnęła, że ona się we mnie zakochała, nigdy nie wpadłbym na to, żeby się z nią umówić.
-Niby tak – wzruszyłam ramionami, nieco zarumieniona – Ale to i tak w większości twoja zasługa, ze nasza przyjaźń przetrwała – uśmiechnęłam się szerzej w podziękowaniu. Pierre otworzył usta jakby chciał cos powiedzieć, ale zawiesił się, patrząc na mnie. Potem wzruszył ramionami jakby wszystko było mu jedno.
-No niech ci będzie – wyszczerzył się jak gwiazda – dzisiaj jestem bohaterem – oznajmił nieskromnie, za co oberwał z łokcia od Seba.
-Czasami popada w samouwielbienie, musimy to kontrolować-  wyjaśnił mi kolega z klasy, a stojący obok Jeff również przywalił biednemu brunetowi w żołądek.
-Jeszcze ja! – podskoczył ochoczo Dave, ze swojej pięści waląc brunetowi prosto w brzuch.
-Dobra, zrozumiałem! – krzyknął Bouvier, zanim Chuck zdążył podejść. Comeau jęknął cicho zniechęcony.
-Znowu nie zdążyłem! – zaczął marudzić, ale nikt go już nie słuchał.
-Widzisz, Kate?! – żalił mi się Pierre – I jak ja mam wystąpić na meczu?! Z takimi siniakami?! Oni się nade mną znęcają! Ja potrzebuję pomocy! – jęczał głośno.
-Jak będziesz dalej ględzisz, to oberwiesz jeszcze raz! – wrzasnął Jeff, a Chuck podskoczył z radością. Na jego nieszczęście brunet, udając przerażonego zamknął buzię i cofnął się o trzy kroki, uderzając plecami o ścianę. Widząc jego zabiedzoną minę, znowu się roześmiałem. W tym samym momencie zadzwonił dzwonek.
-Idę – pożegnałam się, obracając się na pięcie.
-Nie odchodź, kryształowa damo!  - usłyszałam błagalny głos bruneta. Odwróciłam głowę w jego stronę i wysłałam mu niewinny pocałunek.
-To ci pomoże przetrwać – zachichotałam, chociaż starałam się zachować powagę. Słyszałam jeszcze jego krzyk, ale już nie zareagowałam, domyślając się, że on najprawdopodobniej sobie żartuje. Tymczasem dopiero w klasie dotarło do mnie, że jego głos był poważny. Tylko czego on mógł ode mnie chcieć?
***
-Nawet sobie nie potrafisz wyobrazić, jak mi w tej chwili dobrze – wyszeptałam, przytulając się do Billa. Jego serce biło żwawo, dzięki czemu wiedziałam, że on czuje dokładnie to samo. Byłam w nim cholernie zakochana i nie wyobrażałam sobie życia bez jego objęć. – mam już dość tych wrzasków i oskarżeń – westchnęłam cicho. Miałam ochotę się przed nim wygadać, powiedzieć o Pierre’rze i o wszystkim, co mnie spotkało, ale wiedziałam, że to do niczego dobrego by nie doprowadziło. A pomimo wszystkich przykrości, które sprawili mi nieświadomie chłopaki, nie mogłam pozwolić na to, by którykolwiek z nich oberwał od mojego Billa. A wiedziałam, że mogłoby do tego dojść, gdyby on poznał prawdę.
-Na pewno jest tobie dobrze? – zapytał mój chłopak, w jego głosie usłyszałam nutkę wątpliwości.
-Na pewno – odparłam ciepło, uśmiechając się. On jednak mi nie uwierzył, wyczytałam to z jego oczu – Coś się stało? – zapytałam unosząc brwi do góry.
-To ja powinienem ciebie o to zapytać – on wlepił wzrok w trawę – Mam wrażenie, że coś ciebie gnębi.
Przegryzłam dolną wargę i spuściłam głowę. Starałam się nie myśleć o Pierre’rze i o tym, że okłamuję najdroższą mi osobę.
-Po prostu… W szkole ogłoszono taki konkurs – wymyśliłam na poczekaniu, zgrabnie omijając temat bruneta w taki sposób, że nie okłamuję Billa – I ktoś mi powiedział, że… miałabym szansę to wygrać – wymamrotała, rumieniąc się. Nigdy nie lubiłam się chwalić, chociaż mojemu chłopakowi mogłam powiedzieć wszystko.
-I to przez cały czas zajmuje tobie myśli? – roześmiał się mój towarzysz – Więc weź w tym udział i przestań się zadręczać.
-Daj spokój – prychnęłam – Nie wystąpię przed szkołą, choćbyś mnie torturował.
-Dlaczego? – zapytał zaskoczony Bill, wypuszczając mnie ze swoich objęć i wlepiając swój wzrok w moje tęczówki – Przecież potrafisz śpiewać, i to lepiej niż niejeden artysta. Powinnaś spróbować.
-Wiesz, że nigdy się na to nie odważę – westchnęłam – Nie widzę siebie na scenie. Ja nienawidzę zwracać na siebie uwagi – ze smutkiem wlepiałam wzrok w ziemię. On milczał, zapewne zastanawiając się, w jaki sposób mnie przekonać. Takiego sposobu nie było.
-Chcesz wystąpić – wyszeptał. Przez moment nie odzywałam się, zaskoczona jego wypowiedzią. Przytaknęłam. On miał rację, w głębi serca chciałam pochwalić się swoim głosem, bo to sprawiłoby, że ludzie przestaliby na mnie patrzeć wilczym wzrokiem. Z drugiej strony wiedziałam, że ja tego nie wytrzymam psychicznie.
-Tak, ale przecież ty wiesz, że gdybym to zrobiła, wszystko okazałoby się kompletną klapą.
-Nieprawda – upierał się przy swoim mój chłopak – Gdybyś w końcu uwierzyła w siebie, odniosłabyś ogromny sukces. Tylko musiałabyś uświadomić sobie, że to potrafisz. Proszę cię, weź w tym udział – spojrzał na mnie w taki sposób, że nie potrafiłam mu odmówić. Zadrżałam. Nie mogłam tego zrobić. Po prostu nie mogłam, ale jak mu to wytłumaczyć?
Wtedy do głowy wpadł mi pewien pomysł. Spojrzałam na niego, na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. On spojrzał na mnie, wyraźnie przestraszony, chyba już wiedział, że wpadłam na coś.
-Okej, wystąpię – zgodziłam się – Ale tylko pod jednym warunkiem – wystawiłam wyprostowany prosty palec przed jego nos.
-Aż się boję pytać, pod jakim – roześmiał się mój chłopak, chociaż w jego głosie wyczułam też sporo nerwów. Jeszcze szerzej się uśmiechnęłam.
-Wystąpisz razem ze mną.
Oczy Billa natychmiast się rozszerzyły, a chłopak wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem. Wpatrywałam się w niego z powagą. Bałam się, że mój genialny pomysł nie zdał egzaminu, przynajmniej na to wskazywałaby moja reakcja.
-ty żartowałaś, prawda? – zapytał ze łzami w oczach. Pokręciłam głową, nadal błagalnie na niego patrząc. Ale on zaprzeczył głową – Nie, skarbie. Zrobię dla ciebie wszystko, naprawdę wszystko, ale nie to. Zresztą ja pewnie nawet bym nie mógł…
-Mógłbyś! – przerwałam mu – W regulaminie napisano, że osoby spoza szkoły także mogą wystąpić! No proszę cię! – chwyciłam jego dłoń i zaczęłam delikatnie ją pieścić w nadziei, że jednak zmieni zdanie. I chyba moje błagalne spojrzenie pomogło, bo za chwilę on uległ. Poznałam to po jego charakterystycznym ciężkim westchnięciu.
-Okej… - wymamrotał niepewnie. Słysząc jego słowa, głośno zapiszczałam i rzuciłam się, by go przytulić. Teraz już byłam pewna na sto procent. Mam najcudowniejszego chłopaka pod słońcem. Bo któż inny zgodziłby się na coś takiego?
-Naprawdę?! – zapiszczałam piskliwie, mocno go przytulając – Naprawdę to zrobisz?!- jego mina była tak bardzo zmieszana, że przez moment pomyślałam, że jednak się rozmyślił. Na szczęście on to potwierdził.
-tylko przygotuj piosenkę, bo musze ją przećwiczyć – powiedział słabo, jakby za chwilę miał zemdleć. Jeszcze szerzej się uśmiechnęłam i chyba ten uśmiech trochę go rozpromienił. Niespodziewanie dla mnie porwał mnie w swoją stronę i położył na ziemię, całując gorąco. Jęknęłam z wyraźną przyjemnością, zaplatając dłonie w jego włosy. Uwielbiałam z nim wariować, nawet gdy tłum przygłupich ludzi gapił się na nas. To nas nie obchodziło, dla nas liczyliśmy się tylko my.  Cieszyliśmy się sobą i to w zupełności nam wystarczyło.
-Dziękuję – wyszeptałam, gdy tylko on oderwał usta od moich warg. Uśmiechnął się, a jego uśmiech zrobił się jeszcze cieplejszy niż był zazwyczaj.

-Kocham cię – odpowiedział czule. 

*troszeczkę Was zaniedbałam ostatnio, ale trochę dużo dzieje się w moim życiu. Obiecuję, że na następny part nie będziecie czekać tak długo! :d

wtorek, 18 lutego 2014

PART X

-Co zrobiłeś?! – zapytał niedowierzająco blondyn, łapiąc się za głowę – te plotki to prawda?
Pierre spuścił nisko głowę, przegryzając dolną wargę. Najwyraźniej przyjaciołom wciąż jeszcze nie powiedział o tym, co się wczoraj wydarzyło. Twardo się w niego wpatrywałam. Brunet chyba nie wiedział, co powiedzieć. Za to chłopaki już znali odpowiedzi na te pytania.
-Ciebie od reszty pogrzało?! – pytał załamany Chuck – Pierre, co ci strzeliło do głowy?!
-To nie tak miało wyglądać – Bouvier schował twarz w dłoniach, wyraźnie zmieszany. Wszyscy się w niego wpatrywaliśmy, żądając wyjaśnień. Za chwilę brunet się wyprostował i spojrzał na nas przepraszająco – Chciałem tylko jakoś pomóc Davidowi.
-W jaki sposób? – warknęłam – Całując się ze mną?
-Wiecie co może zniszczyć plotkę? – spojrzeliśmy na niego pytająco, całkiem zaskoczeni tak niespodziewanym pytaniem. On szeroko się wyszczerzył – Jeszcze silniejsza plotka.
Nasze oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Mimo że nie miałam ochoty tego robić, w duchu musiałam przyznać mu rację. Tylko wciąż nie miałam pojęcia, jaki to ma związek ze mną i z tym, co wydarzyło się wczoraj.
-To proste – brunet wzruszył ramionami – Pocałowałem Kate z nadzieja, że ktoś ten pocałunek zobaczy i roześle plotkę, że jesteśmy razem. Wtedy Dave bez problemu by się pogodził z dziewczyną. Ale chyba trochę się pomyliłem w ocenie sytuacji – wydukał zaróżowiony brunet, wlepiając wzrok w podłogę. 
-trochę?! – warknęłam – Trochę?! Człowieku, ty zrujnowałeś mi życie! Teraz wszyscy myślą, że ja jestem podłą suką i obracam wokół palca dwóch najlepszych kumpli! A moja przyjaciółka ma ochotę mnie zastrzelić, bo całowałam się z chłopakiem jej marzeń! –  warknęła, jakimś cudem opanowując swoje emocje.
-Z chłopakiem marzeń?- Pierre znacząco uniósł brwi do góry. Zacisnęłam pięści, siłą powstrzymując się, by go naprawdę nie uderzyć.
-Tak! – wrzasnęłam – Tak, z tobą! Przez to wszystko ona myśli, że zrobiłam jej na złość i że teraz naprawdę jesteśmy razem! W ogóle się do mnie nie odzywa, nawet nie chce na mnie patrzeć! Nie wiem, jak ty to zrobisz, ale dla swojego własnego dobra lepiej wyprostuj te plotki!
-Okej – wymamrotał zamyślony brunet – Zrobię, co w mojej mocy – wyraźnie widziałam poczucie winy na jego twarzy, ale mnie nie obchodziło to, że on żałował. W myślach tylko jedno mi się kręciło: żeby to wszystko jakoś się ułożyło, a ten koszmar szybko się skończył. Nie obchodziły mnie jego uczucia. Z zadowoleniem pokiwałam głową.
-A skoro już tak sobie szczerze rozmawiamy… - obróciłam się na pięcie do Davida – Ja mam nadzieję, że ty w domu ćwiczysz matmę – zapytałam blondyna, chociaż spodziewałam się negatywnej odpowiedzi.
-Eee… - Desrosiers zawahał się, zerkając na swoich kumpli – Jakoś ostatnimi czasy nie miałem do tego głowy – wymamrotał prawie niedosłyszalnie. Westchnęłam cicho.
-Więc lepiej zabierz się do roboty, bo nie zamierzam za ciebie oberwać! – warknęłam, obracając się na pięcie. Dopiero wtedy zauważyłem, że korytarze są puste, co oznaczało, że dzwonek już dawno musiał zadzwonić. Uderzyłam się w czoło. No tak, teraz jeszcze spóźnienia mi brakowało. I tego, by cała klasa zobaczyła, jak wpadam do środka z moimi „przyjaciółmi”. Jęknęłam, przeczuwając, że jednak to wszystko szybko się nie skończy. Przeklęłam siebie w duchu. Czy ja musiałam wsiąść na deskę tego Desrosiersa?
***
Do końca lekcji właściwie nic się nie zmieniało oprócz tego  ze coraz więcej ludzi zaczęło nazywać mnie obraźliwe. Przez cały czas to ignorowałam z nadzieją, że brunet niedługo zacznie działać. Tymczasem jemu chyba się nie śpieszyło. Nie widziałam żadnych śladów, które wskazywałyby na to, że zaczął robić coś w tym kierunku. Gdybym nie miała dość tej szkoły, to na pewno bym go znalazła i wysuszyłabym mu głowę. Ale już byłam tym wszystkim tak bardzo zmęczona, ze gdy tylko usłyszałam dzwonek, kończący zajęcia, rzuciłam się w stronę domu.
Tam oczywiście udawałam, że wszystko jest w porządku. Grzecznie zjadłam obiad i schowałam się w swoim pokoju. Chwyciłam książkę od geografii i próbowałam zrozumieć coś ze słów, które przelatywały mi przed oczami. Ale niestety nie potrafiłam skupić się na nauce, przez cały czas myślałam o słowach Pierre’a. Po upływie połowy godziny uznałam, że to udawanie nie ma sensu i porzuciłam podręcznik. Zaczęłam intensywnie myśleć nad innym zajęciem, które zajęłoby mi myśli. W oczy rzuciła mi się gitara. Z powodu lepszego pomysłu chwyciłam ją, chociaż z pewnym wahaniem. Nie grałam na gitarze już od bardzo dawna, co martwiło mojego tatę.
Nawet nie zauważyłam, kiedy ten czas minął, nie usłyszałam cichego skrzypnięcia drzwi, gdy on wchodził, więc nie miałam pojęcia, jak długo siedział, wsłuchując się w moją grę. Dopiero gdy się odezwał, ja podskoczyłam przestraszona i zrozumiałam, że nie jestem sama. On podsumował to śmiechem.
-Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.
-Okej, okej – odparłam, chwytając się za serce. Powoli moja twarz zaczynała nabierać buraczkowego koloru przez wstyd. Wlepiłam wzrok w moją gitarę. On na pewno słyszał jak gram. A nie powinien. Nikt nie powinien tego słyszeć.
-HEEEJ! – Dłoń blondyna pomachała mi przed twarzą. Po raz kolejny podskoczyłam, tym razem dodatkowo uderzyłam głową w ścianę – ty mnie słuchasz w ogóle?! – zapytał zdenerwowany.
-Nie – odparłam prosto z mostu, łapiąc się za bolącą część głowy i zamykając oczy, by ulżyć sobie w cierpieniu. Zamiast tego wybuch śmiechu Davida pozwolił mi na chwilę zapomnieć o bólu. Szybko uniosłam powieki do góry, patrząc na niego pytająco.
-ty jesteś naprawdę… - przerwał, poszukując zapewne odpowiedniego słowa – Prosta – dodał z dumą.
-chyba szczera – odparłam nieco opryskliwie. On pokiwał głową, zgadzając się.
-to też – odparł on. Odniosłam wrażenie, że on po prostu nie chce się ze mną sprzeczać – kiedyś zrozumiesz – wzruszył ramionami, odpowiadając na moje pytające spojrzenie – Pytałem cię wcześniej, czy zamierzasz wystąpić na szkolnych talentach.
-Na czym? – zapytałam głupio – O co ci chodzi ? – przymrużyłam oczy.
-to ty nic nie wiesz? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie zdumiony blondyn. Zaprzeczyłam głową – w sumie to ty chyba nie miałaś dzisiaj głowy na patrzenie na tablice ogłoszeń. Z okazji tego święta szkoły, o którym wszyscy tak trąbią, zorganizowano konkurs… czekaj, jak oni to określili? – podrapał się po głowie – Wokalno-instrumentalny. Każdy może wziąć w nim udział.
-Aha – odparłam. W ogóle nie byłam zainteresowana takim czymś. Chwyciłam swoją gitarę i odłożyłam ją w kąt, gdzie zwykle stałą, a potem wróciłam na swoje miejsce, siadając tuż obok podnieconego blondyna.
-I co o tym myślisz? – zapytał. Spojrzałam na niego, w ogóle nie zrozumiałam tego pytania.
-Nic – odparłam, wzruszając ramionami.
-Jak to nic?
-No po prostu nic! Jak jest ten konkurs, to niech sobie będzie. Mi on nie przeszkadza.
-Nie to miałem na myśli – odpowiedział zmęczony naszym niezrozumieniem blondyn – chciałem wiedzieć, czy weźmiesz w nim udział.
Odwróciłam się do niego, a widząc, że wcale nie żartuje, wybuchnęłam głośnym śmiechem. On wcale nie podzielał mojego poczucia humoru, wręcz przeciwnie, chyba zastanawiał się, dlaczego się śmieję.
-Nigdy - powiedziałam twardo, gdy już się uspokoiłam. On tylko jęknął cicho.
-Dziewczyno, ty masz talent! – krzyknął Desrosiers jakby nie rozumiał mojej decyzji – Dlaczego nie chcesz się nim  dzielić?
-Nie twoja sprawa – prychnęłam – ty w ogóle nie powinieneś słyszeć mojej gry! Kto ci pozwolił tutaj wejść?
-twoja mama – wyszczerzył się blondyn – Uznała,,  że już znam drogę do twojego pokoju na tyle dobrze, że  nie musi mnie odprowadzać. Ale to tak swoją drogą. Nie rozumiem ciebie. Masz niesamowitą barwę głosu. Gdybyś zgodziła się wystąpić, miałabyś wygraną w kieszeni.
-Ale nie wystąpię – odparłam sucho, gapiąc się na półkę ze swoimi płytami.
-Ale dlaczego? – gnębił dalej ten temat blondyn, powoli jego ciekawość zaczynała doprowadzać mnie do szału.
-Bo chcę ci zrobić na złość – warknęłam. Co gorsza on w ogóle się tym nie przejął, tylko zachichotał cicho.
-Wiec jeśli powiem, że nie chcę, abyś wystąpiła, to wystąpisz? – zapytał z udawaną nadzieją, chociaż już znał odpowiedź. Prychnęłam cicho, wstając i ruszając w stronę biurka. Chyba chciałam uniknąć jego wzroku, chociaż wiedziałam, ze on nie ma szans, by mnie pokonać w słownej potyczce. Pochyliłam się nad swoją szafką i zaczęłam szperać w poszukiwaniu książki od matematyki. Blondyn milczał, najwyraźniej myślał nad innym sposobem przekonania mnie do wzięcia udziału w konkursie.
-Kate, ty masz dużą szansę, żeby to wygrać… - zaczął znowu, ale szybko mu przerwałam.
-David, nie. Nie rozumiesz? Nie wezmę udziału w tym twoim głupim konkursie! – warknęłam, rzucając masę książek na biurko, które głośno zatrzeszczało. Desrosiers podskoczył ze strachu, ale gdy spojrzałam na niego znacząco, odważnie usiadł przy biurku. Podczas naszej nauki jeszcze kilkakrotnie dyskretnie zmieniał temat na ten konkurs. W końcu dał sobie spokój, chyba zauważył, ze za chwilę wybuchnę, jeśli on jeszcze raz wspomni o tym. Jeszcze kiedy wychodził, napomknął o konkursie, prosząc mnie, żebym to przemyślała.
I właściwie ten konkurs nie mógł wylecieć mi z głowy przez całą noc. Nie miałam pojęcia, dlaczego to tak bardzo głęboko się we mnie zagnieździło, w końcu byłam pewna, że nie wezmę w nim udziału. Nigdy nie nadawałam się do występów publicznych. Nie lubiłam stać na scenie a tym bardziej śpiewać na niej i na oczach całej szkoły. Nigdy nie odważyłabym się na taki krok.
A jednak, gdy tylko rano dotarłam do szkoły, od razu popędziłam ku tablicy ogłoszeń, przy której zgromadziła się już spora grupa. Jakoś dopchałam się do plakatu i szybko przeczytałam regulamin. Zatrzymałam się przy punkcie, który mówił o0 tym, że można korzystać ze wsparcia osób z zewnątrz. Ze zmarszczonym czołem wyślizgnęłam się z wrzeszczącego tłumu. Ruszyłam w stronę klasy zamyślona, nie miałam pojęcia, dlaczego ta sprawa tak bardzo mnie interesuje. Zaczęłam wmawiać sobie, że przecież ja tylko przez przypadek przechodziłam obok i kątem oka zerknęłam na tę tablicę.
-Kate – usłyszałam za swoimi plecami pisk. Zatrzymałam się zaskoczona, ale nie zdążyłam się odwrócić, boi ktoś skoczył mi na plecy. 

poniedziałek, 10 lutego 2014

PART IX

-Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęłam głośno, rozglądając się przerażona – Pierre, do reszty cię pogrzało?
-Ja… Ja tylko… - brunet głośno przełknął ślinę. Był tak bardzo przestraszony tym co zrobił, że aż drżał. Cofnęłam się o dwa kroki. Nie wiedziałam, dlaczego, nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania. I nie miałam pojęcia, czy chcę to wiedzieć – Przepraszam – wymamrotał bezbarwnie – Myślałem, że… No… Poniosło mnie.
-Pierre! – zapiszczałam – Ja mam chłopaka! Zresztą między nami i tak nic nigdy by nie zaiskrzyło, rozumiesz?! – podkreśliłam twardo- Ja nic do ciebie nie czuję! Nasz związek nie miałby sensu.
On bardzo nisko spuścił głowę i wyraźnie posmutniał. Chyba dotarło do niego to, co miałam na myśli. Westchnęłam cicho. Naprawdę nie chciałam go ranić, ale czy ja miałam inne wyjście? Nie mogłam zaczynać nowego związku, szczególnie z tego powodu, że nic do niego nie czułam.
-Okej – wymamrotał cicho – Okej, rozumiem… I… Przepraszam – on próbował się do mnie zbliżyć, ale odskoczyłam. Tak, bałam się. Bałam się jak jasna cholera.
-Chyba lepiej będzie, jak sobie stąd pójdę - powiedziałam, odwracając się na pięcie.
-Za… - próbował mnie zatrzymać, ale ja tylko potrząsnęłam głową.
-Pierre, ja potrzebuję czasu – westchnęłam, oddalając się od niego – Nie miej mi tego za złe, dobra? – dodałam z nutką nadziei i chociaż nie usłyszałam odpowiedzi, czułam, ze jest pozytywna. Nie zwracając uwagi na jadące po ulicy samochody przeszłam przez ulicę. Serce waliło mi jak oszalałe. Przełknęłam ślinę. To co ostatnio działo się w moim życiu, to jedna wielka komedia, a raczej horror. O co w tym wszystkim chodziło? Dlaczego ja wpadłam w takie bagno? Zacisnęłam pięści. Miałam nadzieję, że nikt nas nie zobaczył, bo inaczej… Moje oczy wypełniły się łzami. Szybko je otarłam, powtarzając sobie, że jestem silną babką, a silne babki nie płaczą.
Ważne, żeby mój chłopak o niczym się nie dowiedział. Zabiłby Pierre’a. Dosłownie. Jego nerwy nie mogłyby strawić tego, że ktoś inny poza nim odważył się mnie całować. Przegryzłam dolną wargę. Moje myśli wirowały mi po głowie. Modliłam się, by to wszystko, co miało przed chwilą miejsce, na zawsze pozostało tajemnicą. Wiedziałam, ze to będzie trudne. Wzięłam głęboki wdech. Byle tylko nie pisnąć słówkiem…
***
Jeśli spodziewałam się, że koszmar, przez który ostatnio przeszłam, następnego dnia zmaleje, myliłam się. W ogóle nie miałam ochoty tam iść i chyba dobrze bym zrobiła, gdybym jeden dzień sobie odpuściła. Z drugiej strony to byłaby ucieczka, a ja zawsze wolałam stawać oko w oko z problemem i go pokonać. Tym razem to było po prostu niemożliwe.
Od samego początku przeczuwałam, ze w tych spojrzeniach jest coś gorszego niż we wczorajszych. Mimo to nadal szłam przez korytarz z dumnie uniesioną głową. Nie zamierzałam pokazywać innym, że obchodzą mnie ich plotki na temat mnie i Desrosiersa. Ale to niepokojące uczucie dawało mi się we znaki. Jakimś cudem dotarłam do swojej szafki. Z daleka widziałam tę kartkę z napisem „dziwka!”. Udałam, ze w ogóle się tym nie przejmuję. Przełknęłam głośno ślinę, zrywając tę kartkę i gniotąc ją na oczach kilkunastu kolegów i koleżanek. Olałam to wszystko, chociaż serce łomotało mi mocniej. Szybko otarłam łzy z oczu tak szybko, by nikt ich nie zauważył i zaczęłam pakować książki do torby, zastanawiając się, kto mógłby napisać mi tak bardzo obraźliwą wiadomość. Wierzyłam w to, że jednak nie chłopaki, nie mam pojęcia, dlaczego. To musiał być ktoś inny.
Nadal się nad tym zastanawiałem, kiedy już usiadłem w swojej ławce, oczekując na dzwonek i swoją przyjaciółkę. Dzwonek usłyszałam kilka minut później, ale jej ciągle nie było. Weszła na samym końcu, zaraz za nauczycielką. Odetchnęłam z ulgą, ale tylko na chwilę. On nie skręciła w stronę naszej ławki. Usiadła za to tuż przed samą nauczycielką, w ławce, którą przeklinali wszyscy. Ze zdumieniem się jej przyglądałam, ona jednak nie zwracała na mnie żadnej uwagi. powoli zaczynałam się niepokoić. To wszystko robiło się coraz bardziej zagmatwane. O co do jasnej cholery chodzi tym razem?
Kiedy tylko dzwonek zabrzęczał po raz kolejny, ja zdążyłam zaledwie wstać i na nią spojrzeć. Ona już leciała w stronę drzwi. Chwyciłam książki i torbę , a potem pobiegłam za nią. Wciąż miałam ją na oku, ale szanse na jej dogonienie były minimalne, żeby nie powiedzieć: żadne. Mimo to nie poddawałam się. I podjęłam dobrą decyzję, bo w pewnym momencie ona wpadła na kogoś i się przewróciła.
-Nic ci nie jest? – zapytałam trochę przestraszona, pomagając jej wstać. Jednak dziewczyna, gdy tylko usłyszała mój głos, od razu porzuciła moją pomoc i sama wstała. Bez słowa się odwróciła i odeszła. Przez moment się nie poruszałam, zaskoczona tym wszystkim.
-Zaczekaj! – dogoniłam ją szybko i chwyciłam Amy za ramię. Wyszarpała się.
-Zostaw mnie! – zaprotestowała głośno. Spojrzałam na nią rozszerzonymi oczami. W ogóle nie spodziewałam się takiej reakcji ze strony przyjaciółki. Wtedy zauważyłam, że ona płakała.
-Amy, co się stało? – zapytałam delikatnie, nadal dotrzymując jej kroku. Ona chyba jednak nie zamierzała mi dopowiedzieć, już wiedziałam, że przyjęła metodę ignorancji – No Amy! – warknęła,, próbując zmusić ją, by wyjaśniła mi, co się tutaj dzieje – Amy! – wkurzyłam się. Zatrzymałam się, zmuszając ja, by także przystanęła. Spuściła głowę nisko, chyba nie chciała na mnie spojrzeć. Zacisnęłam mocniej pięści. Powoli zaczynało wkurzać mnie to milczenie.
-Amy, no co ty, bachor jesteś? – warknęłam, trzęsąc jej ciałem – Wytłumacz mi, o co ci chodzi! – rozkazałam.
-O co mi chodzi?! – zapiszczała histerycznie dziewczyna, podnosząc głowę do góry i wpatrując się we mnie ze złością – O Bouviera mi chodzi! – wrzasnęła, uznając, ze tyle mi wystarczy i wymijając mnie. Przez krótki moment po prostu stałam, gapiąc się w powietrze, zaskoczona tym, co przed chwilą usłyszałam. Wtedy to wszystko zrozumiałam. Te spojrzenia i tę głupią kartkę. Oni wszyscy myśleli, że ja kręciłam z Davidem i Pierre’em bez wiedzy chłopaków. I co gorsza Amy uwierzyła w to, że podwalałam się do Bouviera.
-Amy! – na szczęście szybko udało mi się ją dogonić – Amy, pomiędzy mną a Pierre’em niczego nie było! Wiesz, że nienawidzę ich prawie tak bardzo jak Desrosiersa!
-I co? – ona krzywo się uśmiechnęła – Tak bardzo ich nienawidzisz, że obu obróciłaś sobie ich wokół palca!
-Przestań pleść te głupoty! – warknęłam – To wszystko jakieś głupie plotki!
-Tak?! – krzyknęła ona, zatrzymując się gwałtownie i obracając głowę w moją stronę – Więc przyrzeknij mi, że ty i Pierre nigdy się nie całowaliście! – oskarżycielsko wskazała na mnie palcem. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie mogłam. Nie potrafiłam skłamać, bo gdybym jej to przyrzekła, to nie powiedziałabym prawdy. Amy przez moment wpatrywała się we mnie z nadzieją, potem jej oczy wypełniły się łzami. Spuściłam nisko głowę.
-Wiedziałam… - wyszlochała – a ja tobie o wszystkim mówiłam, błagałam cię o jego numer… Ja ufałam tobie… powiedz… Tak zachowują się przyjaciele? – wysyczała mi prosto w twarz. Czułam się jakby moje serce zostało rozjechane na środku drogi. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Ona tylko prychnęła. Miała ochotę napluć mi na twarz, bo zrobiła taki ruchu jakby chciała to zrobić, ale powstrzymała się. Ruszyła dalej, wymijają c mnie po drodze.
-To nie tak jak myślisz… - wydusiłam z siebie, gdy przechodziła obok.
-Całowałaś się z chłopakiem, o którym ja śnię każdej nocy! – wyszlochała – Mnie tyle wyjaśnień wystarczy.
Wiedziałam, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Ona była już w takim stanie, że nic nie mogłam jej już wytłumaczyć. Zadrżałam, rozglądając się wokół. Wszyscy się na mnie gapili. Olałam to tak samo jak olewałam wszystko. Przegryzłam dolną wargę. Musiałam coś zrobić. Musiałam ratować naszą przyjaźń, która powoli zaczynała się rozpadać. Kątem oka zerknęłam na plan lekcji. Już wiedziałam, gdzie muszę biec. Złość coraz bardziej przejmowała nade mną kontrolę. Gdy go zobaczyłam, moje nerwy puściły wodze. Nie zważając na nic wokół, poleciałam do bruneta i zaczęłam tłuc pięściami jego klatkę piersiową. Pierre próbował mnie uspokoić, ale chyba nie był zaskoczony moim zachowaniem. Ktoś złapał mnie za ręce i siłą próbował odciągnąć od niego. Ciągle kopałam, wrzeszczałam i wierzgałam się, dopóki nie zrozumiałam, że to bez sensu.
-Przez ciebie straciłam przyjaciółkę – warknęłam. Chłopaki na wszelki wypadek nadal mnie trzymali. Powoli emocje zaczęły się ze mnie ulatniać. Pierre nadal wpatrywał się we mnie ze spokojem, ale chyba bał się do mnie zbliżyć. Nie odezwał się. Wiedziałam, że próbuje szybko przemyśleć moje słowa.

-Przez to że wczoraj ciebie pocałowałem? – domyślił się. Pokiwałam głową. Seb, Chuck, Jeff i Dave spojrzeli na nas wyraźnie zaskoczeni. Byli tak bardzo zaszokowani, że aż mnie puścili. Ja jednak nie zamierzałam już nikogo atakować. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

PART VIII

-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos. Głos który znałam. Głos który należał do chłopaka – Przestań Kate, przecież nie zrobię ci krzywdy!
Szybko przeanalizowałam swoją sytuację i uznałam, że rzeczywiście z jego strony nic mi nie grozi. Westchnęłam cicho i ze spuszczoną głową opuściłam swoją kryjówkę.
-To toaleta dla dziewczyn – podkreśliłam delikatnie.
-Wiem – odparł on spokojnie – No ale skoro nie chcesz z niej wyjść, to ja muszę do ciebie przyjść. Chciałem pogadać.
Zapadła głęboka cisza. Po mojej głowie błądziło milion przeróżnych myśli. Niby o czym brunet chce ze mną gadać? Po tym, co przez nich przeżywałam, nie powinnam w ogóle dawać mu dojść do głosu. Otworzyłam usta, ale akurat wtedy zadzwonił dzwonek. Zadrżałam. A ja przez cały czas myślałam, że dzwonek już dawno zadzwonił.
-Muszę spadać – westchnąłem cicho, ciesząc się w duchu, że ominę tę rozmowę. Zaraz jednak mina mi zrzedła. Powoli ruszyłam w stronę drzwi. Znowu czekała mnie konfrontacja z tymi przygłupimi ludźmi. Pierre ciągle się nie ruszał.
-Przecież ty nie chcesz tam iść – powiedział cicho, kiedy go wymijałam. Zatrzymałam się gwałtownie.
-To, czy tego chcę czy nie, nie ma żadnego znaczenia – odparłam sucho – To mój obowiązek.
-Od obowiązków też powinno się odpoczywać  - brunet się uśmiechnął – A ty to już na pewno masz prawo do odsapnięcia. 
Przegryzłam dolną wargę, wahając się jeszcze przez moment ,ale uznałam, że on ma rację, że po tym wszystkim jedna lekcja różnicy nie zrobi. Wzruszyłam ramionami i powoli obróciłam się w jego stronę.
-To co, pogadasz ze mną? – zapytał z nadzieją.
-Tutaj? – zapytałam głupio. On głośno się roześmiał, a potem ruszył w stronę okna.
-No tak, to chyba nie jest najlepsze miejsce – zachichotał, otwierając okno. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. On chyba nie chciał… ? – Zawsze zazdrościłem dziewczynom, że mają tutaj kible – mówił dalej – Jeśli chcesz wyskoczyć z naszego przez okno, musisz potem się czołgać, bo są okna klas. Wy możecie spokojnie zwiewać.
-Pierre! – krzyknęłam ostro – Ty chyba nie myślisz, że ja…
-Ja nie myślę – roześmiał się brunet – Ja jestem tego pewien. Pytanie tylko czy wolisz iść pierwsza czy druga.
-Druga! – zapiszczałam, chociaż wciąż nie byłam pewna, czy w ogóle chcę gdziekolwiek się ruszać, zwłaszcza w taki sposób. Pierre wzruszył ramionami i wskoczył na parapet. Wyciągnął dłoń w moją stronę, ale ja, trochę przestraszona, tylko pomachałam głową. On złapał się za czoło i westchnął ciężko.
-No dobra, jak chcesz – odparł lekkodusznie – Nie będę do niczego ciebie zmuszał.
Brunet odwrócił się i puściwszy się ramy okna skoczył na dół. Zapiszczałam cicho, zasłaniając sobie usta dłonią. Przez moment stałam w bezruchu, kiedy jednak usłyszałam wesoły głos Bouviera, odetchnęłam z ulgą. Teraz przyszła kolej na mnie. Zacisnęłam pięści. Przecież nie mogłam teraz stchórzyć. Co on by wtedy sobie o mnie pomyślał? Zacisnęłam pięści, zbliżając się w stronę okna. Powoli wspięłam się na górę. Nie szło mi to tak sprawnie jak Pierre’owi, on miał większe doświadczenie. Ale i tak byłam zaskoczona swoim szybkim tempem. Brunet chyba też. Przez cały czas stał na dole i szczerzył się w moją stronę. Wydawał mi się naprawdę mały. Przełknęłam cicho ślinę. Zakręciło mi się w głowie, ale na szczęście jakoś zdołałam utrzymać równowagę.
-Skacz! – pośpieszał mnie cicho Bouvier jakby bał się, że ktoś tu za chwilę przyjdzie i nas zobaczy. Zaprzeczyłam nerwowo głową – No dawaj! To trwa ułamek sekundy! No przecież…
Dalszych jego słów nie słuchałam, za to pospieszyło mnie szarpnięcie klamki. Zbladłam nieco, przesadnie panikując. Niewiele myśląc nad tym, co robię, puściłam się ramy i ku zdziwieniu chłopaka oraz własnemu, skoczyłam. Zamknęłam oczy, czując jak lecę. Na ułamek sekundy moja pamięć się zresetowała, wszystkie moje myśli zniknęły. Nie wiedziałam, kim jestem, nie wiedziałam, co tutaj robię. Dopiero gdy wylądowałam w ramionach zdezorientowanego bruneta, pamięć do mnie wróciła. Przez moment się nie poruszałam, za chwilę jednak jak poparzona od niego odskoczyłam. Zanim cokolwiek zdążyłam wyjaśnić, chwyciłam jego dłoń i biegiem zaczęłam uciekać w stronę płotu. On chyba już się zorientował, o co chodzi, bo mnie wyprzedził.
-Dasz radę przeskoczyć przez płot? – zapytał, chyba wątpiąc w moje fizyczne umiejętności. Prychnęłam cicho pod nosem, srogo na niego spoglądając.
-No jasne! – warknęłam, chociaż kiedy zbliżaliśmy się w stronę płotu, zaczęłam w to wątpić. Nie był duży, ale przeciętniak z wuefu nie miał z nim szans. Zacisnęłam pięści. Nie miałam czasu na myślenie o tym, co ja najlepszego wyprawiam. Zamknęłam oczy. Dokładnie w tym samym momencie co brunet odbiłam się od ziemi.  To był chyba pierwszy w życiu taki skok i mam nadzieję, że ostatni. Bo chociaż wszystko poszło po mojej myśli i za chwilę wylądowałam na ziemi, to jeszcze nigdy się tak nie bałam. Teraz pozostawało nam do pokonania tylko trawiaste wzgórze, na którym mieściła się nasza szkoła. Biegliśmy z niego tak szybko jak się tylko dało. Koniec końców potknęłam się o jakiegoś kamienia i przekoziołkowałam. Po krzyku Pierre’a poznałam, że musiało to wyglądać okropnie. Ja sama płakałam i śmiałam się na zmianę, bo bardzo bolało mnie ramię.
-Ni ci się nie stało? – przestraszony brunet był już obok mnie. Spojrzałam na ramię, było całe we krwi.
-Chodźmy lepiej do pielęgniarki – wymamrotał niespokojnie brunet, pomagając mi wstać. Spojrzałam na niego ostro. Zadrżał.
-Nie po to stamtąd uciekałam, żeby teraz wracać – warknęłam – To nic takiego.
-a zakażenie…. – zapytał niepewnie brunet, z niepokojem się rozglądając.
-Pieprzyć zakażenie! – wrzasnęłam, zbiegając w dół ze śmiechem. On przez moment się we mnie wpatrywał, a potem szybko mnie dogonił. Razem zwolniliśmy i przeskoczyliśmy przez barierki, które oddzielały chodnik od wzgórza. Powoli szliśmy w stronę centrum, Pierre ściskał w dłoni swoją deskę, ale chyba domyślił się, że już nie mam ochoty na niej eksperymentować.
-Jeszcze nigdy nie zrobiłam tak szalonej rzeczy! – krzyknęłam wesoło, uświadamiając sobie, że właśnie zwiałam z lekcji, co jeszcze przed kilkoma dniami nie przeszłoby mi przez myśl. Pierre uśmiechnął się, spoglądając kątem oka na mnie. Wychwyciłam to, chociaż nie byłam pewna, czy on tego chce.
-Nie poznaję ciebie – roześmiał się – Przestałaś przypominać kujonkę.
Miałam odpowiedzieć, że teraz nią nie byłam, bo wolność uderzyła mi do głowy. Zrozumiałam, że jestem wolnym człowiekiem, że nie podlegam żadnym głupim regulaminom i że to ja decyduje o swoim życiu, ja ustalam jego zasady. I mogę robić, co tylko chcę.
-Kujon też człowiek – odparowałam – czasami też chce się wyluzować.
-Z ciebie to nawet równa babka, jak się z tobą gada w cztery oczy – wyszczerzył się brunet – gdybyś jeszcze od czasu do czasu panowała nad swoimi nerwami…
-Czego chcesz od moich nerwów? – warknęłam ostro, od razu wywołując na twarzy Bouviera jeszcze szerszy uśmiech.
-Właśnie o tym mówiłem! – zachichotał. Zmarszczyłem brwi, wlepiając wzrok w chodnik. Rzeczywiście czasami nie kontrolowałam swojej złości, co tak bardzo bawiło Desrosiersa i jego spółkę. Oni wprost bawili się moimi nerwami.
Dopiero teraz to sobie uświadomiłam.
-Kate… - wymamrotał cicho Pierre, ale szybko przerwał. Milczał, wlepiając wzrok w chodnik. Wyraźnie czymś się denerwował. Próbowałam zachęcić go spojrzeniem, co chyba pomogło, bo za chwilę wydusił z siebie kolejne słowo – Słuchaj… - przegryzł dolną wargę, a potem machnął dłonią lekceważąco – Słuchaj, ty i Dave… Między wami nic nie  było, prawda? – tym razem zapytał prosto z mostu. Przez moment miałam ochotę walnąć go z całej siły, tak mocno, żeby wybić mu z głowy te głupią myśl. Ale zaraz po tym przypomniałem sobie o swoich nerwach, nad którymi musiałam nauczyć się panować. Zamknęłam oczy i odetchnęłam trzy razy.
-Ja i David to jakaś paskudnie niemiła plotka – wysyczałam przez zaciśnięte zęby – tego nie ma, nie było i nigdy nie będzie, rozumiesz? – spojrzałam na bruneta. Nie mogłam nie zauważyć na jego twarzy ogromnej ulgi, chociaż próbował ją ukryć – Czekaj, czekaj… Ty myślałeś… - wybuchnęłam głośnym śmiechem, nawet nie kończąc rozpoczętego zdania. Śmiałam się tak głośno, że aż musiałam się zatrzymać, bo nie byłam w stanie iść dalej.
-No co… - wymamrotał cały czerwony ze wstydu brunet, wciąż wlepiając wzrok w chodnik. Wzruszyłam ramionami, jednak nie mogłam pohamować kolejnego wybuchu śmiechu.
-No jeszcze ktoś inny,  to bym zrozumiała… Ale że ty? Jego najlepszy kumpel? – zdziwiłam się, w końcu zachowując powagę. On wciąż na mnie nie patrzył – Ty chyba powinieneś wiedzieć, że się nienawidzimy…
-On ciebie wcale nie nienawidzi – przerwał mi szybko Bouvier, podnosząc głowę do góry – On ciebie lubi. Naprawdę bardzo ciebie lubi.
-Żartujesz sobie – prychnęłam z niedowierzaniem w głosie. Już wiedziałam, o co tym razem chodzi. On po prostu próbował wmówić mi, że David rzeczywiście się we mnie zakochał. Znowu chcieli się ze mnie pośmiać. Ale tym razem nie chciałam być workiem treningowym. Otworzyłam usta, żeby powiedzieć o tym brunetowi, ale to on pierwszy zaczął mówić.
-Po prostu często ostatnio siedzicie nad tą matmą. No i wiesz, pomyślałem sobie, że ten wasz związek naprawdę może… no… istnieć – tłumaczył się , gmatwając się w tym wszystkim jeszcze bardziej – No i ta sytuacja z deską… Pomyślałem, że Dave rzeczywiście może coś przed nami ukrywać… - urwał szybko, zdając sobie sprawę z tego, że im więcej mówi, tym gorzej na tym wychodzi. Przez jakiś czas szliśmy w ciszy, wyczuwałam między nami coś w rodzaju napięcia. Dlaczego?
-Właściwie to dlaczego tak bardzo interesuje cię to, co niby było pomiędzy mną a Davidem? – zapytałam podejrzliwie, marszcząc czoło. On zatrzymał się i pewnie uniósł głowę do góry, ale gdy się odezwał, jego głos zadrżał:
-Bo… bo zawsze chciałem zrobić to…

Wszystko, co wydarzyło się potem, działo się tak bardzo szybko, że mój mózg nie nadążał z analizą moich myśli. Pierre zbliżył się do mnie i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, bez żadnego wytłumaczenia, bez ostrzeżenia, zaczął mnie całować. Przez ułamek sekundy byłam tak bardzo zaszokowana, że aż oddawałam pocałunki. Potem dotarło do mnie, że to jest chore, że całuję chłopaka, którego tak naprawdę w ogóle nie znam i oczywiście nic do niego nie czuję. Próbowałam odlepić go od siebie, ale on uczepił się mnie jak rzep psiego ogona. Nie chciałam go całować, nie chciałam, żeby ta rozmowa tak wyglądała. On robił sobie nadzieję, a ja… Ja przecież miałam chłopaka, którego cholernie kochałam. Po raz drugi próbowałam uwolnić się z jego objęć. Nacisnęłam mocniej na jego klatkę piersiową, usiłując odepchnąć go od siebie. Tym razem w końcu mi się to udało. 

niedziela, 26 stycznia 2014

PART VII

Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek, oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza. Oniemiała gapiłam się w tamto miejsce, dopóki nie podskoczyłam do mnie podekscytowana Marcy, moja przyjaciółka.
-Ej! Dlaczego ty mi nic nie powiedziałaś?!  - zapytała nieco obrażona, ale zaraz potem jej twarz ozdobił uśmiech – Ale to nic, nadrobimy to!  - zawołała, klaszcząc w dłonie.
-Co? – odparłam głupio, obracając głowę w jej stronę. W głowie miałam tyle myśli, że kolejny znak zapytania niewiele dla mnie znaczył.
-No ty i Desrosiers! – krzyknęła głośno jakby to było oczywiste. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia i szybko się rozejrzałam. Na szczęście nikt tego nie usłyszał, każdy był zajęty swoimi sprawami.
-Nie wrzeszcz tak – burknęłam – Że niby co ja i Desrosiers? – zapytałam, podejrzewając, że to blondyn rozesłał jakąś nową plotkę. Nie wiedziałam, czy chcę wiedzieć, o co znowu chodzi.
-No że się przyjaźnicie! – zapiszczała dziewczyna, nie potrafiąc powstrzymać emocji na wodzy. Tym razem jednak jej głos brzmiał nieco ciszej. Zaczęłam się głośno śmiać. Ona ciągle się we mnie wpatrywała, chyba nie wiedziała, czy się ze mną śmiać czy raczej zachować powagę.
-Ja i… i… on… ? – zapytałam ocierając łzy z oczu – Kto ci tak powiedział?
-No co… - prychnęła obrażona, jej pewność siebie momentalnie zniknęła – Miałam informacje z pierwszej ręki! Van mówiła, że jak wracała ze sklepu, to widziała, jak jedziecie razem na jednej desce! No a potem on podtrzymywał ciebie za dłonie!
-I co… I to wszystko? – nadal chichotałam cicho.
-No! Ale dlaczego wy to ukrywaliście!? To dlatego tak sobie dokuczaliście, ta? Żeby to nie wyszło na jaw? – dopytywała się dociekliwie – No ale mi to jednak mogłabyś to powiedzieć! – skrzyżowała ramiona na piersiach, wyraźnie na mnie obrażona.
-Moja kochana Marcy!  - uśmiechnęłam się szeroko, obejmując ramieniem brunetkę – Ja nienawidzę tego zapyziałego w sobie blondyna, doskonale o tym wiesz! To ostatnia osoba, z którą miałabym ochotę się zaprzyjaźnić! Ja nawet nie potrafię go polubić
-Więc dlaczego nie było cię dzisiaj na wuefie?  - dziewczyna wydawała się być jeszcze bardziej podejrzliwa – No i dlaczego wróciłaś z Davidem i z chłopakami?
-Bo to oni nie chcieli się ode mnie odczepić – odparłam nieco zażenowana tym wszystkim. Powoli zaczynało do mnie docierać, jak to wszystko musiało wyglądać, zwłaszcza nasza przejażdżka na desce. Miałam taką cichą nadzieję, że nikt nas zobaczył. Teraz już wiedziałam, że moja nadzieja była złudna.
 Niestety tego dnia cała szkoła huczała od plotek na temat mojego i Desrosiersa związku. Chodziłam wściekła, zresztą tak samo jak i on. Gdy tylko na siebie trafialiśmy, od razu warczeliśmy nawzajem. Wszyscy uznawali to za ciąg dalszy naszej gry. Nie wiedzieć czemu blondyn się nie uśmiechał, tak jak zwykle. Ciągle wysyłał mi spojrzenia, z których odczytywałam wyraźne i jasne: nienawidzę cię. Tego dnia nie zjawił się w moim domu, żeby ćwiczyć matmę. Za to też się na niego wściekłam. Specjalnie urwałam się ze spotkania z Billem, który podsumował cały mój zwariowany dzień zwykłym śmiechem. Jeśli on nie chce przyłazić ja na siłę nie będę go zmuszała. Dla mnie ta ocena powoli przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Następnego dnia wpadłam do szkoły równo z dzwonkiem. Desrosiersa nie było, jego sąsiada z ławki też nie. Pewnie dzisiaj postanowili zrobić sobie wolne. Wzruszyłam ramionami, nawet nie próbując wysłuchiwać swojej przyjaciółki marzącej o „tych pierre’owych oczach”.
Ogromne było moje zdumienie, kiedy cała piątka pojawiła się na następnej przerwie. Wszyscy stali przy oknie i pilnie śledzili przechodniów, chyba jednak nikogo nie wyśledzili, bo gdy zadzwonił dzwonek, z kwaśnymi minami się rozeszli. Ja, mając ciągle w uszach uwagi o Desrosiersie roześmianych ludzi, byłam tak bardzo wściekła, że  odstraszałam wszystkich od siebie samym spojrzeniem. I chyba każdy już to zauważył, ale oni wszyscy się tym nie przejmowali, wręcz przeciwnie, to ich napawało do dalszego gnębienia. Dlatego David chyba bał się do mnie podejść, chociaż z jego twarzy wyczytałam, że chce ze mną porozmawiać.
Przed ostatnią lekcją myślałam, że coś mnie rozerwie. Nawet moja przyjaciółka nie chciała dać mi spokoju i powtarzała, że przecież jej mogę zaufać. Nawet jej głosu miałam już serdecznie dość. Gdy tylko zadzwonił dzwonek na przerwę, wyleciałam z klasy i pobiegłam do toalety. Jeszcze nikogo tu nie było, ale spodziewałam się tłumów, bo tu zawsze pchało się jakieś kilkadziesiąt dziewczyn, dlatego szybko zalokowałam się w jednej  kabin. Rzeczywiście ledwie zdążyłam się zamknąć, a już panienki tłumnie wleciały do łazienki i głośno zaczęły plotkować. Przegryzłam dolną wargę, zastanawiając się jakim cudem mam stąd wyjść na lekcję. Siedziałam zdenerwowana na kiblu, wysłuchując o sobie coraz bardziej okrutnych słów. Ciągle gadały o moim wyglądzie i o tym, że rzekomo rozbiłam czyiś związek. Starałam się tego nie słuchać, nawet zatykałam uszy, ale moja ciekawość pokonała moje starania. Z zaciśniętymi zębami słuchałam o tym, jak dziewczyna Davida zrywa z nim na środku szkoły. Poczułam w sercu dziwną pustkę. Po moim policzku spłynęła łza. Przecież to nie było tak… Przecież to była jedna, niewinna przejażdżka…
Przegryzłam dolną wargę. Miałam cholerne szczęście, że Bill na to wszystko zareagował śmiechem. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tego, jakby to wszystko wyglądało bez niego. Nie chciałam nigdy dowiedzieć się, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Bo to cholernie gorzkie uczucie.
Westchnęłam cicho i schowałam twarz w dłoniach. Nie miałam pojęcia, co robić. Myślałam, że jak coś takiego kiedykolwiek się przydarzy, będę się cieszyła, że temu durnemu blondynkowi w końcu życie dało mocnego kopniaka w tyłek. Tymczasem ja czułam się z tym coraz gorzej.  Powoli docierało do mnie to, że zniszczyłam czyjeś życie. A raczej miałam w tym ogromny udział.
Nawet nie zauważyłam momentu, w którym one wszystkie opuściły łazienkę. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, czy był już dzwonek i czy mogę bezpiecznie wyjść z kabiny. Nie słyszałam żadnych głosów, więc wyślizgnęłam się z kabiny. Powoli podeszłam do lustra. Miałam taką minę jakbym chciała się za chwilę zabić. Zręcznie poprawiłam fryzurę, na twarz przypięłam sztuczny uśmiech, który po ułamku sekundy ponownie zniknął. Uznałam, że nie wyglądam tak fatalnie i że mogę wyjść. Westchnęłam cicho. Jakoś nie wyobrażałam sobie wyjścia do ludzi i częstowania ich ciągle tym samym sztucznym uśmiechem. Ale czy miałam inne wyjście?
Cholernie się przestraszyłam, kiedy klamka się poruszyła. Przez moment zastanawiałam się nad tym, co robić, ale nie miałam czasu na myślenie, kiedy drzwi zaczęły się otwierać. Biegiem rzuciłam się w stronę pierwszej lepszej kabiny. Zacisnęłam pięści, wierząc, że ta osoba nie widziała mojej ucieczki.
-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos. Głos który znałam. 

wtorek, 14 stycznia 2014

PART VI

-Patrzcie, koniec świata nadchodzi, Wellman na wagarach! – na dźwięk swojego nazwiska leniwie otworzyłam oczy i zadrżałam. Uboga bladość tego poranka chlasnęła mnie w twarz.
-Jaka Wellman, Chuck, to jakiś bezdomny! Nawet ona nie ubiera się tak fatalnie!
Głośny wybuch śmiechu pobudził moje szare komórki do myślenia. Oni przez cały czas mówili o mnie. Wagary? Jakie wagary?
Rozejrzałam się nieprzytomnie. Szeroko szczerząca się piątka otoczyła już moją ławkę. Z powrotem zamknęłam oczy. Znałam ich wszystkich, w końcu Desrosiers nie był mi obcy, tak jak pozostała czwórka. Nie miałam ochoty na nich patrzeć ani ich słuchać. Z drugiej strony teraz wiedziałam, że szybko się ode mnie nie odwalą. Oni są jak muchy. Jak już się przyczepią, to się nie odczepią, dopóki nie osiągną swojego celu. A wiedziałam, że ich celem jest wyprowadzenie mnie z równowagi. Nie zamierzałam się dać.
-Co tam słychać, nasza koleżaneczko? – usłyszałam nad swoim uchem świergot. Samą siłą woli powstrzymałam się od tego, by nie walnąć mu w łeb. Nie mogłam tracić nad sobą kontroli.
-Od kiedy to ja jestem waszą KOLEŻANECZKĄ? – zapytałam kąśliwie, udając, że wcale mnie nie rusza ich obecność. Tak naprawdę miałam ochotę stąd zwiać. Ale dawać im kolejny powód do radości? W życiu!
-Od kiedy tylko zaczęłaś chodzić na wagary! – ryknęli zgodnym chórem. Uniosłam powieki do góry i aż się wzdrygnęłam, widząc tak blisko tęczówki Bouviera. Odsunęłam się kawałek od niego, ale wtedy przysunęłam się bliżej w stronę wyszczerzonego Desrosiersa. Złapałam się za głowę.
-Posunęlibyście te tyłki, my też chcemy usiąść! – warknęła zniecierpliwiona pozostała trójka. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłam, że oni rzeczywiście zamierzają wepchnąć się na ławkę. Jęknęłam cicho, czując, jak dwa ciała zaczynają się we mnie wpychać. Koniec końców udało nam się usiąść, ale za to wszyscy mieliśmy problemy z oddychaniem. Ale i tak nikt nie chciał stać.
-David, mówiłem, odstaw te cholerne banany! Teraz zajmujesz połowę ławki!
-Od jutra zabieramy się za bieganie! Zobaczysz, damy ci taki wycisk, że zdechniesz!
-Hej, ja nie jestem gruby! To Jeff na okrągło wcina te hot dogi! To on pobił rekord, a potem przez pół dnia rzygał…
Ich kłótnia była tak bardzo żałosna, że postanowiłam dalej jej nie słuchać. Jakimś cudem udało mi się spojrzeć na zegarek. Moje oczy momentalnie się rozszerzyły. Dopiero to do mnie dotarło. Pierwsza lekcja już dawno się zaczęła. Zerwałam się szybko, ściskając moją torbę. Wiedziałam, że nie mam szans, żeby zdążyć na wf, ale gdybym pobiegła, to być może zdołałabym się nie spóźnić na kolejną lekcję.
Czułam na sobie ich ciekawy wzrok, ale nie zamierzałam zwracać na to uwagi. Przegryzłam dolną wargę i obróciłam się na pięcie. Zaczęłam biec w stronę szkoły, co na pewno ich zaskoczyło. Natychmiast usłyszałam za sobą podejrzany szum.
-Od nas, skarbie, się nie ucieka! – zacmokał Seb, najszybciej mnie doganiając. Prychnęłam cicho pod nosem. No tak, oni mieli deskorolki. Powinnam od razu domyślić się, że tak prosto nie będzie. Nie z nimi.
-Odwalcie się ode mnie – warknęłam, nie spowalniając tempa. Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Dobrze wiesz, że to niemożliwe! – wrzasnęli, nadal dotrzymując mi towarzystwa.
-Czyli wracacie ze mną do szkoły? – zapytałam z krzywym uśmieszkiem. Pierre od razu się zatrzymał, powodując tym samym niemałą kolizję, bo Chuck, który jechał tuż za nim, nie zauważył tego. Parsknęłam z przygłupim uśmieszkiem.
-Zamierzasz zdążyć na drugą lekcję, biegnąc w takim tempie? – zapytał Jeff ze zmarszczonym czołem, zerkając na swój zegarek. Zarumieniłam się, wcale nie dlatego, że się już zmęczyłam. Czułam, że oni się nabijają z mojego biegu. I to wcale nie było przyjemne uczucie – Nie dasz rady – stwierdził wprost.
-Założymy się? – wysyczałam, na co on wybuchnął głośnym śmiechem.
-Bojowa babka z ciebie!
-A z ciebie natrętny debil – warknęłam, zaciskając pięści. Przez te przygłupie pogawędki z nimi traciłam coraz więcej siły. Zaczynałam powoli zwalniać, a szkoła ciągle była daleko.
-Może ciebie podwieźć? – zapytał David, odpychając się stopą od ziemi. Wybuchnęłam głośnym śmiechem.
-Niby jak? – zapytałam, potykając się o nierówną płytkę chodnika i omal się nie przewracając.
-No na desce!
Spojrzałam na niego jak na idiotę, ale on chyba mówił zupełnie serio, przynajmniej to wyczytałam z jego twarzy.
-Żartujesz sobie? Gdzie ty niby chcesz mnie pomieścić!?
-No wiesz! – oburzy ł się blondyn – No że chłopaki to rozumiem, ale ty!? Przecież ja wcale nie jestem gruby! Naprawdę są ode mnie grubsi!
-Co? – spojrzałam na niego zaskoczona, w ogóle nie pojmując, o czym on mówi.
-Nic – burknął trochę obrażony blondyn – Wskakuj! – rozkazał, robiąc mi miejsce na swojej desce. Zauważywszy, że się waham, blondyn odbił się stopą od ziemi i przejechał kawałek dalej, uśmiechając się podejrzanie – No przecież nie zrobię ci krzywdy! – krzyknął. Przewróciłam oczami, czując, że zaczynam odpuszczać.
-No właśnie tego nie byłabym taka pewna…  - zatrzymałam się, głęboko oddychając. Chłopaki także przystanęli, chyba po to, żeby dotrzymać mi towarzystwa, chociaż w zasadzie ja ich nie potrzebowałam. Pierre i Chuck też nas dogonili, wciąż wrzeszcząc na siebie wzajemnie. Powoli zaczęłam kierować się w stronę szkoły. Nie miałam wyjścia, musiałam spóźnić się na drugą lekcję.
-Uparta jesteś! – wyszczerzył się Jeff, przez cały czas jadąc obok mnie. Miałam wrażenie, że on po prostu chce mi udowodnić, że jest szybszy ode mnie. David po krótkiej chwili do nas dojechał, nadal oferując mi miejsce na swojej desce. Wahałam się tylko przez ułamek sekundy. Potem, wściekła na siebie i własne nogi, podskoczyłam do zdumionego blondyna.
-Okej – zgodziłam się, wzdychając ciężko – Okej, zawieź mnie do tej cholernej szkoły. Ale to pierwszy i ostatni raz, rozumiemy się!? – zapytałam z grozą w głosie. On tylko jeszcze szerzej się uśmiechnął.
-Jeśli już raz wsiądziesz, to koniec, nie będziesz chciała wysiąść!
-Przekonamy się – wymamrotałam cicho pod nosem, stając niepewnie na jego desce, na której właściwie nie było dla mnie miejsca. Blondyn jednak nie narzekał na ciasnotę, wręcz przeciwnie, cieszył się jak dziecko.
-Tylko lepiej zachowaj równowagę! – ostrzegł mnie, ale to co miał na myśli zrozumiałam dopiero w trakcie jazdy. Wtedy też dotarło do mnie z kontekstu rozmowy piątki chłopaków, że oni po prostu robią sobie eksperyment. Tak naprawdę oni nigdy nie testowali podwójnej jazdy. Uśmiechnęłam się słabo, uświadamiając sobie, że wpadłam w niezłe bagno. Kiedy David ruszał, obiecałam sobie, że nigdy więcej mu nie zaufam, a gdy tylko zeskoczę z tej deski, zamorduję Desrosiersa. Blondyn w ogóle nie zważał na moją obecność. Pędził jak oszalały, na początku po nierównym chodniku, a potem też po ulicy pełnej samochodów. Wciąż do mnie wrzeszczał, że mam utrzymywać równowagę, ale ja byłam zbyt przerażona, by zwracać na to uwagę. Bawił się świetnie, tak jak i cała reszta. Ja owinęłam rękoma jego talię. To był mój jedyny ratunek, chociaż wciąż mu nie ufałam. Ale czegoś trzymać się musiałam, o ile nie pragnęłam skończyć pod samochodem. A nie chciałam jeszcze umierać, przed śmiercią przecież planowałam zabić Desrosiersa za te jego przygłupie pomysły.
Ale kiedy wreszcie dotarliśmy pod szkołę, najpierw David musiał pomóc mi dojść do siebie, bo w głowie tak mi się kręciło, że ledwo trzymałam się na nogach. Chłopaki śmiali się ze mnie, że chodzę jak pijana. Obrażałam się na nich, chociaż wiedziałam, ze oni prawdopodobnie mówią to szczerze. Zdążyliśmy na koniec pierwszej lekcji, ale ja już postanowiłam nie pokazywać się wuefiście na oczy. Wraz z całą świtą, która nie chciała mnie opuścić, ruszyliśmy pod klasę od geografii. Oni ciągle narzekali, że zepsułam im plany, że oni mieli zrobić sobie przyjemny dzień bez szkoły, a ja wciąż powtarzałam, żeby stąd spadali i dali mi święty spokój. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego im tak bardzo zależało na tym, by być przez cały czas przy mnie. Bo gdziekolwiek nie szłam, oni wlekli się za mną. Chyba w ten sposób chcieli mi podokuczać. A już wystarczająco dzisiaj przez nich oberwałam.
Może to wszystko miało coś wspólnego z tym, co David wczoraj usłyszał od mojej matki? No tak, na pewno. Zacisnęłam mocniej pięści. Gdzieś w tle usłyszałam głośne rozmowy dziewczyn z klasy. Musiały już wyjść z Sali i kierować się w stronę szatni. Oni coś kombinowali, tylko ja nie mogłam rozgryźć, co. Wykminiłam, że pewnie czekają na dzwonek, żeby ośmieszyć mnie przed całą szkołą. Do tego byłam przyzwyczajona.
Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek, oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza.