-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos. Głos
który znałam. Głos który należał do chłopaka – Przestań Kate, przecież nie
zrobię ci krzywdy!
Szybko przeanalizowałam swoją sytuację i uznałam, że
rzeczywiście z jego strony nic mi nie grozi. Westchnęłam cicho i ze spuszczoną
głową opuściłam swoją kryjówkę.
-To toaleta dla dziewczyn – podkreśliłam delikatnie.
-Wiem – odparł on spokojnie – No ale skoro nie chcesz z
niej wyjść, to ja muszę do ciebie przyjść. Chciałem pogadać.
Zapadła głęboka cisza. Po mojej głowie błądziło milion
przeróżnych myśli. Niby o czym brunet chce ze mną gadać? Po tym, co przez nich
przeżywałam, nie powinnam w ogóle dawać mu dojść do głosu. Otworzyłam usta, ale
akurat wtedy zadzwonił dzwonek. Zadrżałam. A ja przez cały czas myślałam, że
dzwonek już dawno zadzwonił.
-Muszę spadać – westchnąłem cicho, ciesząc się w duchu,
że ominę tę rozmowę. Zaraz jednak mina mi zrzedła. Powoli ruszyłam w stronę
drzwi. Znowu czekała mnie konfrontacja z tymi przygłupimi ludźmi. Pierre ciągle
się nie ruszał.
-Przecież ty nie chcesz tam iść – powiedział cicho, kiedy
go wymijałam. Zatrzymałam się gwałtownie.
-To, czy tego chcę czy nie, nie ma żadnego znaczenia –
odparłam sucho – To mój obowiązek.
-Od obowiązków też powinno się odpoczywać - brunet się uśmiechnął – A ty to już na
pewno masz prawo do odsapnięcia.
Przegryzłam dolną wargę, wahając się jeszcze przez moment
,ale uznałam, że on ma rację, że po tym wszystkim jedna lekcja różnicy nie
zrobi. Wzruszyłam ramionami i powoli obróciłam się w jego stronę.
-To co, pogadasz ze mną? – zapytał z nadzieją.
-Tutaj? – zapytałam głupio. On głośno się roześmiał, a
potem ruszył w stronę okna.
-No tak, to chyba nie jest najlepsze miejsce – zachichotał,
otwierając okno. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. On chyba nie chciał… ? –
Zawsze zazdrościłem dziewczynom, że mają tutaj kible – mówił dalej – Jeśli
chcesz wyskoczyć z naszego przez okno, musisz potem się czołgać, bo są okna
klas. Wy możecie spokojnie zwiewać.
-Pierre! – krzyknęłam ostro – Ty chyba nie myślisz, że
ja…
-Ja nie myślę – roześmiał się brunet – Ja jestem tego
pewien. Pytanie tylko czy wolisz iść pierwsza czy druga.
-Druga! – zapiszczałam, chociaż wciąż nie byłam pewna,
czy w ogóle chcę gdziekolwiek się ruszać, zwłaszcza w taki sposób. Pierre
wzruszył ramionami i wskoczył na parapet. Wyciągnął dłoń w moją stronę, ale ja,
trochę przestraszona, tylko pomachałam głową. On złapał się za czoło i
westchnął ciężko.
-No dobra, jak chcesz – odparł lekkodusznie – Nie będę do
niczego ciebie zmuszał.
Brunet odwrócił się i puściwszy się ramy okna skoczył na
dół. Zapiszczałam cicho, zasłaniając sobie usta dłonią. Przez moment stałam w
bezruchu, kiedy jednak usłyszałam wesoły głos Bouviera, odetchnęłam z ulgą.
Teraz przyszła kolej na mnie. Zacisnęłam pięści. Przecież nie mogłam teraz
stchórzyć. Co on by wtedy sobie o mnie pomyślał? Zacisnęłam pięści, zbliżając
się w stronę okna. Powoli wspięłam się na górę. Nie szło mi to tak sprawnie jak
Pierre’owi, on miał większe doświadczenie. Ale i tak byłam zaskoczona swoim
szybkim tempem. Brunet chyba też. Przez cały czas stał na dole i szczerzył się
w moją stronę. Wydawał mi się naprawdę mały. Przełknęłam cicho ślinę. Zakręciło
mi się w głowie, ale na szczęście jakoś zdołałam utrzymać równowagę.
-Skacz! – pośpieszał mnie cicho Bouvier jakby bał się, że
ktoś tu za chwilę przyjdzie i nas zobaczy. Zaprzeczyłam nerwowo głową – No
dawaj! To trwa ułamek sekundy! No przecież…
Dalszych jego słów nie słuchałam, za to pospieszyło mnie
szarpnięcie klamki. Zbladłam nieco, przesadnie panikując. Niewiele myśląc nad
tym, co robię, puściłam się ramy i ku zdziwieniu chłopaka oraz własnemu,
skoczyłam. Zamknęłam oczy, czując jak lecę. Na ułamek sekundy moja pamięć się
zresetowała, wszystkie moje myśli zniknęły. Nie wiedziałam, kim jestem, nie
wiedziałam, co tutaj robię. Dopiero gdy wylądowałam w ramionach zdezorientowanego
bruneta, pamięć do mnie wróciła. Przez moment się nie poruszałam, za chwilę
jednak jak poparzona od niego odskoczyłam. Zanim cokolwiek zdążyłam wyjaśnić,
chwyciłam jego dłoń i biegiem zaczęłam uciekać w stronę płotu. On chyba już się
zorientował, o co chodzi, bo mnie wyprzedził.
-Dasz radę przeskoczyć przez płot? – zapytał, chyba
wątpiąc w moje fizyczne umiejętności. Prychnęłam cicho pod nosem, srogo na
niego spoglądając.
-No jasne! – warknęłam, chociaż kiedy zbliżaliśmy się w
stronę płotu, zaczęłam w to wątpić. Nie był duży, ale przeciętniak z wuefu nie
miał z nim szans. Zacisnęłam pięści. Nie miałam czasu na myślenie o tym, co ja
najlepszego wyprawiam. Zamknęłam oczy. Dokładnie w tym samym momencie co brunet
odbiłam się od ziemi. To był chyba
pierwszy w życiu taki skok i mam nadzieję, że ostatni. Bo chociaż wszystko
poszło po mojej myśli i za chwilę wylądowałam na ziemi, to jeszcze nigdy się
tak nie bałam. Teraz pozostawało nam do pokonania tylko trawiaste wzgórze, na
którym mieściła się nasza szkoła. Biegliśmy z niego tak szybko jak się tylko
dało. Koniec końców potknęłam się o jakiegoś kamienia i przekoziołkowałam. Po
krzyku Pierre’a poznałam, że musiało to wyglądać okropnie. Ja sama płakałam i
śmiałam się na zmianę, bo bardzo bolało mnie ramię.
-Ni ci się nie stało? – przestraszony brunet był już obok
mnie. Spojrzałam na ramię, było całe we krwi.
-Chodźmy lepiej do pielęgniarki – wymamrotał niespokojnie
brunet, pomagając mi wstać. Spojrzałam na niego ostro. Zadrżał.
-Nie po to stamtąd uciekałam, żeby teraz wracać –
warknęłam – To nic takiego.
-a zakażenie…. – zapytał niepewnie brunet, z niepokojem
się rozglądając.
-Pieprzyć zakażenie! – wrzasnęłam, zbiegając w dół ze
śmiechem. On przez moment się we mnie wpatrywał, a potem szybko mnie dogonił.
Razem zwolniliśmy i przeskoczyliśmy przez barierki, które oddzielały chodnik od
wzgórza. Powoli szliśmy w stronę centrum, Pierre ściskał w dłoni swoją deskę,
ale chyba domyślił się, że już nie mam ochoty na niej eksperymentować.
-Jeszcze nigdy nie zrobiłam tak szalonej rzeczy! –
krzyknęłam wesoło, uświadamiając sobie, że właśnie zwiałam z lekcji, co jeszcze
przed kilkoma dniami nie przeszłoby mi przez myśl. Pierre uśmiechnął się,
spoglądając kątem oka na mnie. Wychwyciłam to, chociaż nie byłam pewna, czy on
tego chce.
-Nie poznaję ciebie – roześmiał się – Przestałaś
przypominać kujonkę.
Miałam odpowiedzieć, że teraz nią nie byłam, bo wolność
uderzyła mi do głowy. Zrozumiałam, że jestem wolnym człowiekiem, że nie
podlegam żadnym głupim regulaminom i że to ja decyduje o swoim życiu, ja
ustalam jego zasady. I mogę robić, co tylko chcę.
-Kujon też człowiek – odparowałam – czasami też chce się
wyluzować.
-Z ciebie to nawet równa babka, jak się z tobą gada w
cztery oczy – wyszczerzył się brunet – gdybyś jeszcze od czasu do czasu
panowała nad swoimi nerwami…
-Czego chcesz od moich nerwów? – warknęłam ostro, od razu
wywołując na twarzy Bouviera jeszcze szerszy uśmiech.
-Właśnie o tym mówiłem! – zachichotał. Zmarszczyłem brwi,
wlepiając wzrok w chodnik. Rzeczywiście czasami nie kontrolowałam swojej
złości, co tak bardzo bawiło Desrosiersa i jego spółkę. Oni wprost bawili się
moimi nerwami.
Dopiero teraz to sobie uświadomiłam.
-Kate… - wymamrotał cicho Pierre, ale szybko przerwał.
Milczał, wlepiając wzrok w chodnik. Wyraźnie czymś się denerwował. Próbowałam
zachęcić go spojrzeniem, co chyba pomogło, bo za chwilę wydusił z siebie kolejne
słowo – Słuchaj… - przegryzł dolną wargę, a potem machnął dłonią lekceważąco –
Słuchaj, ty i Dave… Między wami nic nie
było, prawda? – tym razem zapytał prosto z mostu. Przez moment miałam
ochotę walnąć go z całej siły, tak mocno, żeby wybić mu z głowy te głupią myśl.
Ale zaraz po tym przypomniałem sobie o swoich nerwach, nad którymi musiałam
nauczyć się panować. Zamknęłam oczy i odetchnęłam trzy razy.
-Ja i David to jakaś paskudnie niemiła plotka –
wysyczałam przez zaciśnięte zęby – tego nie ma, nie było i nigdy nie będzie,
rozumiesz? – spojrzałam na bruneta. Nie mogłam nie zauważyć na jego twarzy
ogromnej ulgi, chociaż próbował ją ukryć – Czekaj, czekaj… Ty myślałeś… -
wybuchnęłam głośnym śmiechem, nawet nie kończąc rozpoczętego zdania. Śmiałam
się tak głośno, że aż musiałam się zatrzymać, bo nie byłam w stanie iść dalej.
-No co… - wymamrotał cały czerwony ze wstydu brunet,
wciąż wlepiając wzrok w chodnik. Wzruszyłam ramionami, jednak nie mogłam
pohamować kolejnego wybuchu śmiechu.
-No jeszcze ktoś inny,
to bym zrozumiała… Ale że ty? Jego najlepszy kumpel? – zdziwiłam się, w
końcu zachowując powagę. On wciąż na mnie nie patrzył – Ty chyba powinieneś
wiedzieć, że się nienawidzimy…
-On ciebie wcale nie nienawidzi – przerwał mi szybko
Bouvier, podnosząc głowę do góry – On ciebie lubi. Naprawdę bardzo ciebie lubi.
-Żartujesz sobie – prychnęłam z niedowierzaniem w głosie.
Już wiedziałam, o co tym razem chodzi. On po prostu próbował wmówić mi, że
David rzeczywiście się we mnie zakochał. Znowu chcieli się ze mnie pośmiać. Ale
tym razem nie chciałam być workiem treningowym. Otworzyłam usta, żeby
powiedzieć o tym brunetowi, ale to on pierwszy zaczął mówić.
-Po prostu często ostatnio siedzicie nad tą matmą. No i
wiesz, pomyślałem sobie, że ten wasz związek naprawdę może… no… istnieć –
tłumaczył się , gmatwając się w tym wszystkim jeszcze bardziej – No i ta
sytuacja z deską… Pomyślałem, że Dave rzeczywiście może coś przed nami ukrywać…
- urwał szybko, zdając sobie sprawę z tego, że im więcej mówi, tym gorzej na
tym wychodzi. Przez jakiś czas szliśmy w ciszy, wyczuwałam między nami coś w
rodzaju napięcia. Dlaczego?
-Właściwie to dlaczego tak bardzo interesuje cię to, co
niby było pomiędzy mną a Davidem? – zapytałam podejrzliwie, marszcząc czoło. On
zatrzymał się i pewnie uniósł głowę do góry, ale gdy się odezwał, jego głos
zadrżał:
-Bo… bo zawsze chciałem zrobić to…
Wszystko, co wydarzyło się potem, działo się tak bardzo
szybko, że mój mózg nie nadążał z analizą moich myśli. Pierre zbliżył się do
mnie i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, bez żadnego wytłumaczenia, bez
ostrzeżenia, zaczął mnie całować. Przez ułamek sekundy byłam tak bardzo
zaszokowana, że aż oddawałam pocałunki. Potem dotarło do mnie, że to jest
chore, że całuję chłopaka, którego tak naprawdę w ogóle nie znam i oczywiście
nic do niego nie czuję. Próbowałam odlepić go od siebie, ale on uczepił się
mnie jak rzep psiego ogona. Nie chciałam go całować, nie chciałam, żeby ta rozmowa
tak wyglądała. On robił sobie nadzieję, a ja… Ja przecież miałam chłopaka,
którego cholernie kochałam. Po raz drugi próbowałam uwolnić się z jego objęć. Nacisnęłam
mocniej na jego klatkę piersiową, usiłując odepchnąć go od siebie. Tym razem w
końcu mi się to udało.
:O tego się nie spodziewałam! Bardziej spodziewałabym się tego po Dave, niż po Pierre'rze.
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa jak to wszystko dalej się potoczy!! :)