D

D

sobota, 28 grudnia 2013

PART IV

Następnego dnia nic nie wskazywało na to, że blondyn był mi wdzięczny za wczorajsze spotkanie. Właściwie wszystko wyglądało zwyczajnie, wyzywaliśmy się na każdym kroku, dokuczaliśmy sobie jak tylko mogliśmy. Po ostatniej lekcji miałam go już serdecznie dość. Na szczęście tuż po szkole umówiłam się ze swoim chłopakiem. Czekał na mnie w bramie. Jego uśmiech poprawił mi humor tak bardzo, że prawie go udusiłam, kiedy się w niego wtuliłam. Mieliśmy dwie długie godziny dla siebie. Rozejrzałam się. Kątem oka zauważyłam blond czuprynę Davida. Skrzywiłam się na myśl o tym, co mnie czeka za dwie godziny. Jęknęłam cicho.
-Coś się stało? – zapytał czule Bill, bo tak właśnie nazywał się mój chłopak. Przytuliłam się do niego, uśmiechając się. On zawsze wiedział, kiedy ja się czymś martwię. Skąd? Szósty zmysł?
-Nie – westchnęłam ciężko – Po prostu za dwie godziny muszę być w domu – wymamrotałam znowu ze smutkiem.
-Znowu rodzice? – dopytywał się brunet. Westchnęłam cicho. Naprawdę było mi go szkoda. Starał się im przypodobać. To nie była jego wina, że oni nie potrafili go zaakceptować.
-Nie - zaprzeczyłam niepewnie – Nie. Muszę pomóc jednemu kolesiowi z klasy z matmą – odparłam, specjalnie nie wypowiadając jego nazwiska – Nauczycielka podzieliła nas na pary i powiedziała, że jeśli te gorsze osoby z par nie pozaliczają, to te lepsze ucierpią.
-W jaki sposób ucierpią? – mój chłopak uniósł brwi do góry – chyba nie dostaną paskiem po tyłku, co?
Roześmiałam się.
-No jasne, że nie. Ale ocena poleci w dół.
-Przestań się w końcu tym przejmować – machnął ręką brunet – Przecież z matematyki chyba najgorzej tobie nie idzie, co?
-No nie – uśmiechnęłam się – Ale wiesz, to zawsze ocena…
-Ocena oceną, liczy się to, co masz tutaj – chłopak dotknął mojego czoła. Uśmiechnęłam się. Tak, ja to wiedziałam. Tylko że nie potrafiłam tej zasady wpleść w życie. Ja przez cały czas uczyłam się dla ocen, nie dla siebie.
Na szczęście przez kolejne dwie godziny nie poruszaliśmy już szkoły. On wiedział, że to dla mnie drażliwy temat, więc omijaliśmy go jak najczęściej. Za to gadaliśmy o nieważnych głupotach. No i o nas. Zdążyłam jedynie mrugnąć kilka razy powiekami, zanim zauważyłam, że już powinnam się zbierać, by wrócić o szesnastej do domu.
-Nie chce mi się tam iść – wymamrotałam, leżąc z zamkniętymi oczami na ławce. On delikatnie głaskał mnie po głowie. Czułam się jak w niebie i nie chciałam z tego nieba uciekać.
-Czas szybko ci zleci – próbował mnie pocieszyć Bill, wlepiając we mnie swoje oczy. Westchnęłam ciężko. On nawet nie wyobrażał sobie, co ja tam będę przeżywać.
-Raczej wątpię – burknęłam, przegryzając dolną wargę.
-Daj spokój, przecież mogłaś trafić gorzej. Na pewno nie jest tak źle.
-No właśnie gorzej chyba nie mogłam – wymamrotałam ciężko, zamyślona.
-Mogłaś, mogłaś – uśmiechnął się mój chłopak – Mogłaś trafić na tego swojego… No… - zawiesił się na moment zastanawiając się nad jego nazwiskiem, chociaż ja już domyślałam się, o kogo mu chodzi – No…. Desrosiersa… Tak on się nazywał? – zagubiony podrapał się po głowie, co w normalnych okolicznościach bardzo by mnie rozbawiło.
-No właśnie na niego natrafiłam – wybąkałam. Mój chłopak rzucił mi zaskoczone i zaszokowane spojrzenie.
-I wy jeszcze się nawzajem nie pozabijaliście? – roześmiał się, chociaż mi wcale do śmiechu nie było. Poraziłam go wzrokiem, przez co prawie natychmiast spoważniał -  No już dobrze, moja wojowniczko – uśmiechnął się, przytulając mnie do swojej piersi. Od razu zrobiło mi się przyjemnie cieplej.
-Nie chcę wracać do domu – jęknęłam, patrząc na osmolone przez chmury niebo.
-Więc nie wracaj – chłopak wzruszył ramionami jakby chodziło o nic. Spiorunowałam go wzrokiem – No co? Nic na siłę. Jeśli nie chcesz, to nie musisz nic robić.
-No tak, ale on… - wahałam się, ale mój chłopak mi przerwał.
-On ciągle ciebie rani, zapomniałaś? Dlaczego ty raz nie możesz dać mu po gębie? No ja wiem… - dopowiedział szybko, w obawie, że mu przerwę – Ocena. Ale wbrew pozorom ocena wcale nie jest tak bardzo ważna. To tylko papier.
Westchnęłam cicho, spuszczając głowę. On miał rację, Desrosiersowi ktoś w końcu powinien dać w kość. Przynajmniej przestałby się puszyć. Takim ludziom jak on powinno się pokazać, gdzie raki zimują. No i na siłę go tej matmy nie nauczę.
 Z powrotem położyłam się na trawie i zamknęłam oczy, uśmiechając się do siebie. Życie powinno sprawiać mi przyjemność, a uczenie Desrosiersa do takowych nie należało.
Rozmowa już się nam nie kleiła. Coraz bardziej czułam się winna, że wystawiałam blondyna, chociaż nadal koszmarnie go nienawidziłam za to jak mnie traktował. Wiedziałam, że tak nie powinnam robić, że to nie świadczy o mnie dobrze. Ciągle ze zdenerwowaniem przegryzałam dolną wargę. W ogóle nie skupiałam się na słowach swojego chłopaka. W końcu domyśliłam się, że to nie da mi spokoju, że dopóki nie wrócę do domu i nie zobaczę, ze go nie ma, te myśli ode mnie się nie odczepią. Tak też postanowiłam zrobić. Szybko pożegnałam się z Billem i ruszyłam w stronę domu. Nawet nie zauważyłam tego, że chodzę znacznie szybciej niż zazwyczaj. Nie miałam pojęcia, dlaczego ten Desrosiers tak bardzo mnie dręczył.
Gdy tylko przekroczyłam próg domu, usłyszałam wrzask moje matki. Westchnęłam cicho i odkrzyknęłam, że to tylko ja. Nie mogłam nie słyszeć zadowolenia w jej głosie, kiedy wrzeszczała
-Ktoś na ciebie czeka już od godziny, więc łaskawie przytargaj tu swój tyłek.

Moje oczy od razu się rozszerzyły. Poczułam, zew ziemia zaczyna wirować mi pod stopami. On tu był. On wciąż czekał, aż wrócę. Zachowałam się jak totalna idiotka. Powinnam była domyślić się, że moja mama tak łatwo nie da mu spokoju. Złapałam się za głowę. Wolałam nie myśleć, o czym gadali. 

środa, 18 grudnia 2013

PART III

Blondyn spojrzał na mnie z niechęcią. Chyba wolał gadać o muzyce, ale ja byłam bezwzględna, twardo wskazywałam mu krzesło, na którym miał usiąść. Bardzo się ślimaczył, za co miałam ochotę go zabić. Nienawidziłam odkładania rzeczy na później, dla mnie to nie miało żadnego sensu.
-Dobra – westchnęłam cicho, ledwo powstrzymując wybuch złości – To z czym masz problem? – zapytałam, nie za bardzo wiedząc, od czego mam zacząć. Blondyn głupio na mnie spojrzał.
-Z matematyką – burknął ironicznie, krzyżując ramiona na piersiach. Przegryzłam dolną wargę. Znowu miałam wrażenie, że traktuje mnie jak niedojrzałą smarkulę. Zamknęłam oczy i policzyłam w myślach od dziesięciu. Wiedziałam, że teraz nie mogę nic odwarknąć, bo kłótnia byłaby głupotą.
-Dodawać i odejmować to chyba umiesz, co? – warknęłam, nie mogąc się powstrzymać, za chwilę jednak przeklęłam siebie w duchu.
-Wyobraź sobie, że informacje z podstawówki w mojej głowie jeszcze pozostały.
Wzięłam głęboki wdech. Już miałam cos odpowiedzieć, ale w ostatnim momencie ugryzłam się w język. Uznałam, że im mniej razy będę się odzywała, tym lepiej wyjdzie to na naszej wymuszonej współpracy. Westchnęłam i otworzyłam podręcznik.
-Którego rozdziału nie rozumiesz? – spróbowałam po raz drugi. Twarz blondyna pokryła się czerwienią. Wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Złapałam się za głowę – Jeśli już muszę tobie pomagać, to chcąc nie chcąc, jesteś zmuszony powiedzieć mi, czego nie umiesz.
-Wszystkiego – odparł nieco głos niej David. Oparłam głowę na złożonych w łokciach rękach i uśmiechnęłam się lekko z nadzieją, że on po prostu żartuje.
-Coś tam na pewno wiesz – próbowałam pocieszyć go, a także siebie. Dałam mu jedno banalne zadanie do rozwiązania. Wpatrywał się w kartkę jakby pierwszy raz coś takiego widział. Westchnęłam cicho. Dopiero wtedy zrozumiałam, że on mówi prawdę. A jeśli ja chcę, żeby moja ocena nie uległa zmianie, a raczej nie chcę, to czeka mnie ciężka przeprawa. Prawdopodobnie będę musiała mu tłumaczyć wszystko w najdrobniejszych szczegółach.
Żeby nie marnować czasu, od razu wzięłam się za robotę. Miałam nadzieję, ze jednak twe nasze spotkania szybko się skończą i nie będziemy się już widywali. Tymczasem okazało się, że on miał mózg zbyt tępy na matematykę. Te liczby to była dla niego totalna czarna magia. Wiedziałam, że dla niego przyjemnością też nie jest siedzenie tutaj i bardzo chciałby już to wszystko kumać i darować sobie te śmieszne spotkania. Ale szło nam tak bardzo mizernie, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy jemu w ogóle uda się zdać, nawet z moją pomocą. No i koniec końców zaczęłam podejrzewać go o to, że robi sobie ze mnie jaja.
-Co ty robiłeś przez cały ten rok?! – zapytałam kilka dobrych godzin później, zmęczona tłumaczeniem tego samego tematu po raz kolejny. Blondyn zmierzył mnie wzrokiem.
-To samo co ty – prychnął. Przed oczami stanęła mi wczorajsza lekcja matematyki. No tak, właściwie one wszystkie były takie same. Ciągle sobie dokuczaliśmy. Tyle że ja miałam głowę od logicznego myślenia. Jemu tego brakowało.
-Na dzisiaj chyba skończymy – wymamrotałam pod nosem, rozprostowując palce. On tylko spojrzał na mnie z walką w oczach. Chyba mu się nie spodoba ł mój pomysł. Nie dlatego, że tak bardzo podobała mu się nauka matematyki. Dlatego że on jak zwykle chciał być przeciwko mi.
-Ale…
-Nie – warknęłam stanowczo, nie mając ochoty na kolejną kłótnię – Ani ty nie masz siły na myślenie, ani ja na tłumaczenie.
-Od kiedy ty się tak bardzo martwisz o moje siły? – prychnął ironicznie chłopak.
-Nie schlebiaj sobie tak bardzo! – krzyknęłam, nie za bardzo wiedząc, co mam odpowiedzieć – Martwię się tylko o swoją ocenę z matmy! A wiadomo, ze zbyt wiele nie zdziałamy, jeśli tobie będą się  kleiły oczy ze zmęczenia.
Jego mina mówiła mi, że on kłóciłby się dalej, ale po chwili jednak machnął dłonią i szybko wstał. Chyba nie chciał, żebym sobie pomyślała, że było mu  tutaj przyjemnie. Westchnęłam cicho. Ta nienawiść między nami chyba nigdy nie zniknie.
-Jutro bądź o tej samej porze – wymamrotałam, odprowadzając go do drzwi. Blondyn zatrzymał się w połowie drogi i powoli się odwrócił, stając twarzą w twarz ze mną.
-Chyba zwariowałaś! – krzyknął wzburzony – Jutro to ja nie mam czasu!
-To lepiej go znajdź – wzruszyłam ramionami, nawet się nie zatrzymując. Nacisnęłam na klamkę, wyszłam i spojrzałam na niego wyczekująco. On stał dalej, wlepiając we mnie boleśnie wzrok. Dłonią wskazałam mu kierunek.
-Czyli mamy widywać się… codziennie? – zapytał, jego twarz wyglądała jakby za chwilę miał się rozpłakać.
-Jeśli masz zamiar zdać z matmy – prychnęłam – To ja nie widzę innego wyjścia.
-Życzę ci, żebyś nigdy nie została nauczycielką – powiedział blondyn wściekły jak osa – Bo w innym przypadku dzieciaki zaczną popełniać samobójstwa ze strachu przed twoimi lekcjami.
Powoli ruszył w ku drzwiom mojego pokoju. Otworzyłam buzię, żeby coś odpowiedzieć, ale akurat nie miałam pomysłu na dobrą ripostę, więc tylko westchnęłam i odprowadziłam go do drzwi wyjściowych.
-Co wy tam tak długo robiliście? – zapytała podejrzliwie moja mama, gdy usłyszała, że drzwi się zamknęły. Od razu domyśliłam się, co miała na myśli. Moi rodzice nigdy nie tolerowali mojego chłopaka i na siłę starali się zeswatać mnie z kimś innym. Nienawidziłam tego.
-Na pewno nie całowaliśmy się! – prychnęłam wkurzona, nawet nie kierując się w stronę kuchni.
-A szkoda – usłyszałam za swoimi plecami westchnięcie – Wydaje się być naprawdę sympatyczny, może jednak…
-MAMO! – zapiszczałam – Ja mam chłopaka!
-No tak, ciekawe jak długo jeszcze – odpowiedziała mi. Dalej nie miałam ochoty prowadzić tej rozmowy, wiedziałam, ze nie ma ona większego sensu. Ruszyłam w stronę pokoju. Wlepiłam wzrok w porozrzucane na biurku książki. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co ja tak właściwie dzisiaj osiągnęłam. Wątpiłam w to, by Desrosiers czegokolwiek się dzisiaj nauczył. Nie wiedziałam, czy te spotkania w ogóle mają jakikolwiek sens. Dzisiaj ledwo się powstrzymywałam, żeby nie walnąć go w głowę przez te jego głupie docinki. Teraz się powstrzymywałam, ale jak to będzie wyglądało podczas następnych korków? Obawiałam się, ze pęknę. David się na mnie obrazi i przestanie tu przychodzić, a moja ocena z matmy się obniży. miałam zostawić go samego sobie? Prawdopodobnie na to samo by wyszło. Tyle że oszczędziłabym sobie nerwów.

Jednego nie mogłam odmówić Desrosiersowi. Miał rację, kiedy mówił o tym, że nie powinnam zostać nauczycielką. 

środa, 11 grudnia 2013

PART II

-Czyli co? – pytała z daleka, podskakując na krześle. Już się domyśliłam, że słyszała naszą rozmowę. Westchnęłam cicho i usiadłam obok. Miałam ochotę urwać jej język i uszy – No opowiadaj! – krzyknęła zniecierpliwiona, nie patrząc na biologię.
-Ale o czym mam mówić? – warknęłam wkurzona, wciąż podburzona wcześniejszym zachowaniem blondyna. W dodatku teraz moja przyjaciółka robiła z igły widły. Jej oczy się błyszczały. Najwyraźniej chciała ode mnie uzyskać jakąś niewyobrażalnie ciekawą informację.
-No czy ty i David jesteście razem w parze na matmie?! – krzyknęła. Nerwowo rozejrzałam się po klasie, na szczęście harmider był tak bardzo głośny, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Odetchnęłam z ulgą, z powrotem odwracając się do koleżanki.
-Tak – odparłam niechętnie, pochylając się nad swoim plecakiem i wyciągając zeszyt. Ona zapiszczała, zasłaniając sobie usta dłońmi. Z powrotem na nią spojrzałam, zaskoczona jej reakcją. Nigdy nie pomyślałabym, że moje przygody z Desrosiersem są aż tak bardzo ekscytujące.
-I naprawdę zamierzacie razem uczyć się matmy? – zapytała głupio jakby to miało być jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem.  Pokiwałam głową, zastanawiając się nad tym, co ona może mieć na myśli – No przestań – trąciła mnie łokciem w bok – Desrosiers to nie byle kto – dopowiedziała mi nieco ciszej, puszczając mi oczko. Moje źrenice rozszerzyły się ze zdumienia.
-Amy! – wrzasnęłam. Wzrok nauczycielki na  nas spoczął. Obie pokryłyśmy się rumieńcami, ale za chwilę uwagę biologiczki przykuła grupa chłopców z pierwszej ławki, którzy bawili się w obrzucanie siebie śmieciami – Amy, ja nienawidzę Desrosiersa, nienawidzę, nie zauważyłaś? Zresztą dziewczynko, przecież ja mam chłopaka i cholernie go kocham.
Blondynka wzruszyła ramionami i odrzuciła swoje blond włosy do tyłu. Znowu zwinęłam się z zazdrości. Ona była piękna, jak żadna inna dziewczyna nadawała się na modelkę. Ciągle jej to powtarzałam, ale ona tylko wzruszała ramionami i mówiła, ze to nie dla niej. Raz namówiłam ja na sesję zdjęciową, bez wahania ją przyjęli. Ale ona stwierdziła, że nie lubi, kiedy coś jej się nakazuje, a zapewne fotograf ciągle jej rozkazywał, bo gdy do mnie przyszła, usłyszałam z jej ust oświadczenie, że nigdy więcej nie da się na coś takiego namówić. Zrozumiałam, że musiało być gorzej niż przewidywałam.
-No jak chcesz. Ja bym brała, co się da – roześmiała się głośno, ale szybko spoważniała. Przez moment pomyślałam, że coś się stało za moimi plecami, ale gdy się rozejrzałam, niczego nie zauważyłam. Spojrzałam na nią zirytowana. Nienawidziłam być nie w temacie. Na jej twarz powoli wkradał się nieśmiały uśmiech – Zdobędziesz mi numer do Pierre’a! – zapiszczała podniecona, klaszcząc w dłonie. Uniosłam brwi do góry. To wcale nie zabrzmiało jak prośba, zabrzmiało jak oczywiste stwierdzenie.
-No chyba sobie żartujesz! – prychnęłam, wyobrażając sobie, jak wraz z Desrosiersem rozwiązuję zadanie i nagle ni stąd ni zowąd wyskakuję z prośbą o numer do jego kumpla. Zaprzeczyłam głową. Nigdy w życiu.
-Proszę cię – zaświergotała, jej bransoletki zabrzęczały, kiedy złożyła błagalnie dłonie – Przecież oni są bliskimi przyjaciółmi! Na pewno uda ci się jakoś wyciągnąć...
-Nie! – wystawiłam jej język – po pierwsze nigdy o nic nie poproszę tego idioty, a po drugie ty sama musisz się zebrać na odwagę i podejść do tego cholernego Bouviera! – pchnęłam ją z irytującym uśmieszkiem. Ona tylko prychnęła.
-No dobra – odparła zniechęcona – Ale przynajmniej napomknij mu kilka dobrych słów o mnie, co? – poprosiła z nadzieją – Może David powtórzy to Pierre’owi.
W odpowiedzi przetrzepałam jej włosy, za co oberwałam z pięści w ramię. Nie miałam pojęcia, dlaczego moje przyjaciółka przy Bouvierze robiła się taka nieśmiała. Zwykle gada jak nakręcona o byle gównach. Gdy tylko brunet pojawia się na horyzoncie, ona rumieni się i momentalnie maleje w oczach. Często namawiam ją, by odważyła się wreszcie do niego zagadać. Ale ona ciągle cytowała mi swoje pozostałe koleżanki, które startowały do bruneta. On wszystkim odmawiał, mówiąc, że ma kogoś innego na oku. Dziwiłam się jej, ja z takim wyglądem potrafiłabym skokietować każdego. A ona bała się, że odrzuci także ją, a nawet wyśmieje. Z drugiej strony wcale jej się nie dziwiłam. Bo chociaż Desrosiers był ze swojej paczki najgorszy, to reszta wcale nie odstawała. Ze wszystkiego stroili sobie żarty, co naprawdę doprowadzało do szału.
***
Dokładnie 10 minut przed jego przyjściem zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam ochoty na niego patrzeć, a co dopiero siedzieć z nim przy matmie. Nawet kosztem własnej oceny. Zacisnęłam pięści, wlepiając wzrok w tarczę zegara. Gdyby on się nie zjawił... Mogłabym całą winę zrzucić na niego. Zamknęłam oczy, modląc się, by on jednak nie przyszedł. Wtedy cały problem miałabym z głowy.
Niestety, kiedy zegar wybił równo czwartą, a ja już miałam odetchnąć z ulgą, usłyszałam dzwonek. Przez moment nie poruszałam się, za chwilę jednak wybudził mnie wrzask mojej mamy. Wstałam ze zrezygnowaniem, ślimacząc się niemiłosiernie. Wciąż miałam nadzieję, że on jednak uzna, że nie ma mnie w domu. Zamiast tego nerwowo dzwonił po raz drugi.
-W końcu – wymamrotał, kiedy zobaczył moją twarz. Bez skrępowania wszedł do środka i ściągnął buty. Chwilę później zaczął iść w kierunku kuchni, ale potem jakby sobie o czymś przypomniał i zatrzymał się gwałtownie.
-Tak właściwie to gdzie ja mam iść? -  - zapytał głupio, odwracając się do mnie. Złapałam się za głowę i załamana pokręciłam nią. Podejrzewałam, że nasze korki nie będą trwały zbyt długo. Bo ja zbyt długo z nim nie wytrzymam. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę pokoju. On, ciągle z rękoma w kieszeniach i stoickim luzem na twarzy, w milczeniu wlókł się tuz za mną. Westchnęłam cicho. Zapowiadała się najgorsza godzina mojego życia. Nacisnęłam na klamkę i wcisnęłam się wraz z Desrosiersem do środka. Blondyn rozejrzał się ciekawie i zanim zdążyłam się poruszyć, już stał przy szafce z płytami.  Z nijaką miną je przeanalizował, dopóki nie doszedł do Green day’a.
-Słuchasz ich?  - zapytał ciekawie. Zaprzeczyłam.
-Dzielę pokój z bratem – odparłam sucho, wyjaśniając obecność płyt. On pytająco na mnie spojrzał.
-ty masz brata? – zdziwił się. Jego twarz wyglądała komicznie.
-A jak myślisz, po co byłoby mi drugie łóżko? – warknęłam, po raz kolejny uświadamiając Desrosiersowi jego głupotę. Chłopak tylko przewrócił oczami.
-Myślisz, ze ja zwracam uwagę na takie szczegóły? – puścił mi oczko. Olałam to, ale on wcale się tym nie przejął – Które jest twoje łóżko? – zapytał.
-To – wskazałam na jasną pościel. Ku mojemu zdziwieniu blondyn wskoczył na nie.
-Ale niewygodne! – burknął niezadowolony – Dziewczyno, ale ty się katujesz!
-Akurat ty nie musisz się tym przejmować, nie będziesz tutaj sypiał – warknęłam, krzyżując ramiona na piersiach.
-Kto to wie – zachichotał blondyn. Zaczerwieniłam się. Zauważyłam, że David znowu zaczyna się rozglądać. Tym razem jego zainteresowanie przykuła piękna akustyczna gitara, którą dostałam od rodziców na siedemnaste urodziny. Szybko się zerwał, co mnie przeraziło i zaczął zbliżać się niebezpiecznie w jej stronę.
-I to też pewnie sprzęt twojego brata? – próbował się domyślić, ale tym razem mu to nie wyszło. Moja twarz ponownie nabrała brzydkiego buraczanego koloru.
-To że nie słucham tych ryków pseudo śpiewaczy, wcale nie znaczy, że nie mogę grać na gitarze – wybuchnęłam zdenerwowana, zaciskając pięści ze złości. On tylko otworzył usta, chyba chciał coś mi powiedzieć, ale się  powstrzymał. Prychnął cicho i jego uwaga znowu skupiła się na sprzęcie.
-W takim razie musisz znać się trochę na grze – odparł lekkodusznie, przyglądając się instrumentowi. Zmarszczyłam czoło. Czy to miałam potraktować jako komplement? – Nie, nie to miałem na myśli – roześmiał się, widząc mój wyraz twarzy – Po prostu ta gitara  nie kosztowała stówę ani dwie. Na pewno nie nadaje się dla początkującego. Skoro masz taką gitarę, to musisz już trochę czasu grać, prawda? – wzruszył ramionami. Ja gapiłam się na niego rozszerzonymi oczyma. Jego dedukcja powalała mnie na kolana.
-Dostałam ją na urodziny – wymamrotałam nieswojo – ale faktycznie trochę już gram…
-No to ktoś, kto ci ją dał, zna się na tym. To nie jest pierwszy lepszy sprzęt – westchnął cicho, chyba usłyszałam w jego głosie zazdrość. Jeszcze przez krótki moment patrzył na gitarę. Stałam zamyślona. On rzeczywiście miał rację. Mój ojciec szalał na punkcie muzyki, nawet teraz pracował w sklepie muzycznym. Na pewno wybrał dla mnie jakieś cudo. Chociaż po prawdzie mnie trochę mniej ciągnęło do gry na instrumentach niż jego. Pomimo jego starań nie planowałam związać własnej przyszłości z muzyką.

-Dobra! – zwróciłam na siebie uwagę, klaszcząc w dłonie – gitara gitarą, ale na nas czeka matematyka!