D

D

sobota, 28 grudnia 2013

PART IV

Następnego dnia nic nie wskazywało na to, że blondyn był mi wdzięczny za wczorajsze spotkanie. Właściwie wszystko wyglądało zwyczajnie, wyzywaliśmy się na każdym kroku, dokuczaliśmy sobie jak tylko mogliśmy. Po ostatniej lekcji miałam go już serdecznie dość. Na szczęście tuż po szkole umówiłam się ze swoim chłopakiem. Czekał na mnie w bramie. Jego uśmiech poprawił mi humor tak bardzo, że prawie go udusiłam, kiedy się w niego wtuliłam. Mieliśmy dwie długie godziny dla siebie. Rozejrzałam się. Kątem oka zauważyłam blond czuprynę Davida. Skrzywiłam się na myśl o tym, co mnie czeka za dwie godziny. Jęknęłam cicho.
-Coś się stało? – zapytał czule Bill, bo tak właśnie nazywał się mój chłopak. Przytuliłam się do niego, uśmiechając się. On zawsze wiedział, kiedy ja się czymś martwię. Skąd? Szósty zmysł?
-Nie – westchnęłam ciężko – Po prostu za dwie godziny muszę być w domu – wymamrotałam znowu ze smutkiem.
-Znowu rodzice? – dopytywał się brunet. Westchnęłam cicho. Naprawdę było mi go szkoda. Starał się im przypodobać. To nie była jego wina, że oni nie potrafili go zaakceptować.
-Nie - zaprzeczyłam niepewnie – Nie. Muszę pomóc jednemu kolesiowi z klasy z matmą – odparłam, specjalnie nie wypowiadając jego nazwiska – Nauczycielka podzieliła nas na pary i powiedziała, że jeśli te gorsze osoby z par nie pozaliczają, to te lepsze ucierpią.
-W jaki sposób ucierpią? – mój chłopak uniósł brwi do góry – chyba nie dostaną paskiem po tyłku, co?
Roześmiałam się.
-No jasne, że nie. Ale ocena poleci w dół.
-Przestań się w końcu tym przejmować – machnął ręką brunet – Przecież z matematyki chyba najgorzej tobie nie idzie, co?
-No nie – uśmiechnęłam się – Ale wiesz, to zawsze ocena…
-Ocena oceną, liczy się to, co masz tutaj – chłopak dotknął mojego czoła. Uśmiechnęłam się. Tak, ja to wiedziałam. Tylko że nie potrafiłam tej zasady wpleść w życie. Ja przez cały czas uczyłam się dla ocen, nie dla siebie.
Na szczęście przez kolejne dwie godziny nie poruszaliśmy już szkoły. On wiedział, że to dla mnie drażliwy temat, więc omijaliśmy go jak najczęściej. Za to gadaliśmy o nieważnych głupotach. No i o nas. Zdążyłam jedynie mrugnąć kilka razy powiekami, zanim zauważyłam, że już powinnam się zbierać, by wrócić o szesnastej do domu.
-Nie chce mi się tam iść – wymamrotałam, leżąc z zamkniętymi oczami na ławce. On delikatnie głaskał mnie po głowie. Czułam się jak w niebie i nie chciałam z tego nieba uciekać.
-Czas szybko ci zleci – próbował mnie pocieszyć Bill, wlepiając we mnie swoje oczy. Westchnęłam ciężko. On nawet nie wyobrażał sobie, co ja tam będę przeżywać.
-Raczej wątpię – burknęłam, przegryzając dolną wargę.
-Daj spokój, przecież mogłaś trafić gorzej. Na pewno nie jest tak źle.
-No właśnie gorzej chyba nie mogłam – wymamrotałam ciężko, zamyślona.
-Mogłaś, mogłaś – uśmiechnął się mój chłopak – Mogłaś trafić na tego swojego… No… - zawiesił się na moment zastanawiając się nad jego nazwiskiem, chociaż ja już domyślałam się, o kogo mu chodzi – No…. Desrosiersa… Tak on się nazywał? – zagubiony podrapał się po głowie, co w normalnych okolicznościach bardzo by mnie rozbawiło.
-No właśnie na niego natrafiłam – wybąkałam. Mój chłopak rzucił mi zaskoczone i zaszokowane spojrzenie.
-I wy jeszcze się nawzajem nie pozabijaliście? – roześmiał się, chociaż mi wcale do śmiechu nie było. Poraziłam go wzrokiem, przez co prawie natychmiast spoważniał -  No już dobrze, moja wojowniczko – uśmiechnął się, przytulając mnie do swojej piersi. Od razu zrobiło mi się przyjemnie cieplej.
-Nie chcę wracać do domu – jęknęłam, patrząc na osmolone przez chmury niebo.
-Więc nie wracaj – chłopak wzruszył ramionami jakby chodziło o nic. Spiorunowałam go wzrokiem – No co? Nic na siłę. Jeśli nie chcesz, to nie musisz nic robić.
-No tak, ale on… - wahałam się, ale mój chłopak mi przerwał.
-On ciągle ciebie rani, zapomniałaś? Dlaczego ty raz nie możesz dać mu po gębie? No ja wiem… - dopowiedział szybko, w obawie, że mu przerwę – Ocena. Ale wbrew pozorom ocena wcale nie jest tak bardzo ważna. To tylko papier.
Westchnęłam cicho, spuszczając głowę. On miał rację, Desrosiersowi ktoś w końcu powinien dać w kość. Przynajmniej przestałby się puszyć. Takim ludziom jak on powinno się pokazać, gdzie raki zimują. No i na siłę go tej matmy nie nauczę.
 Z powrotem położyłam się na trawie i zamknęłam oczy, uśmiechając się do siebie. Życie powinno sprawiać mi przyjemność, a uczenie Desrosiersa do takowych nie należało.
Rozmowa już się nam nie kleiła. Coraz bardziej czułam się winna, że wystawiałam blondyna, chociaż nadal koszmarnie go nienawidziłam za to jak mnie traktował. Wiedziałam, że tak nie powinnam robić, że to nie świadczy o mnie dobrze. Ciągle ze zdenerwowaniem przegryzałam dolną wargę. W ogóle nie skupiałam się na słowach swojego chłopaka. W końcu domyśliłam się, że to nie da mi spokoju, że dopóki nie wrócę do domu i nie zobaczę, ze go nie ma, te myśli ode mnie się nie odczepią. Tak też postanowiłam zrobić. Szybko pożegnałam się z Billem i ruszyłam w stronę domu. Nawet nie zauważyłam tego, że chodzę znacznie szybciej niż zazwyczaj. Nie miałam pojęcia, dlaczego ten Desrosiers tak bardzo mnie dręczył.
Gdy tylko przekroczyłam próg domu, usłyszałam wrzask moje matki. Westchnęłam cicho i odkrzyknęłam, że to tylko ja. Nie mogłam nie słyszeć zadowolenia w jej głosie, kiedy wrzeszczała
-Ktoś na ciebie czeka już od godziny, więc łaskawie przytargaj tu swój tyłek.

Moje oczy od razu się rozszerzyły. Poczułam, zew ziemia zaczyna wirować mi pod stopami. On tu był. On wciąż czekał, aż wrócę. Zachowałam się jak totalna idiotka. Powinnam była domyślić się, że moja mama tak łatwo nie da mu spokoju. Złapałam się za głowę. Wolałam nie myśleć, o czym gadali. 

1 komentarz:

  1. OOO :D Wreszcie poznaliśmy Billa :)

    WOW! David tak bardzo cierpliwy! Uszanowanko :D

    OdpowiedzUsuń