-Czyli co? – pytała z daleka, podskakując na krześle. Już
się domyśliłam, że słyszała naszą rozmowę. Westchnęłam cicho i usiadłam obok.
Miałam ochotę urwać jej język i uszy – No opowiadaj! – krzyknęła
zniecierpliwiona, nie patrząc na biologię.
-Ale o czym mam mówić? – warknęłam wkurzona, wciąż
podburzona wcześniejszym zachowaniem blondyna. W dodatku teraz moja
przyjaciółka robiła z igły widły. Jej oczy się błyszczały. Najwyraźniej chciała
ode mnie uzyskać jakąś niewyobrażalnie ciekawą informację.
-No czy ty i David jesteście razem w parze na matmie?! –
krzyknęła. Nerwowo rozejrzałam się po klasie, na szczęście harmider był tak
bardzo głośny, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Odetchnęłam z ulgą, z powrotem
odwracając się do koleżanki.
-Tak – odparłam niechętnie, pochylając się nad swoim
plecakiem i wyciągając zeszyt. Ona zapiszczała, zasłaniając sobie usta dłońmi.
Z powrotem na nią spojrzałam, zaskoczona jej reakcją. Nigdy nie pomyślałabym,
że moje przygody z Desrosiersem są aż tak bardzo ekscytujące.
-I naprawdę zamierzacie razem uczyć się matmy? – zapytała
głupio jakby to miało być jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem. Pokiwałam głową, zastanawiając się nad tym,
co ona może mieć na myśli – No przestań – trąciła mnie łokciem w bok –
Desrosiers to nie byle kto – dopowiedziała mi nieco ciszej, puszczając mi
oczko. Moje źrenice rozszerzyły się ze zdumienia.
-Amy! – wrzasnęłam. Wzrok nauczycielki na nas spoczął. Obie pokryłyśmy się rumieńcami,
ale za chwilę uwagę biologiczki przykuła grupa chłopców z pierwszej ławki,
którzy bawili się w obrzucanie siebie śmieciami – Amy, ja nienawidzę
Desrosiersa, nienawidzę, nie zauważyłaś? Zresztą dziewczynko, przecież ja mam
chłopaka i cholernie go kocham.
Blondynka wzruszyła ramionami i odrzuciła swoje blond
włosy do tyłu. Znowu zwinęłam się z zazdrości. Ona była piękna, jak żadna inna
dziewczyna nadawała się na modelkę. Ciągle jej to powtarzałam, ale ona tylko
wzruszała ramionami i mówiła, ze to nie dla niej. Raz namówiłam ja na sesję
zdjęciową, bez wahania ją przyjęli. Ale ona stwierdziła, że nie lubi, kiedy coś
jej się nakazuje, a zapewne fotograf ciągle jej rozkazywał, bo gdy do mnie
przyszła, usłyszałam z jej ust oświadczenie, że nigdy więcej nie da się na coś
takiego namówić. Zrozumiałam, że musiało być gorzej niż przewidywałam.
-No jak chcesz. Ja bym brała, co się da – roześmiała się
głośno, ale szybko spoważniała. Przez moment pomyślałam, że coś się stało za
moimi plecami, ale gdy się rozejrzałam, niczego nie zauważyłam. Spojrzałam na
nią zirytowana. Nienawidziłam być nie w temacie. Na jej twarz powoli wkradał
się nieśmiały uśmiech – Zdobędziesz mi numer do Pierre’a! – zapiszczała
podniecona, klaszcząc w dłonie. Uniosłam brwi do góry. To wcale nie zabrzmiało
jak prośba, zabrzmiało jak oczywiste stwierdzenie.
-No chyba sobie żartujesz! – prychnęłam, wyobrażając
sobie, jak wraz z Desrosiersem rozwiązuję zadanie i nagle ni stąd ni zowąd
wyskakuję z prośbą o numer do jego kumpla. Zaprzeczyłam głową. Nigdy w życiu.
-Proszę cię – zaświergotała, jej bransoletki zabrzęczały,
kiedy złożyła błagalnie dłonie – Przecież oni są bliskimi przyjaciółmi! Na
pewno uda ci się jakoś wyciągnąć...
-Nie! – wystawiłam jej język – po pierwsze nigdy o nic
nie poproszę tego idioty, a po drugie ty sama musisz się zebrać na odwagę i
podejść do tego cholernego Bouviera! – pchnęłam ją z irytującym uśmieszkiem.
Ona tylko prychnęła.
-No dobra – odparła zniechęcona – Ale przynajmniej
napomknij mu kilka dobrych słów o mnie, co? – poprosiła z nadzieją – Może David
powtórzy to Pierre’owi.
W odpowiedzi przetrzepałam jej włosy, za co oberwałam z
pięści w ramię. Nie miałam pojęcia, dlaczego moje przyjaciółka przy Bouvierze
robiła się taka nieśmiała. Zwykle gada jak nakręcona o byle gównach. Gdy tylko
brunet pojawia się na horyzoncie, ona rumieni się i momentalnie maleje w oczach.
Często namawiam ją, by odważyła się wreszcie do niego zagadać. Ale ona ciągle
cytowała mi swoje pozostałe koleżanki, które startowały do bruneta. On
wszystkim odmawiał, mówiąc, że ma kogoś innego na oku. Dziwiłam się jej, ja z
takim wyglądem potrafiłabym skokietować każdego. A ona bała się, że odrzuci
także ją, a nawet wyśmieje. Z drugiej strony wcale jej się nie dziwiłam. Bo
chociaż Desrosiers był ze swojej paczki najgorszy, to reszta wcale nie
odstawała. Ze wszystkiego stroili sobie żarty, co naprawdę doprowadzało do
szału.
***
Dokładnie 10 minut przed jego przyjściem zdałam sobie
sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam ochoty na niego patrzeć, a co dopiero
siedzieć z nim przy matmie. Nawet kosztem własnej oceny. Zacisnęłam pięści,
wlepiając wzrok w tarczę zegara. Gdyby on się nie zjawił... Mogłabym całą winę
zrzucić na niego. Zamknęłam oczy, modląc się, by on jednak nie przyszedł. Wtedy
cały problem miałabym z głowy.
Niestety, kiedy zegar wybił równo czwartą, a ja już
miałam odetchnąć z ulgą, usłyszałam dzwonek. Przez moment nie poruszałam się,
za chwilę jednak wybudził mnie wrzask mojej mamy. Wstałam ze zrezygnowaniem, ślimacząc
się niemiłosiernie. Wciąż miałam nadzieję, że on jednak uzna, że nie ma mnie w
domu. Zamiast tego nerwowo dzwonił po raz drugi.
-W końcu – wymamrotał, kiedy zobaczył moją twarz. Bez
skrępowania wszedł do środka i ściągnął buty. Chwilę później zaczął iść w
kierunku kuchni, ale potem jakby sobie o czymś przypomniał i zatrzymał się
gwałtownie.
-Tak właściwie to gdzie ja mam iść? - - zapytał głupio, odwracając się do mnie.
Złapałam się za głowę i załamana pokręciłam nią. Podejrzewałam, że nasze korki
nie będą trwały zbyt długo. Bo ja zbyt długo z nim nie wytrzymam. Wzięłam
głęboki wdech i ruszyłam w stronę pokoju. On, ciągle z rękoma w kieszeniach i
stoickim luzem na twarzy, w milczeniu wlókł się tuz za mną. Westchnęłam cicho.
Zapowiadała się najgorsza godzina mojego życia. Nacisnęłam na klamkę i
wcisnęłam się wraz z Desrosiersem do środka. Blondyn rozejrzał się ciekawie i
zanim zdążyłam się poruszyć, już stał przy szafce z płytami. Z nijaką miną je przeanalizował, dopóki nie
doszedł do Green day’a.
-Słuchasz ich? -
zapytał ciekawie. Zaprzeczyłam.
-Dzielę pokój z bratem – odparłam sucho, wyjaśniając
obecność płyt. On pytająco na mnie spojrzał.
-ty masz brata? – zdziwił się. Jego twarz wyglądała
komicznie.
-A jak myślisz, po co byłoby mi drugie łóżko? – warknęłam,
po raz kolejny uświadamiając Desrosiersowi jego głupotę. Chłopak tylko
przewrócił oczami.
-Myślisz, ze ja zwracam uwagę na takie szczegóły? – puścił
mi oczko. Olałam to, ale on wcale się tym nie przejął – Które jest twoje łóżko?
– zapytał.
-To – wskazałam na jasną pościel. Ku mojemu zdziwieniu
blondyn wskoczył na nie.
-Ale niewygodne! – burknął niezadowolony – Dziewczyno,
ale ty się katujesz!
-Akurat ty nie musisz się tym przejmować, nie będziesz
tutaj sypiał – warknęłam, krzyżując ramiona na piersiach.
-Kto to wie – zachichotał blondyn. Zaczerwieniłam się.
Zauważyłam, że David znowu zaczyna się rozglądać. Tym razem jego
zainteresowanie przykuła piękna akustyczna gitara, którą dostałam od rodziców
na siedemnaste urodziny. Szybko się zerwał, co mnie przeraziło i zaczął zbliżać
się niebezpiecznie w jej stronę.
-I to też pewnie sprzęt twojego brata? – próbował się
domyślić, ale tym razem mu to nie wyszło. Moja twarz ponownie nabrała
brzydkiego buraczanego koloru.
-To że nie słucham tych ryków pseudo śpiewaczy, wcale nie
znaczy, że nie mogę grać na gitarze – wybuchnęłam zdenerwowana, zaciskając
pięści ze złości. On tylko otworzył usta, chyba chciał coś mi powiedzieć, ale
się powstrzymał. Prychnął cicho i jego
uwaga znowu skupiła się na sprzęcie.
-W takim razie musisz znać się trochę na grze – odparł lekkodusznie,
przyglądając się instrumentowi. Zmarszczyłam czoło. Czy to miałam potraktować
jako komplement? – Nie, nie to miałem na myśli – roześmiał się, widząc mój
wyraz twarzy – Po prostu ta gitara nie
kosztowała stówę ani dwie. Na pewno nie nadaje się dla początkującego. Skoro
masz taką gitarę, to musisz już trochę czasu grać, prawda? – wzruszył
ramionami. Ja gapiłam się na niego rozszerzonymi oczyma. Jego dedukcja powalała
mnie na kolana.
-Dostałam ją na urodziny – wymamrotałam nieswojo – ale
faktycznie trochę już gram…
-No to ktoś, kto ci ją dał, zna się na tym. To nie jest
pierwszy lepszy sprzęt – westchnął cicho, chyba usłyszałam w jego głosie zazdrość.
Jeszcze przez krótki moment patrzył na gitarę. Stałam zamyślona. On
rzeczywiście miał rację. Mój ojciec szalał na punkcie muzyki, nawet teraz pracował
w sklepie muzycznym. Na pewno wybrał dla mnie jakieś cudo. Chociaż po prawdzie
mnie trochę mniej ciągnęło do gry na instrumentach niż jego. Pomimo jego starań
nie planowałam związać własnej przyszłości z muzyką.
-Dobra! – zwróciłam na siebie uwagę, klaszcząc w dłonie –
gitara gitarą, ale na nas czeka matematyka!
To dopiero drugi part, a ja już jestem zakochana w tym opowiadanku!! <3 Kazecia! Jesteś po prostu genialna!
OdpowiedzUsuń