D

D

niedziela, 26 stycznia 2014

PART VII

Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek, oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza. Oniemiała gapiłam się w tamto miejsce, dopóki nie podskoczyłam do mnie podekscytowana Marcy, moja przyjaciółka.
-Ej! Dlaczego ty mi nic nie powiedziałaś?!  - zapytała nieco obrażona, ale zaraz potem jej twarz ozdobił uśmiech – Ale to nic, nadrobimy to!  - zawołała, klaszcząc w dłonie.
-Co? – odparłam głupio, obracając głowę w jej stronę. W głowie miałam tyle myśli, że kolejny znak zapytania niewiele dla mnie znaczył.
-No ty i Desrosiers! – krzyknęła głośno jakby to było oczywiste. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia i szybko się rozejrzałam. Na szczęście nikt tego nie usłyszał, każdy był zajęty swoimi sprawami.
-Nie wrzeszcz tak – burknęłam – Że niby co ja i Desrosiers? – zapytałam, podejrzewając, że to blondyn rozesłał jakąś nową plotkę. Nie wiedziałam, czy chcę wiedzieć, o co znowu chodzi.
-No że się przyjaźnicie! – zapiszczała dziewczyna, nie potrafiąc powstrzymać emocji na wodzy. Tym razem jednak jej głos brzmiał nieco ciszej. Zaczęłam się głośno śmiać. Ona ciągle się we mnie wpatrywała, chyba nie wiedziała, czy się ze mną śmiać czy raczej zachować powagę.
-Ja i… i… on… ? – zapytałam ocierając łzy z oczu – Kto ci tak powiedział?
-No co… - prychnęła obrażona, jej pewność siebie momentalnie zniknęła – Miałam informacje z pierwszej ręki! Van mówiła, że jak wracała ze sklepu, to widziała, jak jedziecie razem na jednej desce! No a potem on podtrzymywał ciebie za dłonie!
-I co… I to wszystko? – nadal chichotałam cicho.
-No! Ale dlaczego wy to ukrywaliście!? To dlatego tak sobie dokuczaliście, ta? Żeby to nie wyszło na jaw? – dopytywała się dociekliwie – No ale mi to jednak mogłabyś to powiedzieć! – skrzyżowała ramiona na piersiach, wyraźnie na mnie obrażona.
-Moja kochana Marcy!  - uśmiechnęłam się szeroko, obejmując ramieniem brunetkę – Ja nienawidzę tego zapyziałego w sobie blondyna, doskonale o tym wiesz! To ostatnia osoba, z którą miałabym ochotę się zaprzyjaźnić! Ja nawet nie potrafię go polubić
-Więc dlaczego nie było cię dzisiaj na wuefie?  - dziewczyna wydawała się być jeszcze bardziej podejrzliwa – No i dlaczego wróciłaś z Davidem i z chłopakami?
-Bo to oni nie chcieli się ode mnie odczepić – odparłam nieco zażenowana tym wszystkim. Powoli zaczynało do mnie docierać, jak to wszystko musiało wyglądać, zwłaszcza nasza przejażdżka na desce. Miałam taką cichą nadzieję, że nikt nas zobaczył. Teraz już wiedziałam, że moja nadzieja była złudna.
 Niestety tego dnia cała szkoła huczała od plotek na temat mojego i Desrosiersa związku. Chodziłam wściekła, zresztą tak samo jak i on. Gdy tylko na siebie trafialiśmy, od razu warczeliśmy nawzajem. Wszyscy uznawali to za ciąg dalszy naszej gry. Nie wiedzieć czemu blondyn się nie uśmiechał, tak jak zwykle. Ciągle wysyłał mi spojrzenia, z których odczytywałam wyraźne i jasne: nienawidzę cię. Tego dnia nie zjawił się w moim domu, żeby ćwiczyć matmę. Za to też się na niego wściekłam. Specjalnie urwałam się ze spotkania z Billem, który podsumował cały mój zwariowany dzień zwykłym śmiechem. Jeśli on nie chce przyłazić ja na siłę nie będę go zmuszała. Dla mnie ta ocena powoli przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Następnego dnia wpadłam do szkoły równo z dzwonkiem. Desrosiersa nie było, jego sąsiada z ławki też nie. Pewnie dzisiaj postanowili zrobić sobie wolne. Wzruszyłam ramionami, nawet nie próbując wysłuchiwać swojej przyjaciółki marzącej o „tych pierre’owych oczach”.
Ogromne było moje zdumienie, kiedy cała piątka pojawiła się na następnej przerwie. Wszyscy stali przy oknie i pilnie śledzili przechodniów, chyba jednak nikogo nie wyśledzili, bo gdy zadzwonił dzwonek, z kwaśnymi minami się rozeszli. Ja, mając ciągle w uszach uwagi o Desrosiersie roześmianych ludzi, byłam tak bardzo wściekła, że  odstraszałam wszystkich od siebie samym spojrzeniem. I chyba każdy już to zauważył, ale oni wszyscy się tym nie przejmowali, wręcz przeciwnie, to ich napawało do dalszego gnębienia. Dlatego David chyba bał się do mnie podejść, chociaż z jego twarzy wyczytałam, że chce ze mną porozmawiać.
Przed ostatnią lekcją myślałam, że coś mnie rozerwie. Nawet moja przyjaciółka nie chciała dać mi spokoju i powtarzała, że przecież jej mogę zaufać. Nawet jej głosu miałam już serdecznie dość. Gdy tylko zadzwonił dzwonek na przerwę, wyleciałam z klasy i pobiegłam do toalety. Jeszcze nikogo tu nie było, ale spodziewałam się tłumów, bo tu zawsze pchało się jakieś kilkadziesiąt dziewczyn, dlatego szybko zalokowałam się w jednej  kabin. Rzeczywiście ledwie zdążyłam się zamknąć, a już panienki tłumnie wleciały do łazienki i głośno zaczęły plotkować. Przegryzłam dolną wargę, zastanawiając się jakim cudem mam stąd wyjść na lekcję. Siedziałam zdenerwowana na kiblu, wysłuchując o sobie coraz bardziej okrutnych słów. Ciągle gadały o moim wyglądzie i o tym, że rzekomo rozbiłam czyiś związek. Starałam się tego nie słuchać, nawet zatykałam uszy, ale moja ciekawość pokonała moje starania. Z zaciśniętymi zębami słuchałam o tym, jak dziewczyna Davida zrywa z nim na środku szkoły. Poczułam w sercu dziwną pustkę. Po moim policzku spłynęła łza. Przecież to nie było tak… Przecież to była jedna, niewinna przejażdżka…
Przegryzłam dolną wargę. Miałam cholerne szczęście, że Bill na to wszystko zareagował śmiechem. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tego, jakby to wszystko wyglądało bez niego. Nie chciałam nigdy dowiedzieć się, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Bo to cholernie gorzkie uczucie.
Westchnęłam cicho i schowałam twarz w dłoniach. Nie miałam pojęcia, co robić. Myślałam, że jak coś takiego kiedykolwiek się przydarzy, będę się cieszyła, że temu durnemu blondynkowi w końcu życie dało mocnego kopniaka w tyłek. Tymczasem ja czułam się z tym coraz gorzej.  Powoli docierało do mnie to, że zniszczyłam czyjeś życie. A raczej miałam w tym ogromny udział.
Nawet nie zauważyłam momentu, w którym one wszystkie opuściły łazienkę. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, czy był już dzwonek i czy mogę bezpiecznie wyjść z kabiny. Nie słyszałam żadnych głosów, więc wyślizgnęłam się z kabiny. Powoli podeszłam do lustra. Miałam taką minę jakbym chciała się za chwilę zabić. Zręcznie poprawiłam fryzurę, na twarz przypięłam sztuczny uśmiech, który po ułamku sekundy ponownie zniknął. Uznałam, że nie wyglądam tak fatalnie i że mogę wyjść. Westchnęłam cicho. Jakoś nie wyobrażałam sobie wyjścia do ludzi i częstowania ich ciągle tym samym sztucznym uśmiechem. Ale czy miałam inne wyjście?
Cholernie się przestraszyłam, kiedy klamka się poruszyła. Przez moment zastanawiałam się nad tym, co robić, ale nie miałam czasu na myślenie, kiedy drzwi zaczęły się otwierać. Biegiem rzuciłam się w stronę pierwszej lepszej kabiny. Zacisnęłam pięści, wierząc, że ta osoba nie widziała mojej ucieczki.
-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos. Głos który znałam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz