Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek,
oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza.
Oniemiała gapiłam się w tamto miejsce, dopóki nie podskoczyłam do mnie
podekscytowana Marcy, moja przyjaciółka.
-Ej! Dlaczego ty mi nic nie powiedziałaś?! - zapytała nieco obrażona, ale zaraz potem
jej twarz ozdobił uśmiech – Ale to nic, nadrobimy to! - zawołała, klaszcząc w dłonie.
-Co? – odparłam głupio, obracając głowę w jej stronę. W
głowie miałam tyle myśli, że kolejny znak zapytania niewiele dla mnie znaczył.
-No ty i Desrosiers! – krzyknęła głośno jakby to było
oczywiste. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia i szybko się rozejrzałam. Na
szczęście nikt tego nie usłyszał, każdy był zajęty swoimi sprawami.
-Nie wrzeszcz tak – burknęłam – Że niby co ja i
Desrosiers? – zapytałam, podejrzewając, że to blondyn rozesłał jakąś nową
plotkę. Nie wiedziałam, czy chcę wiedzieć, o co znowu chodzi.
-No że się przyjaźnicie! – zapiszczała dziewczyna, nie
potrafiąc powstrzymać emocji na wodzy. Tym razem jednak jej głos brzmiał nieco
ciszej. Zaczęłam się głośno śmiać. Ona ciągle się we mnie wpatrywała, chyba nie
wiedziała, czy się ze mną śmiać czy raczej zachować powagę.
-Ja i… i… on… ? – zapytałam ocierając łzy z oczu – Kto ci
tak powiedział?
-No co… - prychnęła obrażona, jej pewność siebie momentalnie
zniknęła – Miałam informacje z pierwszej ręki! Van mówiła, że jak wracała ze
sklepu, to widziała, jak jedziecie razem na jednej desce! No a potem on
podtrzymywał ciebie za dłonie!
-I co… I to wszystko? – nadal chichotałam cicho.
-No! Ale dlaczego wy to ukrywaliście!? To dlatego tak
sobie dokuczaliście, ta? Żeby to nie wyszło na jaw? – dopytywała się
dociekliwie – No ale mi to jednak mogłabyś to powiedzieć! – skrzyżowała ramiona
na piersiach, wyraźnie na mnie obrażona.
-Moja kochana Marcy!
- uśmiechnęłam się szeroko, obejmując ramieniem brunetkę – Ja nienawidzę
tego zapyziałego w sobie blondyna, doskonale o tym wiesz! To ostatnia osoba, z
którą miałabym ochotę się zaprzyjaźnić! Ja nawet nie potrafię go polubić
-Więc dlaczego nie było cię dzisiaj na wuefie? - dziewczyna wydawała się być jeszcze
bardziej podejrzliwa – No i dlaczego wróciłaś z Davidem i z chłopakami?
-Bo to oni nie chcieli się ode mnie odczepić – odparłam
nieco zażenowana tym wszystkim. Powoli zaczynało do mnie docierać, jak to
wszystko musiało wyglądać, zwłaszcza nasza przejażdżka na desce. Miałam taką
cichą nadzieję, że nikt nas zobaczył. Teraz już wiedziałam, że moja nadzieja
była złudna.
Niestety tego dnia
cała szkoła huczała od plotek na temat mojego i Desrosiersa związku. Chodziłam
wściekła, zresztą tak samo jak i on. Gdy tylko na siebie trafialiśmy, od razu
warczeliśmy nawzajem. Wszyscy uznawali to za ciąg dalszy naszej gry. Nie
wiedzieć czemu blondyn się nie uśmiechał, tak jak zwykle. Ciągle wysyłał mi
spojrzenia, z których odczytywałam wyraźne i jasne: nienawidzę cię. Tego dnia
nie zjawił się w moim domu, żeby ćwiczyć matmę. Za to też się na niego
wściekłam. Specjalnie urwałam się ze spotkania z Billem, który podsumował cały
mój zwariowany dzień zwykłym śmiechem. Jeśli on nie chce przyłazić ja na siłę
nie będę go zmuszała. Dla mnie ta ocena powoli przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Następnego dnia wpadłam do szkoły równo z dzwonkiem.
Desrosiersa nie było, jego sąsiada z ławki też nie. Pewnie dzisiaj postanowili
zrobić sobie wolne. Wzruszyłam ramionami, nawet nie próbując wysłuchiwać swojej
przyjaciółki marzącej o „tych pierre’owych oczach”.
Ogromne było moje zdumienie, kiedy cała piątka pojawiła
się na następnej przerwie. Wszyscy stali przy oknie i pilnie śledzili
przechodniów, chyba jednak nikogo nie wyśledzili, bo gdy zadzwonił dzwonek, z
kwaśnymi minami się rozeszli. Ja, mając ciągle w uszach uwagi o Desrosiersie
roześmianych ludzi, byłam tak bardzo wściekła, że odstraszałam wszystkich od siebie samym
spojrzeniem. I chyba każdy już to zauważył, ale oni wszyscy się tym nie
przejmowali, wręcz przeciwnie, to ich napawało do dalszego gnębienia. Dlatego
David chyba bał się do mnie podejść, chociaż z jego twarzy wyczytałam, że chce
ze mną porozmawiać.
Przed ostatnią lekcją myślałam, że coś mnie rozerwie.
Nawet moja przyjaciółka nie chciała dać mi spokoju i powtarzała, że przecież
jej mogę zaufać. Nawet jej głosu miałam już serdecznie dość. Gdy tylko
zadzwonił dzwonek na przerwę, wyleciałam z klasy i pobiegłam do toalety.
Jeszcze nikogo tu nie było, ale spodziewałam się tłumów, bo tu zawsze pchało
się jakieś kilkadziesiąt dziewczyn, dlatego szybko zalokowałam się w
jednej kabin. Rzeczywiście ledwie
zdążyłam się zamknąć, a już panienki tłumnie wleciały do łazienki i głośno
zaczęły plotkować. Przegryzłam dolną wargę, zastanawiając się jakim cudem mam
stąd wyjść na lekcję. Siedziałam zdenerwowana na kiblu, wysłuchując o sobie
coraz bardziej okrutnych słów. Ciągle gadały o moim wyglądzie i o tym, że
rzekomo rozbiłam czyiś związek. Starałam się tego nie słuchać, nawet zatykałam
uszy, ale moja ciekawość pokonała moje starania. Z zaciśniętymi zębami
słuchałam o tym, jak dziewczyna Davida zrywa z nim na środku szkoły. Poczułam w
sercu dziwną pustkę. Po moim policzku spłynęła łza. Przecież to nie było tak…
Przecież to była jedna, niewinna przejażdżka…
Przegryzłam dolną wargę. Miałam cholerne szczęście, że
Bill na to wszystko zareagował śmiechem. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić tego,
jakby to wszystko wyglądało bez niego. Nie chciałam nigdy dowiedzieć się, jak
to jest stracić kogoś bliskiego. Bo to cholernie gorzkie uczucie.
Westchnęłam cicho i schowałam twarz w dłoniach. Nie
miałam pojęcia, co robić. Myślałam, że jak coś takiego kiedykolwiek się
przydarzy, będę się cieszyła, że temu durnemu blondynkowi w końcu życie dało
mocnego kopniaka w tyłek. Tymczasem ja czułam się z tym coraz gorzej. Powoli docierało do mnie to, że zniszczyłam
czyjeś życie. A raczej miałam w tym ogromny udział.
Nawet nie zauważyłam momentu, w którym one wszystkie
opuściły łazienkę. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, czy był już dzwonek i
czy mogę bezpiecznie wyjść z kabiny. Nie słyszałam żadnych głosów, więc
wyślizgnęłam się z kabiny. Powoli podeszłam do lustra. Miałam taką minę jakbym
chciała się za chwilę zabić. Zręcznie poprawiłam fryzurę, na twarz przypięłam
sztuczny uśmiech, który po ułamku sekundy ponownie zniknął. Uznałam, że nie
wyglądam tak fatalnie i że mogę wyjść. Westchnęłam cicho. Jakoś nie wyobrażałam
sobie wyjścia do ludzi i częstowania ich ciągle tym samym sztucznym uśmiechem.
Ale czy miałam inne wyjście?
Cholernie się przestraszyłam, kiedy klamka się poruszyła.
Przez moment zastanawiałam się nad tym, co robić, ale nie miałam czasu na
myślenie, kiedy drzwi zaczęły się otwierać. Biegiem rzuciłam się w stronę
pierwszej lepszej kabiny. Zacisnęłam pięści, wierząc, że ta osoba nie widziała
mojej ucieczki.
-Nie musisz się chować! – usłyszałam po chwili głos.
Głos który znałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz