D

D

wtorek, 14 stycznia 2014

PART VI

-Patrzcie, koniec świata nadchodzi, Wellman na wagarach! – na dźwięk swojego nazwiska leniwie otworzyłam oczy i zadrżałam. Uboga bladość tego poranka chlasnęła mnie w twarz.
-Jaka Wellman, Chuck, to jakiś bezdomny! Nawet ona nie ubiera się tak fatalnie!
Głośny wybuch śmiechu pobudził moje szare komórki do myślenia. Oni przez cały czas mówili o mnie. Wagary? Jakie wagary?
Rozejrzałam się nieprzytomnie. Szeroko szczerząca się piątka otoczyła już moją ławkę. Z powrotem zamknęłam oczy. Znałam ich wszystkich, w końcu Desrosiers nie był mi obcy, tak jak pozostała czwórka. Nie miałam ochoty na nich patrzeć ani ich słuchać. Z drugiej strony teraz wiedziałam, że szybko się ode mnie nie odwalą. Oni są jak muchy. Jak już się przyczepią, to się nie odczepią, dopóki nie osiągną swojego celu. A wiedziałam, że ich celem jest wyprowadzenie mnie z równowagi. Nie zamierzałam się dać.
-Co tam słychać, nasza koleżaneczko? – usłyszałam nad swoim uchem świergot. Samą siłą woli powstrzymałam się od tego, by nie walnąć mu w łeb. Nie mogłam tracić nad sobą kontroli.
-Od kiedy to ja jestem waszą KOLEŻANECZKĄ? – zapytałam kąśliwie, udając, że wcale mnie nie rusza ich obecność. Tak naprawdę miałam ochotę stąd zwiać. Ale dawać im kolejny powód do radości? W życiu!
-Od kiedy tylko zaczęłaś chodzić na wagary! – ryknęli zgodnym chórem. Uniosłam powieki do góry i aż się wzdrygnęłam, widząc tak blisko tęczówki Bouviera. Odsunęłam się kawałek od niego, ale wtedy przysunęłam się bliżej w stronę wyszczerzonego Desrosiersa. Złapałam się za głowę.
-Posunęlibyście te tyłki, my też chcemy usiąść! – warknęła zniecierpliwiona pozostała trójka. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłam, że oni rzeczywiście zamierzają wepchnąć się na ławkę. Jęknęłam cicho, czując, jak dwa ciała zaczynają się we mnie wpychać. Koniec końców udało nam się usiąść, ale za to wszyscy mieliśmy problemy z oddychaniem. Ale i tak nikt nie chciał stać.
-David, mówiłem, odstaw te cholerne banany! Teraz zajmujesz połowę ławki!
-Od jutra zabieramy się za bieganie! Zobaczysz, damy ci taki wycisk, że zdechniesz!
-Hej, ja nie jestem gruby! To Jeff na okrągło wcina te hot dogi! To on pobił rekord, a potem przez pół dnia rzygał…
Ich kłótnia była tak bardzo żałosna, że postanowiłam dalej jej nie słuchać. Jakimś cudem udało mi się spojrzeć na zegarek. Moje oczy momentalnie się rozszerzyły. Dopiero to do mnie dotarło. Pierwsza lekcja już dawno się zaczęła. Zerwałam się szybko, ściskając moją torbę. Wiedziałam, że nie mam szans, żeby zdążyć na wf, ale gdybym pobiegła, to być może zdołałabym się nie spóźnić na kolejną lekcję.
Czułam na sobie ich ciekawy wzrok, ale nie zamierzałam zwracać na to uwagi. Przegryzłam dolną wargę i obróciłam się na pięcie. Zaczęłam biec w stronę szkoły, co na pewno ich zaskoczyło. Natychmiast usłyszałam za sobą podejrzany szum.
-Od nas, skarbie, się nie ucieka! – zacmokał Seb, najszybciej mnie doganiając. Prychnęłam cicho pod nosem. No tak, oni mieli deskorolki. Powinnam od razu domyślić się, że tak prosto nie będzie. Nie z nimi.
-Odwalcie się ode mnie – warknęłam, nie spowalniając tempa. Wszyscy wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Dobrze wiesz, że to niemożliwe! – wrzasnęli, nadal dotrzymując mi towarzystwa.
-Czyli wracacie ze mną do szkoły? – zapytałam z krzywym uśmieszkiem. Pierre od razu się zatrzymał, powodując tym samym niemałą kolizję, bo Chuck, który jechał tuż za nim, nie zauważył tego. Parsknęłam z przygłupim uśmieszkiem.
-Zamierzasz zdążyć na drugą lekcję, biegnąc w takim tempie? – zapytał Jeff ze zmarszczonym czołem, zerkając na swój zegarek. Zarumieniłam się, wcale nie dlatego, że się już zmęczyłam. Czułam, że oni się nabijają z mojego biegu. I to wcale nie było przyjemne uczucie – Nie dasz rady – stwierdził wprost.
-Założymy się? – wysyczałam, na co on wybuchnął głośnym śmiechem.
-Bojowa babka z ciebie!
-A z ciebie natrętny debil – warknęłam, zaciskając pięści. Przez te przygłupie pogawędki z nimi traciłam coraz więcej siły. Zaczynałam powoli zwalniać, a szkoła ciągle była daleko.
-Może ciebie podwieźć? – zapytał David, odpychając się stopą od ziemi. Wybuchnęłam głośnym śmiechem.
-Niby jak? – zapytałam, potykając się o nierówną płytkę chodnika i omal się nie przewracając.
-No na desce!
Spojrzałam na niego jak na idiotę, ale on chyba mówił zupełnie serio, przynajmniej to wyczytałam z jego twarzy.
-Żartujesz sobie? Gdzie ty niby chcesz mnie pomieścić!?
-No wiesz! – oburzy ł się blondyn – No że chłopaki to rozumiem, ale ty!? Przecież ja wcale nie jestem gruby! Naprawdę są ode mnie grubsi!
-Co? – spojrzałam na niego zaskoczona, w ogóle nie pojmując, o czym on mówi.
-Nic – burknął trochę obrażony blondyn – Wskakuj! – rozkazał, robiąc mi miejsce na swojej desce. Zauważywszy, że się waham, blondyn odbił się stopą od ziemi i przejechał kawałek dalej, uśmiechając się podejrzanie – No przecież nie zrobię ci krzywdy! – krzyknął. Przewróciłam oczami, czując, że zaczynam odpuszczać.
-No właśnie tego nie byłabym taka pewna…  - zatrzymałam się, głęboko oddychając. Chłopaki także przystanęli, chyba po to, żeby dotrzymać mi towarzystwa, chociaż w zasadzie ja ich nie potrzebowałam. Pierre i Chuck też nas dogonili, wciąż wrzeszcząc na siebie wzajemnie. Powoli zaczęłam kierować się w stronę szkoły. Nie miałam wyjścia, musiałam spóźnić się na drugą lekcję.
-Uparta jesteś! – wyszczerzył się Jeff, przez cały czas jadąc obok mnie. Miałam wrażenie, że on po prostu chce mi udowodnić, że jest szybszy ode mnie. David po krótkiej chwili do nas dojechał, nadal oferując mi miejsce na swojej desce. Wahałam się tylko przez ułamek sekundy. Potem, wściekła na siebie i własne nogi, podskoczyłam do zdumionego blondyna.
-Okej – zgodziłam się, wzdychając ciężko – Okej, zawieź mnie do tej cholernej szkoły. Ale to pierwszy i ostatni raz, rozumiemy się!? – zapytałam z grozą w głosie. On tylko jeszcze szerzej się uśmiechnął.
-Jeśli już raz wsiądziesz, to koniec, nie będziesz chciała wysiąść!
-Przekonamy się – wymamrotałam cicho pod nosem, stając niepewnie na jego desce, na której właściwie nie było dla mnie miejsca. Blondyn jednak nie narzekał na ciasnotę, wręcz przeciwnie, cieszył się jak dziecko.
-Tylko lepiej zachowaj równowagę! – ostrzegł mnie, ale to co miał na myśli zrozumiałam dopiero w trakcie jazdy. Wtedy też dotarło do mnie z kontekstu rozmowy piątki chłopaków, że oni po prostu robią sobie eksperyment. Tak naprawdę oni nigdy nie testowali podwójnej jazdy. Uśmiechnęłam się słabo, uświadamiając sobie, że wpadłam w niezłe bagno. Kiedy David ruszał, obiecałam sobie, że nigdy więcej mu nie zaufam, a gdy tylko zeskoczę z tej deski, zamorduję Desrosiersa. Blondyn w ogóle nie zważał na moją obecność. Pędził jak oszalały, na początku po nierównym chodniku, a potem też po ulicy pełnej samochodów. Wciąż do mnie wrzeszczał, że mam utrzymywać równowagę, ale ja byłam zbyt przerażona, by zwracać na to uwagę. Bawił się świetnie, tak jak i cała reszta. Ja owinęłam rękoma jego talię. To był mój jedyny ratunek, chociaż wciąż mu nie ufałam. Ale czegoś trzymać się musiałam, o ile nie pragnęłam skończyć pod samochodem. A nie chciałam jeszcze umierać, przed śmiercią przecież planowałam zabić Desrosiersa za te jego przygłupie pomysły.
Ale kiedy wreszcie dotarliśmy pod szkołę, najpierw David musiał pomóc mi dojść do siebie, bo w głowie tak mi się kręciło, że ledwo trzymałam się na nogach. Chłopaki śmiali się ze mnie, że chodzę jak pijana. Obrażałam się na nich, chociaż wiedziałam, ze oni prawdopodobnie mówią to szczerze. Zdążyliśmy na koniec pierwszej lekcji, ale ja już postanowiłam nie pokazywać się wuefiście na oczy. Wraz z całą świtą, która nie chciała mnie opuścić, ruszyliśmy pod klasę od geografii. Oni ciągle narzekali, że zepsułam im plany, że oni mieli zrobić sobie przyjemny dzień bez szkoły, a ja wciąż powtarzałam, żeby stąd spadali i dali mi święty spokój. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego im tak bardzo zależało na tym, by być przez cały czas przy mnie. Bo gdziekolwiek nie szłam, oni wlekli się za mną. Chyba w ten sposób chcieli mi podokuczać. A już wystarczająco dzisiaj przez nich oberwałam.
Może to wszystko miało coś wspólnego z tym, co David wczoraj usłyszał od mojej matki? No tak, na pewno. Zacisnęłam mocniej pięści. Gdzieś w tle usłyszałam głośne rozmowy dziewczyn z klasy. Musiały już wyjść z Sali i kierować się w stronę szatni. Oni coś kombinowali, tylko ja nie mogłam rozgryźć, co. Wykminiłam, że pewnie czekają na dzwonek, żeby ośmieszyć mnie przed całą szkołą. Do tego byłam przyzwyczajona.
Ale ku mojemu zdziwieniu, gdy tylko zadzwonił dzwonek, oni wstali, żegnając się ze mną serdecznie i zniknęli na końcu korytarza. 

1 komentarz:

  1. oooo!!! Są i chłopaki :D haha :) Oni zawsze coś odpierdzielą <3 Po prostu nie da się ich nie kochać!!!

    OdpowiedzUsuń