D

D

czwartek, 28 listopada 2013

PART I

-Desrosiers, idioto, odwal się ode mnie! – warknęłam tak bardzo głośno, że wybudziłam ze snu nawet dyżurującą nauczycielkę – Daj mi w końcu święty spokój! – wrzeszczałam, chociaż wiedziałam, że to tylko podsyca jego naśmiewanie się ze mnie. Wszyscy radzili mi, żebym to ignorowała, ja jednak nigdy nie potrafiłam zachować spokoju. Wbrew pozorom w moim przypadku nie było to takie proste. Kiedy coś mnie wkurzało, zwyczajnie z tym walczyłam. Nienawidziłam się poddawać.
I chyba to właśnie blondyn wyczuł, gdy tylko mnie poznał, bo od tamtej pory co przerwę do mnie przylatywał ze swoim kolejnym żałosnym żarcikiem na ustach. Koniec końców miałam ochotę go zabić, chociaż wątpiłam w to, by i w jego trumnie to przygłupie poczucie humoru wyparowało. To dziecko zwyczajnie mnie wkurzało, zwłaszcza tym, że pomimo tego luzu i lekceważenia sobie wszystkiego każdy go lubił, włącznie z nauczycielami, którzy zawsze podciągali mu oceny. To oczywiście było cholernie niesprawiedliwe, zwłaszcza dla mnie, bo ja solidnie pracowałam na swoją ocenę. U niego wystarczyło, że się uśmiechnął i wszystkich miał w garści. Był cholernie sprytny, umiał podejść do każdego, umiał trafić do wszystkich serc. Tylko nie do mojego. Ja od razu skapnęłam się, o co mu chodzi. I oczywiście nikt oprócz mnie tego nie widział.
-Przysięgam, że kiedyś powyrywam mu te wszystkie kolczyki z twarzy – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Oczywiście przez tego debila znowu zapomniałam przepisać zadanie z geografii. Zdenerwowana usiadłam obok koleżanki z ławki – Wtedy zobaczymy, kto będzie się śmiał – zacisnęłam pięści pod ławką.
-Myślisz, że udałoby ci się mnie złapać? – zaświergotał mi nad uchem ten znienawidzony głos. Jak poparzona odwróciłam głowę i zobaczyłam ten jego krzywy uśmieszek – Z takim brzuchem to ty nie dałabyś rady wyjść z klasy. Nie zmieściłabyś się w drzwiach – zachichotał. Momentalnie zrobiłam się czerwona na twarzy. Z całej siły nacisnęłam obcasem prosto w sam środek jego stopy. Triumfalnie patrzyłam, jak jego oczy się rozszerzają i wypełniają się łzami. No tak, pewnie oberwanie takim obcasem to musi być bolesne doświadczenie. Na pewno na stopie pozostanie mu pamiątka w postaci siniaka. No ale być może przynajmniej czegoś się nauczy.
Nie. Wątpiłam w to.
-Z takimi kajakami to ty pewnie na wodzie sobie nie radzisz, a co dopiero na lądzie! – prychnęłam. Blondyn przegryzł dolną wargę i otworzył usta, ale akurat w tym momencie do klasy weszła matematyczka i nakazała wszystkim wrócić na swoje miejsca. To była jedyna nauczycielka, na którą nie działał charakter Davida, dlatego najbardziej ją lubiłam, chociaż i ode mnie dużo wymagała. Tylko jej osoby blondyn zwyczajnie się bał. Posłusznie wrócił do swojej ławki, gdzie siedział ze swoim przyjacielem, Sebem. Chyba zależało mu na tym, by nie podpaść, przeczuwałam, że jego oceny nie wyglądają najlepiej.
Nauczycielka szybko uporała się z listą obecności, potem zaczęła rozdawać sprawdzone prace klasowe. Dłonie mi nieco drżały, kiedy podchodziłam do biurka, by odebrać swoją. Odetchnęłam z ulgą, kiedy w moje oczy rzuciła się krwistoczerwona czwórka z plusem. Z szerokim uśmiechem wracałam do swojej ławki, kiedy coś oślizgłego uderzyło w mój policzek. Od razu obróciłam głowę w stronę Davida. Z jego niemego ruchu warg wyczytałam „kujon”. Uśmiechnęłam się złośliwie i wróciłam na swoje miejsce. Z niecierpliwością czekałam, aż przyjdzie kolej na Desrosiersa. Nie musiałam widzieć jego kartki, po jego minie poznałam, że nie zaliczył. Rzuciłam kulkę z papieru w jego stronę, trafiłam idealnie. Blondyn od razu na mnie spojrzał. Dumna z siebie wysłałam mu pocałunek. On tylko zmierzył mnie wzrokiem i wrócił na swoje miejsce. Przez moment słuchałam nauczycielki, która mówiła o naszych wynikach i zaskakującej różnicy pomiędzy lepszymi pracami a gorszymi. Za chwilę jednak moja przyjaciółka, której hobby było obserwowanie ludzi z klasy, trąciła mnie łokciem. Głową wskazała na Desrosiersa. Blondyn wyszczerzył się, pokazując mi swój rysunek. Domyśliłam się, że to ja jestem jego bohaterką, a raczej moja karykatura. Dotyczyło to naszej poprzedniej rozmowy. Desrosiers narysował mnie z tak wielkim brzuchem, że w żaden sposób nie mogłam zmieścić się w drzwiach. Czułam, że złość we mnie buzuje. Niewiele brakowało, a nie zważając na nauczycielkę, wstałabym i przywaliłabym mu z pięści w łeb. Na szczęście moja przyjaciółka tylko podsunęła mi kartkę i długopis. Pewnie je chwyciłam i sama zaczęłam malować blondyna tonącego w rzece z kajakami zamiast stóp. Zdążyłam jeszcze napisać „Desrosiers na dno”, zanim pokazałam dzieło bohaterowi mojego rysunku.
-Panno Wellman, widzę, że pani chętnie przyjmie pod swoje skrzydła pana Desrosiersa – dotarł do mnie głos matematyczki. Odwróciłam głowę w jej stronę z pytającym spojrzeniem.
-Ale o co chodzi? – zapytałam głupio, co chyba było błędem, bo kobieta momentalnie zmieniła wyraz twarzy na ostry i zacięty.
-To chyba panienka powinna wiedzieć – oznajmiła chłodno – W końcu mówiłam o tym przez ostatnie dziesięć minut. Ale to nic, jestem pewna, że pan Desrosiers wszystko pannie wyjaśni, prawda? – nauczycielka skierowała swój wzrok w stronę nieogarniętego blondyna, który nerwowo przegryzł wargę, rozglądając się po klasie.
-Obawiam się, że muszę panią rozczarować – powiedział odważnie, chociaż ja wiedziałam, że on także trochę się boi.
Wargi nauczycielki wygięły się w triumfalnym uśmiechu. Obróciła się na piecie i ruszyła w stronę biurka. Nie wierzyłem w to, by ona nie wiedziała o tym, że się nienawidzimy, w końcu cała szkoła nas znała. Chyba zrobiła to specjalnie, żeby ukarać nas za to, co wyprawialiśmy na jej lekcjach, chociaż właściwie robiliśmy to samo co na innych. Próbowaliśmy sobie dopiec.
Najgorsze było to, o czym szeptem poinformowała mnie koleżanka z ławki, gdy matematyczka próbowała prowadzić nowy temat. Kobieta wymyśliła, ze podzieli nas na pary, lepszy z gorszym. Lepszy ma miesiąc na nauczenie tego gorszego. To jeszcze byłam w stanie przełknąć, nawet wyobraziłam sobie, jak zagubiony blondyn stoi przed tablicą i nie wie, co zrobić. A ja się śmieję, zacierając ręce pod ławką.
-Nie tak szybko – wyszeptała moja przyjaciółka, hamując moją radość – ten lepszy wtedy też obrywa, jego ocena końcowa leci w dół. Jeśli niczego go nie nauczysz, niezależnie od sprawdzianów i kartkówek, obniży ci ocenę. I uwierz mi, ona wcale nie żartowała.
Złapałam się za głowę i jęknęłam głośno, na tyle głośno, ze kilka osób spojrzało na mnie z zaciekawieniem. Zignorowałam je. Wlepiłam wzrok w tablicę, chociaż nie mogłam skupić się na matematyce. Miałam spędzić kilka godzin sam na sam z Desrosiersem? Czy tę nauczycielkę do reszty pogrzało? Przecież my nawet pięciu minut ze sobą nie wytrzymamy! Na pewno się pozabijamy. To jest niemożliwe. Odwróciłam się, żeby spojrzeć na blondyna. On chyba też już o wszystkim wiedział, patrzył na mnie z takim samym przerażeniem. Pozostawało nam tylko jedno wyjście. Przełknęłam cicho ślinę. Muszę znaleźć kogoś na wymianę.
Przez cały dzień łaziłam po ludziach, błagając, by oddali mi siebie bądź swoją parę pod opiekę. Ale wszyscy jakby się na mnie poobrażali, nikt nie chciał się wymienić. Zauważyłam, że blondynowi także zależy na tym, by ze mną nie być. On także wszystkich prosił o wymianę. Wtedy to zauważyłam. Oni wszyscy zmówili się przeciwko nam, żeby po prostu zobaczyć efekty naszej pracy. I przede wszystkim pośmiać się. Zacisnęłam pięści ze złości. Fałszerstwo tych ludzi w jakiś sposób mnie zdeterminowało do walki. Może i Desrosiers był taki jaki był, ale przecież nawet on ma jakieś słabe punkty. Z drugiej strony wciąż miałam nadzieję, że jednak nie będę musiała ich szukać.
Pod koniec zziajany blondyn chyba przez przypadek usiadł obok mnie na ławce. Zbliżał się koniec ostatniej w tym dniu przerwy w szkole.
-I co? – zapytałam cicho, nie odrywając wzroku od książki od biologii. Poczułam na sobie jego spojrzenie, ale nie zamierzałam reagować.
-Nic – odparł zafrasowany – A u ciebie? – zapytał z niewielką nadzieją. Chyba zauważył zawód w moich oczach, bo za chwilę znowu posmutniał.
-Chyba będziemy musieli znosić siebie przez jakiś czas – wymamrotałam wściekła na samą siebie, że akurat podczas tej lekcji musiałam sobie rysować Desrosiersa z jego kajakami. Przez cały czas nie mogłam sobie tego wybaczyć.
-Chyba tak – wydusił z siebie David, z identyczną do mojej reakcją, czyli ogromną niechęcią. Zadzwonił dzwonek. Chłopak nerwowo potupał stopami. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wstałam, zauważając nieco roztargnioną nauczycielkę, przeciskającą się przez tłum młodzieży hałasującej na korytarzach.
-Wiesz, gdzie mieszkam? – zapytałam wprost, czując, że nie mam innego wyjścia. On wlepił we mnie trochę przestraszony wzrok, ale przytaknął, czego się po nim spodziewałam. Desrosiers wiedział wszystko o ludziach z klasy, nawet o tych, których nienawidził.  Czyli mnie – To świetnie. oczekuję ciebie o czwartej.
-Dzisiaj?! – zapytał zdruzgotany blondyn, zaskoczony tak szybkim biegiem akcji.
-Nie, za pięć lat – prychnęłam – Po co głupio się pytasz? – warknęłam, kierując się w stronę klasy i wpychając się przed nim w drzwiach – Kobiety mają pierwszeństwo – z dumą zwróciłam mu uwagę.
-Od kiedy ty jesteś kobietą? Sądziłem, że potworem...

-Wyobraź sobie, że odkąd moi rodzice mnie spłodzili – zmierzyłam go wzrokiem i, nie czekając na jego kolejną głupią odpowiedź, ruszyłam w stronę swojej ławki, gdzie już siedziała moja podekscytowana przyjaciółka.

1 komentarz:

  1. TAK, TAK, TAK!!!! Opowiadanie zapowiada się genialnie! Z niecierpliwością będę czekać na każdy kolejny part :)

    OdpowiedzUsuń