-Desrosiers, idioto, odwal się ode mnie! – warknęłam tak
bardzo głośno, że wybudziłam ze snu nawet dyżurującą nauczycielkę – Daj mi w
końcu święty spokój! – wrzeszczałam, chociaż wiedziałam, że to tylko podsyca
jego naśmiewanie się ze mnie. Wszyscy radzili mi, żebym to ignorowała, ja
jednak nigdy nie potrafiłam zachować spokoju. Wbrew pozorom w moim przypadku
nie było to takie proste. Kiedy coś mnie wkurzało, zwyczajnie z tym walczyłam.
Nienawidziłam się poddawać.
I chyba to właśnie blondyn wyczuł, gdy tylko mnie poznał,
bo od tamtej pory co przerwę do mnie przylatywał ze swoim kolejnym żałosnym
żarcikiem na ustach. Koniec końców miałam ochotę go zabić, chociaż wątpiłam w
to, by i w jego trumnie to przygłupie poczucie humoru wyparowało. To dziecko
zwyczajnie mnie wkurzało, zwłaszcza tym, że pomimo tego luzu i lekceważenia
sobie wszystkiego każdy go lubił, włącznie z nauczycielami, którzy zawsze
podciągali mu oceny. To oczywiście było cholernie niesprawiedliwe, zwłaszcza
dla mnie, bo ja solidnie pracowałam na swoją ocenę. U niego wystarczyło, że się
uśmiechnął i wszystkich miał w garści. Był cholernie sprytny, umiał podejść do
każdego, umiał trafić do wszystkich serc. Tylko nie do mojego. Ja od razu
skapnęłam się, o co mu chodzi. I oczywiście nikt oprócz mnie tego nie widział.
-Przysięgam, że kiedyś powyrywam mu te wszystkie kolczyki
z twarzy – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. Oczywiście przez tego debila znowu
zapomniałam przepisać zadanie z geografii. Zdenerwowana usiadłam obok koleżanki
z ławki – Wtedy zobaczymy, kto będzie się śmiał – zacisnęłam pięści pod ławką.
-Myślisz, że udałoby ci się mnie złapać? – zaświergotał
mi nad uchem ten znienawidzony głos. Jak poparzona odwróciłam głowę i
zobaczyłam ten jego krzywy uśmieszek – Z takim brzuchem to ty nie dałabyś rady
wyjść z klasy. Nie zmieściłabyś się w drzwiach – zachichotał. Momentalnie
zrobiłam się czerwona na twarzy. Z całej siły nacisnęłam obcasem prosto w sam
środek jego stopy. Triumfalnie patrzyłam, jak jego oczy się rozszerzają i
wypełniają się łzami. No tak, pewnie oberwanie takim obcasem to musi być
bolesne doświadczenie. Na pewno na stopie pozostanie mu pamiątka w postaci
siniaka. No ale być może przynajmniej czegoś się nauczy.
Nie. Wątpiłam w to.
-Z takimi kajakami to ty pewnie na wodzie sobie nie
radzisz, a co dopiero na lądzie! – prychnęłam. Blondyn przegryzł dolną wargę i
otworzył usta, ale akurat w tym momencie do klasy weszła matematyczka i
nakazała wszystkim wrócić na swoje miejsca. To była jedyna nauczycielka, na
którą nie działał charakter Davida, dlatego najbardziej ją lubiłam, chociaż i
ode mnie dużo wymagała. Tylko jej osoby blondyn zwyczajnie się bał. Posłusznie
wrócił do swojej ławki, gdzie siedział ze swoim przyjacielem, Sebem. Chyba
zależało mu na tym, by nie podpaść, przeczuwałam, że jego oceny nie wyglądają
najlepiej.
Nauczycielka szybko uporała się z listą obecności, potem
zaczęła rozdawać sprawdzone prace klasowe. Dłonie mi nieco drżały, kiedy
podchodziłam do biurka, by odebrać swoją. Odetchnęłam z ulgą, kiedy w moje oczy
rzuciła się krwistoczerwona czwórka z plusem. Z szerokim uśmiechem wracałam do
swojej ławki, kiedy coś oślizgłego uderzyło w mój policzek. Od razu obróciłam
głowę w stronę Davida. Z jego niemego ruchu warg wyczytałam „kujon”. Uśmiechnęłam
się złośliwie i wróciłam na swoje miejsce. Z niecierpliwością czekałam, aż
przyjdzie kolej na Desrosiersa. Nie musiałam widzieć jego kartki, po jego minie
poznałam, że nie zaliczył. Rzuciłam kulkę z papieru w jego stronę, trafiłam idealnie.
Blondyn od razu na mnie spojrzał. Dumna z siebie wysłałam mu pocałunek. On
tylko zmierzył mnie wzrokiem i wrócił na swoje miejsce. Przez moment słuchałam
nauczycielki, która mówiła o naszych wynikach i zaskakującej różnicy pomiędzy
lepszymi pracami a gorszymi. Za chwilę jednak moja przyjaciółka, której hobby
było obserwowanie ludzi z klasy, trąciła mnie łokciem. Głową wskazała na
Desrosiersa. Blondyn wyszczerzył się, pokazując mi swój rysunek. Domyśliłam
się, że to ja jestem jego bohaterką, a raczej moja karykatura. Dotyczyło to
naszej poprzedniej rozmowy. Desrosiers narysował mnie z tak wielkim brzuchem,
że w żaden sposób nie mogłam zmieścić się w drzwiach. Czułam, że złość we mnie
buzuje. Niewiele brakowało, a nie zważając na nauczycielkę, wstałabym i
przywaliłabym mu z pięści w łeb. Na szczęście moja przyjaciółka tylko podsunęła
mi kartkę i długopis. Pewnie je chwyciłam i sama zaczęłam malować blondyna
tonącego w rzece z kajakami zamiast stóp. Zdążyłam jeszcze napisać „Desrosiers
na dno”, zanim pokazałam dzieło bohaterowi mojego rysunku.
-Panno Wellman, widzę, że pani chętnie przyjmie pod swoje
skrzydła pana Desrosiersa – dotarł do mnie głos matematyczki. Odwróciłam głowę
w jej stronę z pytającym spojrzeniem.
-Ale o co chodzi? – zapytałam głupio, co chyba było
błędem, bo kobieta momentalnie zmieniła wyraz twarzy na ostry i zacięty.
-To chyba panienka powinna wiedzieć – oznajmiła chłodno –
W końcu mówiłam o tym przez ostatnie dziesięć minut. Ale to nic, jestem pewna, że
pan Desrosiers wszystko pannie wyjaśni, prawda? – nauczycielka skierowała swój
wzrok w stronę nieogarniętego blondyna, który nerwowo przegryzł wargę,
rozglądając się po klasie.
-Obawiam się, że muszę panią rozczarować – powiedział
odważnie, chociaż ja wiedziałam, że on także trochę się boi.
Wargi nauczycielki wygięły się w triumfalnym uśmiechu.
Obróciła się na piecie i ruszyła w stronę biurka. Nie wierzyłem w to, by ona
nie wiedziała o tym, że się nienawidzimy, w końcu cała szkoła nas znała. Chyba
zrobiła to specjalnie, żeby ukarać nas za to, co wyprawialiśmy na jej lekcjach,
chociaż właściwie robiliśmy to samo co na innych. Próbowaliśmy sobie dopiec.
Najgorsze było to, o czym szeptem poinformowała mnie
koleżanka z ławki, gdy matematyczka próbowała prowadzić nowy temat. Kobieta
wymyśliła, ze podzieli nas na pary, lepszy z gorszym. Lepszy ma miesiąc na
nauczenie tego gorszego. To jeszcze byłam w stanie przełknąć, nawet wyobraziłam
sobie, jak zagubiony blondyn stoi przed tablicą i nie wie, co zrobić. A ja się
śmieję, zacierając ręce pod ławką.
-Nie tak szybko – wyszeptała moja przyjaciółka, hamując
moją radość – ten lepszy wtedy też obrywa, jego ocena końcowa leci w dół. Jeśli
niczego go nie nauczysz, niezależnie od sprawdzianów i kartkówek, obniży ci
ocenę. I uwierz mi, ona wcale nie żartowała.
Złapałam się za głowę i jęknęłam głośno, na tyle głośno,
ze kilka osób spojrzało na mnie z zaciekawieniem. Zignorowałam je. Wlepiłam
wzrok w tablicę, chociaż nie mogłam skupić się na matematyce. Miałam spędzić kilka
godzin sam na sam z Desrosiersem? Czy tę nauczycielkę do reszty pogrzało?
Przecież my nawet pięciu minut ze sobą nie wytrzymamy! Na pewno się pozabijamy.
To jest niemożliwe. Odwróciłam się, żeby spojrzeć na blondyna. On chyba też już
o wszystkim wiedział, patrzył na mnie z takim samym przerażeniem. Pozostawało nam
tylko jedno wyjście. Przełknęłam cicho ślinę. Muszę znaleźć kogoś na wymianę.
Przez cały dzień łaziłam po ludziach, błagając, by oddali
mi siebie bądź swoją parę pod opiekę. Ale wszyscy jakby się na mnie poobrażali,
nikt nie chciał się wymienić. Zauważyłam, że blondynowi także zależy na tym, by
ze mną nie być. On także wszystkich prosił o wymianę. Wtedy to zauważyłam. Oni
wszyscy zmówili się przeciwko nam, żeby po prostu zobaczyć efekty naszej pracy.
I przede wszystkim pośmiać się. Zacisnęłam pięści ze złości. Fałszerstwo tych
ludzi w jakiś sposób mnie zdeterminowało do walki. Może i Desrosiers był taki
jaki był, ale przecież nawet on ma jakieś słabe punkty. Z drugiej strony wciąż
miałam nadzieję, że jednak nie będę musiała ich szukać.
Pod koniec zziajany blondyn chyba przez przypadek usiadł
obok mnie na ławce. Zbliżał się koniec ostatniej w tym dniu przerwy w szkole.
-I co? – zapytałam cicho, nie odrywając wzroku od książki
od biologii. Poczułam na sobie jego spojrzenie, ale nie zamierzałam reagować.
-Nic – odparł zafrasowany – A u ciebie? – zapytał z
niewielką nadzieją. Chyba zauważył zawód w moich oczach, bo za chwilę znowu
posmutniał.
-Chyba będziemy musieli znosić siebie przez jakiś czas –
wymamrotałam wściekła na samą siebie, że akurat podczas tej lekcji musiałam
sobie rysować Desrosiersa z jego kajakami. Przez cały czas nie mogłam sobie
tego wybaczyć.
-Chyba tak – wydusił z siebie David, z identyczną do
mojej reakcją, czyli ogromną niechęcią. Zadzwonił dzwonek. Chłopak nerwowo
potupał stopami. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wstałam, zauważając nieco
roztargnioną nauczycielkę, przeciskającą się przez tłum młodzieży hałasującej
na korytarzach.
-Wiesz, gdzie mieszkam? – zapytałam wprost, czując, że
nie mam innego wyjścia. On wlepił we mnie trochę przestraszony wzrok, ale
przytaknął, czego się po nim spodziewałam. Desrosiers wiedział wszystko o
ludziach z klasy, nawet o tych, których nienawidził. Czyli mnie – To świetnie. oczekuję ciebie o
czwartej.
-Dzisiaj?! – zapytał zdruzgotany blondyn, zaskoczony tak
szybkim biegiem akcji.
-Nie, za pięć lat – prychnęłam – Po co głupio się pytasz?
– warknęłam, kierując się w stronę klasy i wpychając się przed nim w drzwiach –
Kobiety mają pierwszeństwo – z dumą zwróciłam mu uwagę.
-Od kiedy ty jesteś kobietą? Sądziłem, że potworem...
-Wyobraź sobie, że odkąd moi rodzice mnie spłodzili –
zmierzyłam go wzrokiem i, nie czekając na jego kolejną głupią odpowiedź,
ruszyłam w stronę swojej ławki, gdzie już siedziała moja podekscytowana
przyjaciółka.
TAK, TAK, TAK!!!! Opowiadanie zapowiada się genialnie! Z niecierpliwością będę czekać na każdy kolejny part :)
OdpowiedzUsuń