D

D

środa, 11 grudnia 2013

PART II

-Czyli co? – pytała z daleka, podskakując na krześle. Już się domyśliłam, że słyszała naszą rozmowę. Westchnęłam cicho i usiadłam obok. Miałam ochotę urwać jej język i uszy – No opowiadaj! – krzyknęła zniecierpliwiona, nie patrząc na biologię.
-Ale o czym mam mówić? – warknęłam wkurzona, wciąż podburzona wcześniejszym zachowaniem blondyna. W dodatku teraz moja przyjaciółka robiła z igły widły. Jej oczy się błyszczały. Najwyraźniej chciała ode mnie uzyskać jakąś niewyobrażalnie ciekawą informację.
-No czy ty i David jesteście razem w parze na matmie?! – krzyknęła. Nerwowo rozejrzałam się po klasie, na szczęście harmider był tak bardzo głośny, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Odetchnęłam z ulgą, z powrotem odwracając się do koleżanki.
-Tak – odparłam niechętnie, pochylając się nad swoim plecakiem i wyciągając zeszyt. Ona zapiszczała, zasłaniając sobie usta dłońmi. Z powrotem na nią spojrzałam, zaskoczona jej reakcją. Nigdy nie pomyślałabym, że moje przygody z Desrosiersem są aż tak bardzo ekscytujące.
-I naprawdę zamierzacie razem uczyć się matmy? – zapytała głupio jakby to miało być jakimś nadzwyczajnym wydarzeniem.  Pokiwałam głową, zastanawiając się nad tym, co ona może mieć na myśli – No przestań – trąciła mnie łokciem w bok – Desrosiers to nie byle kto – dopowiedziała mi nieco ciszej, puszczając mi oczko. Moje źrenice rozszerzyły się ze zdumienia.
-Amy! – wrzasnęłam. Wzrok nauczycielki na  nas spoczął. Obie pokryłyśmy się rumieńcami, ale za chwilę uwagę biologiczki przykuła grupa chłopców z pierwszej ławki, którzy bawili się w obrzucanie siebie śmieciami – Amy, ja nienawidzę Desrosiersa, nienawidzę, nie zauważyłaś? Zresztą dziewczynko, przecież ja mam chłopaka i cholernie go kocham.
Blondynka wzruszyła ramionami i odrzuciła swoje blond włosy do tyłu. Znowu zwinęłam się z zazdrości. Ona była piękna, jak żadna inna dziewczyna nadawała się na modelkę. Ciągle jej to powtarzałam, ale ona tylko wzruszała ramionami i mówiła, ze to nie dla niej. Raz namówiłam ja na sesję zdjęciową, bez wahania ją przyjęli. Ale ona stwierdziła, że nie lubi, kiedy coś jej się nakazuje, a zapewne fotograf ciągle jej rozkazywał, bo gdy do mnie przyszła, usłyszałam z jej ust oświadczenie, że nigdy więcej nie da się na coś takiego namówić. Zrozumiałam, że musiało być gorzej niż przewidywałam.
-No jak chcesz. Ja bym brała, co się da – roześmiała się głośno, ale szybko spoważniała. Przez moment pomyślałam, że coś się stało za moimi plecami, ale gdy się rozejrzałam, niczego nie zauważyłam. Spojrzałam na nią zirytowana. Nienawidziłam być nie w temacie. Na jej twarz powoli wkradał się nieśmiały uśmiech – Zdobędziesz mi numer do Pierre’a! – zapiszczała podniecona, klaszcząc w dłonie. Uniosłam brwi do góry. To wcale nie zabrzmiało jak prośba, zabrzmiało jak oczywiste stwierdzenie.
-No chyba sobie żartujesz! – prychnęłam, wyobrażając sobie, jak wraz z Desrosiersem rozwiązuję zadanie i nagle ni stąd ni zowąd wyskakuję z prośbą o numer do jego kumpla. Zaprzeczyłam głową. Nigdy w życiu.
-Proszę cię – zaświergotała, jej bransoletki zabrzęczały, kiedy złożyła błagalnie dłonie – Przecież oni są bliskimi przyjaciółmi! Na pewno uda ci się jakoś wyciągnąć...
-Nie! – wystawiłam jej język – po pierwsze nigdy o nic nie poproszę tego idioty, a po drugie ty sama musisz się zebrać na odwagę i podejść do tego cholernego Bouviera! – pchnęłam ją z irytującym uśmieszkiem. Ona tylko prychnęła.
-No dobra – odparła zniechęcona – Ale przynajmniej napomknij mu kilka dobrych słów o mnie, co? – poprosiła z nadzieją – Może David powtórzy to Pierre’owi.
W odpowiedzi przetrzepałam jej włosy, za co oberwałam z pięści w ramię. Nie miałam pojęcia, dlaczego moje przyjaciółka przy Bouvierze robiła się taka nieśmiała. Zwykle gada jak nakręcona o byle gównach. Gdy tylko brunet pojawia się na horyzoncie, ona rumieni się i momentalnie maleje w oczach. Często namawiam ją, by odważyła się wreszcie do niego zagadać. Ale ona ciągle cytowała mi swoje pozostałe koleżanki, które startowały do bruneta. On wszystkim odmawiał, mówiąc, że ma kogoś innego na oku. Dziwiłam się jej, ja z takim wyglądem potrafiłabym skokietować każdego. A ona bała się, że odrzuci także ją, a nawet wyśmieje. Z drugiej strony wcale jej się nie dziwiłam. Bo chociaż Desrosiers był ze swojej paczki najgorszy, to reszta wcale nie odstawała. Ze wszystkiego stroili sobie żarty, co naprawdę doprowadzało do szału.
***
Dokładnie 10 minut przed jego przyjściem zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie mam ochoty na niego patrzeć, a co dopiero siedzieć z nim przy matmie. Nawet kosztem własnej oceny. Zacisnęłam pięści, wlepiając wzrok w tarczę zegara. Gdyby on się nie zjawił... Mogłabym całą winę zrzucić na niego. Zamknęłam oczy, modląc się, by on jednak nie przyszedł. Wtedy cały problem miałabym z głowy.
Niestety, kiedy zegar wybił równo czwartą, a ja już miałam odetchnąć z ulgą, usłyszałam dzwonek. Przez moment nie poruszałam się, za chwilę jednak wybudził mnie wrzask mojej mamy. Wstałam ze zrezygnowaniem, ślimacząc się niemiłosiernie. Wciąż miałam nadzieję, że on jednak uzna, że nie ma mnie w domu. Zamiast tego nerwowo dzwonił po raz drugi.
-W końcu – wymamrotał, kiedy zobaczył moją twarz. Bez skrępowania wszedł do środka i ściągnął buty. Chwilę później zaczął iść w kierunku kuchni, ale potem jakby sobie o czymś przypomniał i zatrzymał się gwałtownie.
-Tak właściwie to gdzie ja mam iść? -  - zapytał głupio, odwracając się do mnie. Złapałam się za głowę i załamana pokręciłam nią. Podejrzewałam, że nasze korki nie będą trwały zbyt długo. Bo ja zbyt długo z nim nie wytrzymam. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę pokoju. On, ciągle z rękoma w kieszeniach i stoickim luzem na twarzy, w milczeniu wlókł się tuz za mną. Westchnęłam cicho. Zapowiadała się najgorsza godzina mojego życia. Nacisnęłam na klamkę i wcisnęłam się wraz z Desrosiersem do środka. Blondyn rozejrzał się ciekawie i zanim zdążyłam się poruszyć, już stał przy szafce z płytami.  Z nijaką miną je przeanalizował, dopóki nie doszedł do Green day’a.
-Słuchasz ich?  - zapytał ciekawie. Zaprzeczyłam.
-Dzielę pokój z bratem – odparłam sucho, wyjaśniając obecność płyt. On pytająco na mnie spojrzał.
-ty masz brata? – zdziwił się. Jego twarz wyglądała komicznie.
-A jak myślisz, po co byłoby mi drugie łóżko? – warknęłam, po raz kolejny uświadamiając Desrosiersowi jego głupotę. Chłopak tylko przewrócił oczami.
-Myślisz, ze ja zwracam uwagę na takie szczegóły? – puścił mi oczko. Olałam to, ale on wcale się tym nie przejął – Które jest twoje łóżko? – zapytał.
-To – wskazałam na jasną pościel. Ku mojemu zdziwieniu blondyn wskoczył na nie.
-Ale niewygodne! – burknął niezadowolony – Dziewczyno, ale ty się katujesz!
-Akurat ty nie musisz się tym przejmować, nie będziesz tutaj sypiał – warknęłam, krzyżując ramiona na piersiach.
-Kto to wie – zachichotał blondyn. Zaczerwieniłam się. Zauważyłam, że David znowu zaczyna się rozglądać. Tym razem jego zainteresowanie przykuła piękna akustyczna gitara, którą dostałam od rodziców na siedemnaste urodziny. Szybko się zerwał, co mnie przeraziło i zaczął zbliżać się niebezpiecznie w jej stronę.
-I to też pewnie sprzęt twojego brata? – próbował się domyślić, ale tym razem mu to nie wyszło. Moja twarz ponownie nabrała brzydkiego buraczanego koloru.
-To że nie słucham tych ryków pseudo śpiewaczy, wcale nie znaczy, że nie mogę grać na gitarze – wybuchnęłam zdenerwowana, zaciskając pięści ze złości. On tylko otworzył usta, chyba chciał coś mi powiedzieć, ale się  powstrzymał. Prychnął cicho i jego uwaga znowu skupiła się na sprzęcie.
-W takim razie musisz znać się trochę na grze – odparł lekkodusznie, przyglądając się instrumentowi. Zmarszczyłam czoło. Czy to miałam potraktować jako komplement? – Nie, nie to miałem na myśli – roześmiał się, widząc mój wyraz twarzy – Po prostu ta gitara  nie kosztowała stówę ani dwie. Na pewno nie nadaje się dla początkującego. Skoro masz taką gitarę, to musisz już trochę czasu grać, prawda? – wzruszył ramionami. Ja gapiłam się na niego rozszerzonymi oczyma. Jego dedukcja powalała mnie na kolana.
-Dostałam ją na urodziny – wymamrotałam nieswojo – ale faktycznie trochę już gram…
-No to ktoś, kto ci ją dał, zna się na tym. To nie jest pierwszy lepszy sprzęt – westchnął cicho, chyba usłyszałam w jego głosie zazdrość. Jeszcze przez krótki moment patrzył na gitarę. Stałam zamyślona. On rzeczywiście miał rację. Mój ojciec szalał na punkcie muzyki, nawet teraz pracował w sklepie muzycznym. Na pewno wybrał dla mnie jakieś cudo. Chociaż po prawdzie mnie trochę mniej ciągnęło do gry na instrumentach niż jego. Pomimo jego starań nie planowałam związać własnej przyszłości z muzyką.

-Dobra! – zwróciłam na siebie uwagę, klaszcząc w dłonie – gitara gitarą, ale na nas czeka matematyka!

1 komentarz:

  1. To dopiero drugi part, a ja już jestem zakochana w tym opowiadanku!! <3 Kazecia! Jesteś po prostu genialna!

    OdpowiedzUsuń