D

D

sobota, 4 stycznia 2014

PART V

-Cześć! – wyszczerzył się blondyn, wyskakując w moim kierunku z kuchni – Już powoli zaczynaliśmy się martwić, że coś ci się stało.
-Lub ten chłopak coś ci zrobił – dodała zza ściany moja mama. Jęknęłam cicho.
-Mogłabyś sobie podarować – zapiszczałam, zdejmując buty – Cześć – odparłam sucho do blondyna, trochę zmieszana przez to całe spóźnienie – Długo czekasz? – zapytałam, chcąc jakoś podtrzymać rozmowę.
-Wystarczająco długo, by umrzeć z nudów w naszym domu! – usłyszałam szorstką odpowiedź z ust mojej mamy.
-Proszę cię! – warknęłam ironicznie – David ma usta, nie potrzebuje adwokata. A ty mogłabyś chociaż udawać, że nie podsłuchujesz.
-David jest na tyle uprzejmy, że nie powie  ci, że był wściekły, bo nawet mi nie chciał się do tego przyznać – spojrzałam na blondyna szeroko otwartymi oczyma. On tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ze złością zacisnęłam pięści. On zrobił to specjalnie. Powoli zaczynałam żałować, że wróciłam. On rzucił swój urok osobisty nawet na moją matkę.
-Lepiej chodźmy do mnie – westchnęłam ciężko – tutaj na pewno się nie dogadamy.
On nie odpowiedział nic, tylko w ciszy pokiwał głową, a potem ruszył za mną. Postanowiłam nie marnować czasu na pogawędki, tylko od razu przejść do nauki. Nie chciałam wiedzieć, co moja mama naopowiadała blondynowi, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że jutro cała szkoła będzie śmiała się z moich najbardziej wstydliwych wspomnień z dzieciństwa. David na pewno rozgada wszystko, o czym dzisiaj usłyszał, zauważyłam to w tym jego pewnym siebie uśmieszku. Zresztą ja zrobiłabym to samo. Tylko że ja nic nie wiedziałam o jego młodzieńczych latach. Ani o jego prywatnym życiu. On miał przewagę i na pewno zamierzał z niej skorzystać.
Ale jego postawa mnie zaskoczyła., Pomimo mojego dużego spóźnienia czekał. I wcale nie był zdenerwowany. Podejrzewałam, że właśnie dlatego, że miał na mnie jakiegoś haka.
Starał się nie zwracać uwagi na to, ze jego nauczycielka jest jednocześnie jego największym wrogiem. Nie zważając na to wszystko chciał w końcu zrozumieć tę matmę i mieć święty spokój z tym przedmiotem. Nie szło mu to najlepiej, ale przynajmniej próbował. A jego determinacja nie pozwalała mu się poddać. Walczył ze swoim zmęczeniem i upierał się, ze on jeszcze chce, że on jeszcze może. Chyba chciał mi udowodnić, że jest silny. Chociaż nic mi nie musiał udowadniać. W końcu uparłam się, że dzisiaj już kończymy, bo sama niemal padałam na twarz, a musiałam jeszcze zająć się lekcjami bieżącymi.
W ciszy patrzyłam, jak blondyn zakłada buty i sprawnie je zawiązuje. Jego podkrążone oczy wciąż latały za sznurówkami. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że pomimo zmęczenia i długiego siedzenia nad liczbami, on nadal miał dobry humor. Nie rozumiałam jego postawy i zachowania.
-Przepraszam cię za moją mamę – wymamrotałam zarumieniona ze wstydu, poruszając po raz pierwszy tego wieczoru temat inny niż matematyka. On spojrzał na mnie pytająco tym swoim wesołym spojrzeniem – Musiała ciebie zanudzić.
-A nieprawda! – zaskoczył mnie optymistyczną odpowiedzią – Było całkiem wesoło.
-Wesoło? – powtórzyłam głupio. On nic nie odpowiedział, tylko się wyprostował i puścił mi oczko. Zamrugałam szybko powiekami.
-To do jutra – blondyn pomachał mi wesoło na pożegnanie i nie czekając na odpowiedź z mojej strony rzucił się w ciemną zasłonę nocy. Jeszcze przez krótki moment stałam i wpatrywałam się ze zdumieniem w ścieżkę prowadzącą do furtki. Potem dotarło do mnie, że jednak to musi wyglądać nieco głupio i szybko się odwróciłam, zatrzaskując drzwi. Od razu usłyszałam kroki, domyśliłam się, że to moja mama. Jęknęłam w duchu, przyspieszając. Niestety nie udało mi się zwiać.
-No fajny ten twój David – wyszczerzyła się brunetka, bardzo podobna do mnie. Przewróciłam oczami.
-On nie jest żaden mój – warknęłam wściekła. Kobieta cofnęła się o krok i uniosła ręce do góry. Już nie raz miała do czynienia z moim rozdrażnieniem.
-No jasne, że nie twój – zgodziła się dla świętego spokoju – No ale wiesz… Taki mądry, dowcipny, inteligentny…
-Mamo, ja mam chłopaka! – wrzasnęłam – Dlaczego znowu próbujesz mnie z nim rozłączyć!?
-Bo przed wami nie ma żadnej przyszłości! Spójrz na niego, dziecko, on nigdy nie poradzi sobie w życiu! Nie utrzyma ciebie i twoich dzieci! W ogóle nie jest odpowiedzialny! – wyliczała kobieta po kolei wszystkie jego wady, które znałam już niemal na pamięć.
-Ale ja go kocham i powinnaś to zaakceptować! – piszczałam.
-Dziecko, ja próbuję ciebie ochronić!
-Ale w jaki sposób?! – wrzasnęłam – Mamo, ty nawet nie dałaś mu szansy! On starał się i nadal stara! Dlaczego ty tego nie widzisz!? A Desrosiers to, jakbyś nie wiedziała, najgorsza możliwa szuja!
-A ty nie dajesz jemu szansy.
-Bo on na nią nie zasługuje! – prychnęłam, uciekając w stronę swojego pokoju. Trzasnęłam mocno drzwiami, żeby moja mama wiedziała, że się na nią gniewam. Usiadłam na łóżku i schowałam twarz w dłoniach. Nie chciałam płakać, ale łzy same zadomowiły się w moich oczach. Dlaczego oni tak się zachowują? Dlaczego wciąż chcą nas rozdzielić? Czy naprawdę nie potrafią uwierzyć w to, że my się kochamy i że właśnie to jest prawdziwa miłość? Przecież jesteśmy już razem przez półtorej roku! Po tak długim okresie moglibyśmy spokojnie wziąć ślub, a jednak oni w to nie wierzyli. Już nie miałam pomysłu, jak ich przekonać.
W nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, wciąż nie mogąc pozbyć się czarnych myśli. Bałam się jutrzejszego dnia. Bałam się jutro wstać i z podniesionym czołem stawić się przeciw problemom. Wstać i udawać, że wszystko jest w porządku, gdy znowu nie będę odzywać się do mamy przez cały dzień, gdy ludzie z mojej szkoły będą za moim plecami chichotać na temat mojego dzieciństwa. No i gdy znów zobaczę parszywy uśmieszek Desrosiersa.
Jakim cudem zdołałam zamknąć oczy? To chyba na zawsze pozostanie tajemnicą.
Budzik dzwonił raz i drugi, ale ja na to nie zwracałam uwagi. Nie chciałam jeszcze unosić powiek ani witać się z tym paskudnie zapowiadającym się dniem. Ale kiedy mój brat zaczął wrzeszczeć, ze znowu schowałam jego torbę, musiałam otworzyć oczy, chociaż w jego towarzystwie też próbowałam zasnąć. Niestety chłopak nie dał mi na to szansy. Zapewne mama dała mu misję specjalną, żeby mnie obudzić, czego zawsze podejmował się z ochotą, bo uwielbiał robić wszystko co mi przeszkadzało lub się nie podobało. Nieprzytomna schowałam się w łazience, wzięłam szybki prysznic, a potem wróciłam do pokoju, żeby się ubrać, gdzie na szczęście już nie było mojego brata. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam wrzucać do plecaka wszystkie potrzebne książki. Miałam nadzieję, że w domu już nikogo nie spotkam, nie chciałam zaczynać dnia od wrzasku, a byłam pewna, że właśnie krzykiem zareaguję na jakiegokolwiek członka mojej rodziny. Dlatego szybko wymknęłam się z domu, nawet nie zwracając uwagi na moje śniadanie. Wiedziałam, że jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby pojawiać się w szkole. Postanowiłam przez kilka minut posiedzieć w parku. Na szczęście zdecydowana większość ławek była wolna, wybrałam tę najdalszą, tę na której siadało najmniej ludzi, bo niewielu zauważało tę ławkę. Zwykle też jej nie zajmowałam. Tym razem chciałam się odciąć od świata. Zamknęłam oczy, moją głową zawładnęły myśli. Te same myśli, które towarzyszyły mi w nocy.
-Patrzcie, koniec świata nadchodzi, Wellman na wagarach! – na dźwięk swojego nazwiska leniwie otworzyłam oczy i zadrżałam. Uboga bladość tego poranka chlasnęła mnie w twarz. 

1 komentarz:

  1. David jest za bardzo kochany, żeby móc cokolwiek wygadać :)
    no, no, no.... jestem ciekawa któż to przyszedł, jeszcze bardziej popsuć jej dzień...

    OdpowiedzUsuń