D

D

czwartek, 27 marca 2014

XIV

-Znaleźliśmy Pierre’a – wydusił z siebie Comeau. Chciałam powiedzieć, że to fantastyczna wiadomość, ale zaraz potem na twarzy blondyna zauważyłam rzadko spotykaną powagę. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale coś tu śmierdziało.
-No i? – zaniepokojenie blondyna coraz bardziej mnie niepokoiło.
-Seb zawiózł go do szpitala – grobowy ton Chucka wyjaśnił nam wszystko. Wzięłam głęboki wdech. Dave zamknął oczy, a za chwilę je otworzył.
-Masz samochód? – zapytał z zaciśniętymi pięściami. Brunet pokiwał głową. Przez krótki moment zastanawiałam się, co robić. Serce waliło mi jak dzwon. Przełknąłem ślinę. Chłopaki już odchodzili.
-Mogę jechać z wami? – zapytałam, doganiając ich. Oni spojrzeli po sobie, wyraźnie zaskoczeni, ale Comeau pokiwał głową, zgadzając się. W trójką ruszyliśmy w stronę samochodu bruneta w ponurej ciszy. Każdy myślał o tym samym, ale nikt nie chciał mówić o tym głośno. Dopiero gdy wjeżdżaliśmy na parking szpitala, blondyn słabo zapytał:
-Był przytomny?
Chuck spojrzał na niego, zapewne zastanawiając się nad odpowiedzią. Zakręcił ostro, omal nie zahaczając autem o czyiś samochód. Zgasił silnik.
-Był – odparł słabo – Ale nie mógł mówić – dodał szybko. Otworzył drzwi, ja zrobiłem to samo. David przez moment się nie poruszał. dopiero gdy zniecierpliwiony przyjaciel zapukał w szybę swojego grata, blondyn zdołał się poruszyć. Przez całą drogę do Sali, w której leżał Pierre, obaj byli nieobecni, nawiązanie jakiejkolwiek rozmowy było niemożliwe. Nerwowe napięcie nie dawało nam spokoju, ciągle atakowało.
Seba i Jeffa zauważyliśmy od razu, chociaż wzrok mieli wlepiony w podłogę i ich twarzy nie udało nam się zobaczyć. Jednak nietrudno było się domyślić, jakie mają nastroje. Wiedzieli, że się zbliżamy, jednak nie podnieśli głów. Dave i Chuck westchnęli cicho i usiedli obok. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nie możemy tam wejść. Na razie zajmowali się nim lekarze.
-Zastanawialiśmy się, czy zadzwonić do jego rodziców – powiedział Seb, chyba już nie potrafił wytrzymać w tej ciszy – Myślicie, że zabiłby nas za to?
Dave wzruszył ramionami. Chyba niewiele go to obchodziło. Ciągle wpatrywał się w drzwi z nadzieją, że za chwilę ktoś stamtąd wyjdzie i będzie to Pierre. Za to głos zabrał Chuck.
-to jego rodzice – wymamrotał cicho – Powinni wiedzieć. Zresztą to i tak będzie trochę podejrzane, jeśli nie wróci na noc do domu, a raczej go stąd nie wypuszczą. Trzeba im powiedzieć.
-Racja  -zgodził się Jeff, ale Seba to nie przekonało.
-A jeśli on nie będzie chciał… - zawahał się, ale przerwałam mu, co chyba go zaskoczyło. Albo zapomniał o mojej obecności albo w ogóle jej nie zauważył.
-Seb, oni go kochają. Zresztą są za niego odpowiedzialni. Trzeba im powiedzieć.
-Okej – westchnął zrezygnowany błękitnooki – Ale ja na pewno tego nie zrobię – dodał natychmiast. Zapadła głęboka cisza, wszyscy patrzyli na siebie wyczekująco z nadzieją, że ktoś jednak okaże się na tyle odważny, by zadzwonić. Przez najbliższe pięć minut nikt się nie odezwał, ale chyba każdy czuł na sobie swego rodzaju odpowiedzialność za wykonanie tego telefonu.
-Ja zadzwonię – pękł w końcu Chuck, wyciągając komórkę z kieszeni – Masz ich numer? – westchnął ciężko, spoglądając pytająco na Seba.
-telefon Pierre’a – brunet pomachał mi przed oczami Comeau komórką . Ten chwycił ją i z wahaniem spojrzał na wyświetlacz.
-gdyby teraz wiedział, co ja robię, to chyba wstałby z łóżka i mnie zabił – westchnął ciężko po raz kolejny, grzebiąc w nieswoim urządzeniu – Okej, mam – wymamrotał do siebie, przepisując numer na swój telefon. Przez moment jeszcze się wahał, ale kiedy już nacisnął zieloną słuchawkę, nie było odwrotu. W tym samym momencie rozdzwoniła się moja komórka. Niechętnie zerknęłam na wyświetlacz. Amy.
-No gdzie ty się podziewasz?! – powitał mnie jej wrzask. Odsunęłam się kawałek, zerkając na chłopaków, chociaż oni byli tak bardzo zamyśleni, że nawet nie zwrócili na mnie uwagi – Kobieto, wygrałaś konkurs! Musisz odebrać nagrodę! Wygrałaś, słyszysz?!
-Słyszę – odparłam bezpłciowo. Ona chyba od razu wyczuła, że coś jest nie tak, bo później wrzasnęła jeszcze głośniej, na tyle głośno, że  aż musiałam odsunąć słuchawkę od ucha.
-Nie dociera do ciebie to, że wygrałaś konkurs?! – dalej krzyczała. Nie wiedzieć czemu strasznie mnie to wkurzyło.
-Są rzeczy ważniejsze niż ten zapchlony konkurs – warknęłam, usiłując pohamować złość. Zdawałam sobie sprawę z tego, ze ona nie wie o Pierre’rze, ale to wcale nie usprawiedliwiało jej wrzasków. Czułam do niej niechęć.
-Właściwie to gdzie ty teraz jesteś? – zapytała dziewczyna nieco zdenerwowana moimi słowami. Wyczułam, że nieprzytomny brunet nie chciałby, żeby ona o wszystkim się dowiedziała. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale chyba nie dlatego, że mogłaby roznieść plotki na ten temat. Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, ale wtedy kątem oka ujrzałam, ze ktoś wychodzi z Sali Pierre’a.
-Nie mogę gadać – zakończyłam szybko rozmowę.
-Czekaj, gdzie ty… - usłyszałam jeszcze, zanim odłożyłam słuchawkę. Teraz nie miałam czasu na wymyślanie wytłumaczenia na temat mojej nieobecności. Szybko dotarłam do tłumu otaczającego lekarza, w biegu chowając komórkę.
-… także nie jest w złym stanie, za kilka dni powinien wrócić do formy – załapałam się na ostatnie słowa doktora. Ale twarz Davida powiedziała mi wszystko.
-Możemy do niego wejść? – zapytał ze spokojem Chuck. Miałam wrażenie, ze lekarz chce zaprzeczyć, ale widząc nadzieję chłopaków w ich oczach, machnął lekceważąco dłonią.
-Tylko proszę go nie budzić i nie utrudniać pracy pielęgniarkom – wymamrotał niepewnie. Seb ostrożnie otworzył drzwi i wsadził głowę do środka. Potem odwrócił się do nas przyciskając wskazujący palec do ust. Pokiwaliśmy zgodnie głowami. Wszyscy wcisnęliśmy się do środka, ja na szarym końcu, bo nie miałam pojęcia, czy mi wypada. Uznałam jednak, że moja ciekawość i troska o stan Bouviera jest potężniejsza niż jakieś przygłupie myśli. Na początku bruneta nie poznałam. Przypominał trochę mumię, większość jego ciała była w bandażach. Pod oczami miał ogromne sińce, a jego policzki wciąż krwawiły. Mówiły mi o tym zwiększające się plamy pod opatrunkami. Do jednej z rąk miał podłączoną kroplówkę.
-Kto mógł to zrobić? – usłyszałam obok siebie  głos Davida – Bo to raczej na pewno było pobicie.
-nic nie chciał powiedzieć – odparł Seb, siadając na jednym z taboretów i podsuwając jeden dla mnie – Zresztą nie był w stanie mówić – wzruszył ramionami. Dopiero wtedy byłam w stanie się ruszyć. Na drżących nogach podeszłam do stołka i na nim usiadłam. Pierre wydawał się być przestraszony, ale co go tak przestraszyło? Szpital czy to, co widział, zanim jeszcze tutaj trafił? Przełknęłam cicho ślinę. Miałam nadzieję, że to wszystko szybko się wyjaśni, a oprawca dostanie za swoje. Nikt nie zasługuje na takie traktowanie, a już szczególnie nie on. Bo Pierre jest naprawdę szczególnym przypadkiem, przypadkiem, który potrafi naprawiać swoje błędy.
-Ktokolwiek by tego nie zrobił, prędzej czy później i tak się dowiemy, ze to on – Jeff zacisnął pięści – A wtedy współczuję tej osobie. On chyba nie wiem, z kim  zadarł.
Westchnęłam cicho, wpatrując się w nieobecną twarz bruneta. Coś w sercu przez cały czas mnie kuło, coś chciało dać mi znak, ale nie miałam pojęcia, o co temu czemuś chodziło. Przełknęłam cicho ślinę, odrywając wzrok od jego policzków i spoglądając na Jeffa. Jeszcze nigdy nie widziałam aż tak ogromnej powagi na twarzach całej czwórki. Wszyscy wyglądali jakby wybierali się na pogrzeb. Zero cienia uśmiechu, zero jakichkolwiek żartów. Po raz pierwszy oni poddali się smutkowi, by ten przejął kontrolę nad ich uczuciami. Martwili się. Cholernie martwili się o to, że  ich kumpel mógł wpakować się w jakieś bagno.,
Z zamyślenia wyrwał mnie znowu niemiły dźwięk mojej komórki. Podskoczyłam ze strachu, a  widząc na sobie spojrzenia czwórki moich kolegów, upewniłam się w przekonaniu, że to musi być mój telefon. Wyszarpałam komórkę z kieszeni i zerknęłam na wyświetlacz. Żółta koperta z napisem BILL co chwilkę się podświetlała. Prychnęłam cicho i schowałam komórkę do kieszeni.
-Daj mu szansę – usłyszałam cichy głos Davida. Obróciłam głowę w jego stronę. Znowu mnie zaskoczył. Skąd wiedział? Na pewno nie zaglądał mi przez ramię, tego byłam pewna. W końcu nie ruszał się z miejsca. Blondyn wpatrywał się we mnie tak jak wtedy, kiedy też o tym rozmawialiśmy. Przegryzłam dolną wargę i z powrotem wsunęłam dłoń do kieszeni, by wyciągnąć telefon i odczytać wiadomość. Bill pytał się mnie o występ i o to, czy nie spotkałabym się z nim. Nie miałam pojęcia, co zrobić, jak się zachować. Bardzo chciałam się do niego przytulić, ale po tym jak mnie wystawił nie miałam ochoty nigdy więcej z nim rozmawiać. Spojrzałam z powrotem na Davida, on także wpatrywał się we mnie. Z jego oczu wyczytałam, co robić. Westchnęłam niepewnie i zerknęłam z powrotem na wyświetlacz. Szybko odpisałam, chociaż przez jakiś czas zastanawiałam się, czy wiadomość, którą wysłałam, brzmiała dostatecznie oschle i płytko. Wolałam zasiać w nim strach, chciałam, żeby wiedział o tym, że jestem na niego obrażona.
Kiedy rodzice bruneta w końcu dotarli, postanowiliśmy dać im trochę prywatności i wyszliśmy, pozostawiając ich z synem. Wtedy już postanowiłam wycofać się z sytuacji. Wyszłam ze szpitala po oficjalnym przyrzeczeniu, że nikomu nie pisnę słowem na temat Pierre’a i po przysiędze Davida, że jak tylko Pierre się obudzi, to on da mi znać. Wiedziałam, że jeśli pójdę pieszo, to powinnam spokojnie zdążyć, dlatego podziękowałam Chuckowi za jego propozycję podrzucenia mnie. Zastanawiałam się nad tym, jak rozegrać tę rozmowę tak, by nie zranić Billa, a jednocześnie przekazać mu, że to co zrobił, bardzo mnie zabolało. Moje serce biło powoli jak jakiś dzwon. Bałam się tej rozmowy jak ognia. Zacisnęłam mocniej pięści. Muszę być twarda. Nie mogę dać się ponieść uczuciom.
Kiedy dotarłam na nasze miejsce, on już czekał, zwrócony do mnie plecami. Stałam i wpatrywałam się w niego jak głupia. Walczyłam z miłością, walczyłam, żeby to uczucie nie wzięło nade mną kontroli. I chociaż miałam ochotę rzucić mu się na szyję, nie zrobiłam tego. Powoli ruszyłam w jego stronę. Zauważył moją obecność dopiero wtedy, gdy zatrzymałam się obok niego. Uśmiechnął się, a potem pochylił się, żeby mnie pocałować. Odsunęłam się. Widziałam w jego oczach zaskoczenie i zwód, ale on tego nie skomentował. Czego się spodziewał? Że powitam go z otwartymi ramionami?
-Spóźniłaś się – zaczął cicho, wlepiając wzrok w panoramę Montrealu. Przez moment zastanawiałam się, co odpowiedzieć, ale postanowiłam, że nie będę kłamała.
-Byłam w szpitalu  - odparłam pusto. Przez chwilę milczałam – Obiecałeś mi, że się zjawisz… Obiecałeś…

-Musiałem załatwić coś ważnego – wymamrotał mój chłopak, nawet na mnie nie zerkając. Już wtedy wyczułam, że coś tu nie gra. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz